Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

15719 miejsce

I ciągle widzę ich twarze... w Zachęcie

Poprzez fotografