Facebook Google+ Twitter

Huzia na ekologa

Słowo "ekolog" stało się pojęciem tak pojemnym, że dziennikarze już specjalnie się nie zastanawiają i ochoczo nazywają tak każdego, choćby z prawdziwą ekologią miał niewiele wspólnego.

Pani Magdalena Nogaj z wrocławskiego dodatku "Gazety Wyborczej" opublikowała artykuł "Stop obwodnicy Leśnicy. Ekolodzy zablokowali budowę" (cały tekst do przeczytania tutaj. Czy, podobnie jak mnie, staje wam przed oczami widok ekologów przypinających się do drzew przed gromadą wjeżdżających na plac buldożerów? Okazuje się, że rzeczywistość wygląda inaczej, niż sugeruje w alarmistycznym tytule dziennikarka.

Sprawa tego tytułu jako żywo przypomina opowieść z Radia Erewań o rozdawaniu samochodów na Placu Czerwonym - prawda, tylko nie na Placu Czerwonym, a przy dworcu warszawskim, nie samochody, tylko rowery i nie rozdają, tylko kradną. W przypadku tytułu prawdą jest tylko to, że mowa o obwodnicy Leśnicy (osiedla we Wrocławiu). Dalej sprawy już się komplikują.

Po pierwsze - nie ekolodzy. Pismo do Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska złożyła "Wspólnota Jerzmanowo". Nigdzie w Internecie nie można znaleźć informacji na temat działalności tego stowarzyszenia, zarejestrowanego w Krajowym Rejestrze Sądowym w roku 2002 (gdyby faktycznie byli to ekolodzy, coś w tym czasie by chyba zdążyli zrobić). Jedyne, co można stwierdzić, to że prezes - Maciej Izdebski - ma takie samo imię i nazwisko jak prezes stowarzyszenia ma członek Rady Osiedla Jerzmanowo-Jarnołtów-Starachowice-Osiniec. W tekście na stronie gazeta.pl znajduje się cytat z prezesa Izdebskiego, który sam przyznaje, że na ekologii się nie zna, ale twierdzi, że droga odetnie mieszkańcom jego osiedla dostęp do przychodni, kościoła, szkoły i centrum Wrocławia. Należy więc podkreślić, że mamy tu do czynienia nie z ekologiami troszczącymi się o zagrożony gatunek czy siedlisko przyrodnicze, lecz z przykładem wykorzystywania ochrony przyrody w partykularnej walce o lokalne interesy.

Drugie przekłamanie artykułu to "zablokowali". Dziennikarka sama pisze: "organizacja wysłała pismo do Regionalnego Dyrektora Ochrony Środowiska, w którym zawnioskowała o wstrzymanie inwestycji". Wystarczy chwilę pomyśleć, by znaleźć zasadniczą różnicę między sformułowaniem "organizacja zablokowała (wstrzymała) inwestycję" a "organizacja zawnioskowała o wstrzymanie inwestycji". Jeśli Regionalny Dyrektor Ochrony Środowiska nie przyzna racji działaczom stowarzyszenia (co jest wielce prawdopodobne), wyda pozytywną decyzję o środowiskowych uwarunkowaniach inwestycji i będzie można ogłaszać przetarg. Oczywiście jeśli w całym procesie zachowano wszystkie procedury i Wspólnota Jarzmowo nie będzie mogła zaskarżyć jakiegoś etapu postępowania nie powołując się na kwestie przyrodnicze, ale na przepisy kodeksu administracyjnego.

Goniąc za sensacyjnymi tytułami dziennikarze sprzeniewierzają się swojej misji rzetelnego informowania czytelników o opisywanych problemach, a także wyrządzają ogromną krzywdę wszystkim przedstawicielom organizacji ekologicznych opierających się w swojej pracy na wynikach rzetelnych naukowych opracowań.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (4):

Sortuj komentarze:

Zgadzam się jedynie z tezą, że słowo ekolog jest mocno nadużywane.
Gro stowarzyszeń, nawet wielu ludzi z tytułami uczyniło z tego słowa wytrych, który pozwala budować własną rzeczywistość i przestrzeń tak naprawdę z dala od wiedzy i nauki. Nadużywane jest przez urzędników państwa, którzy polityczne działania skrywają przed społeczeństwem pod płaszczem ekologii - niejednokrotnie niszcząc naturę i ojczystą przyrodę, zaniechując na lata rzeczywistych działań dla jej ochrony (śmieci, woda,). W przeciwieństwie do autora znam ludzi, którzy uczestniczyli w zawierusze pod Rospudą i gdy spostrzegli jej prawdziwe (materialne) oblicze z obrzydzeniem zrejterowali. Powstały koszty! Koszty materialne: sądzę, że około miliarda złotych. Koszty społeczne - trudne do oszacowania: niszczenie państwa prawa, zdrada polskich interesów, aspołeczne decyzje urzędów centralnych, etc, etc.
Huzia na ekologa - czy huzia na ekologistów.
Pojedynczy przypadek opisany przez autora nie zmieni patologii tysięcy naciągaczy, którzy wycierając mordy ekologią łypali jedynie na lukratywne kontrakty i różnego rodzaju apanaże, czy wręcz tworząc prawo dla korzyści politycznych klik (orzechy włoskie, ekrany dźwiękochłonne, przejścia dla zwierzyny, opinie środowiskowe, kompensaty środowiskowe, strefy ochronne, zlecenia na pseudonaukowe badania, monitoringi, etc, etc).
Ochrona konserwatorska z jaką mamy do czynienia w Polsce, wydaje ogromne sumy pieniędzy na obserwacje i monitoring stanu przyrody. Prześladowane są jakiekolwiek formy ochrony czynnej. Chyba że poprzedzone zostaną opracowaniami słusznych stowarzyszeń wykonanych za słuszne pieniądze. W takich to warunkach większość utworzonych w Polsce rezerwatów ścisłych dotyczących flory czy fauny utraciło przedmiot ochrony.
Dziś Państwo zmienia ich przedmiot ochrony na ogólnie brzmiące "obszary chronione ze względu na występujące cenne walory środowiska....".
Sporadycznie wykonywane inwentaryzacje środowiska przyrodniczego w rezerwatach, obejmujących długi period czasu, jednoznacznie wskazują na ogromne zniszczenia jakie zostały dokonane w wyniku ekologistycznej konserwy (w Tatrach czy Białowieży utracono po 50% zasobów środowiska).
Dziś ekologiści wskazują, że nie ma to żadnego znaczenia!
Ale należy pamiętać, że ideą ochrony było zachowanie ówczesnych zasobów.
Zniszczenie rezerwatu Szafera w Puszczy Białowieskiej jest znamiennym przykładem (warto poczytać, co było ideą przyświecająca temu zacnemu profesorowi w tworzeniu tego rezerwatu a czym wycierają sobie dziś gęby pożal się Boże znawcy).
Każda malwersacja powinna być publicznie napiętnowana. Szczególnie napiętnowane powinny byś te media, które wskazując na ekologię propagowały zupełnie inne działania i zachowania, wskazując na ekologistyczne cwaniactwo jak na wartościowy sposób przejścia przez życie - nie oglądając się na naturę, kraj i jego mieszkańców. Ukrywając ekologistyczne przekręty, które kosztowały miliardy.

Komentarz został ukrytyrozwiń

W sumie ubolewanie nad zla prasa jest ekologicznym dylematem - ta "zla prasa"
przyniesie za soba predzej czy pozniej zmiane regulacji prawnych, ktore juz w tej chwili rysuja sie na horyzoncie - jest to wykluczenie opinii powstajacych ad hoc organizacji
spolecznych z procesow decyzyjnych, dot. inwestycji.

Sadze ze nastepna moze byc przelozenie odpowiedzialnosci, wspolodpowiedzialnosci za skutki bezpodstawnych protestow - tj. np. rozlozenie kosztow ponownych, dodatkowych
ekspertyz jesli okaze sie iz byly one wymagane bez uwzglednienia stanu
faktycznego. Po umozliwienie dochodzenia odszkodowania od organizacji ekologicznych
ze wzgledu na bezzasadnosc protestow, ktore opoznily okreslone decyzje o inwestycjach wlacznie . To juz sie zaczyna w tej chwili w niektorych regionach Europy
przerabiac.

Niech Pan nie narzeka, Panie Antoni, w zwiazku z ta "zla prasa". Nigdy jeszcze nie
bylo tak zle, zeby gorzej byc nie moglo. Na razie sa srodki na zaspokojenie okreslonych
wymagan i "grob miliardow" - ochrona srodowiska funkcjonuje.

Lata tluste kiedys mina. I wypada sie po prostu z tym pogodzic. Ze przy okazji niejeden
ptaszek zostanie wylany z kapiela - trudno. To sa przewidywalne - zupelnie realne
scenariusze i jesli NGO - som brak w tej chwili wyobrazni, to kiedys beda moze mialy
jej odrobine wiecej.
pozdr

Komentarz został ukrytyrozwiń

Panie antonie,

bardzo dziękuję za podzielenie się swoimi uwagami i przemyśleniami.
Ja również zgadzam się z przytoczoną przez Pana opinią Krzysztofa Świerkosza. W tym przypadku mamy do czynienia właśnie z oszołomami, którzy nie są ekologami, a autorka tekstu, który krytykuję, wrzuca oszołomów i poważnych specjalistów z dziedziny ekologii do jednego worka. To tak jakby ktoś napisał "Lekarz otruł pacjentkę", a opisał przypadek jakiegoś domorosłego znachora.

ad.2 - zgadzam się, to powszechnie znany mechanizm NIMB (Not In My Backyard - "nie na moim podwórku"). Co ciekawe - w miejscach z faktycznie cenną przyrodą lokalni ludzie często starają się zaprzeczyć, że jest tam coś cennego, ale jeśli tylko inwestycja jest nie po ich myśli, niemal na siłę szukają czegokolwiek, co mogłoby być cenne przyrodniczo i zablokować inwestycję.

- co do braku dystansowania się - gdyby poważne organizacje chciały cały czas dystansować się od działań "instrumentalnych", na ich stronach internetowych nie byłoby niczego poza oświadczeniami, od czego teraz się dystansują. Najlepszym sposobem jest po prostu nie uczestniczenie w danej sprawie, ponieważ jeśli jest naciągana, to nie ma szans na wygraną (może inwestycję opóźnić, ale nie całkowicie zablokować).

Komentarz został ukrytyrozwiń

To jest "zasluga" samych "ekologow".

Problem obrazuje doskonale ten fragment tekstu:

"- Wiele razy natura i przyroda są tylko pretekstem do tego, by wstrzymać inwestycję, która komuś jest nie na rękę. Tak było w przypadku mostu na Biskupin czy prób blokady Wschodniej Obwodnicy Wrocławia - mówi Krzysztof Świerkosz z Muzeum Przyrodniczego Uniwersytetu Wrocławskiego. - Jestem przeciwny takim działaniom, bo tak naprawdę szkodzą ochronie środowiska. Nadużywanie przepisów ochrony przyrody może doprowadzić sprawę do absurdu. Sprawia też, że cała działalność specjalistów czy poważnych ekologicznych organizacji pozarządowych, postrzegana jest przez pryzmat oszołomstwa."

- regulacje dot. ochrony srodowiska gatunkowej czy innej sa coraz czesciej instrumentalizowane w celach nie majacych nic do czynienia z ochrona srodowiska -
czy to czysto gospodarczych, czy z prywatnego - indywidaualnego egoizmu -
braku akceptacji, pogodzenia sie z wyzsza koniecznoscia jaka jest z reguly
interes ogolnospoleczny czy po prostu sasiada.

- sprzyja temu fakt, iz praktycznie "nigdzie nie ma nic co nie byloby chronione"
a jak sie przypadkiem takie miejsce znajdzie, to jest to okazja do protestu z
tego tytult, ze tam "moze byc cos chronionego". W przyszlosci.

- przepchniecie wlasnych interesow przy momocy instrumentalizacji regulacji dot.
ochrony srodowiska jest tanie, nie wymaga duzych nakladow czasu i duzo skuteczniejsze
niz inne srodki. Nie wiaze sie z jakimkolwiek ryzykiem czy odpowiedzialnoscia dla
uzywajacego tego "instrumentu".

- organizacje zajmujace sie "powaznie" ochrona srodowiska nie chca i nie sa wstanie publicznie zdystansowac sie od takich akcji "instrumentalnych", gdzie okreslone regulacje sa naduzywane. Kwestionowanie jakichkolwiek - nawet najbardziej idiotycznych protestow z ochrona przyrody w tle byloby dla tych organizacji podpilowywaniem galezi na ktorej siedza.

- NGO sy nie sa tez w stanie zgodzic sie na racjonalne kompromisy , dzialajac wedlug
zasady "wszystko albo nic". Nie bedac z reguly w stanie komunikowac priorytetow
w zakresie ochrony przyrody.

Powyzsze nie wszystkim sie podoba, bo tez podobac sie nie musi.
Wydaje mi sie.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.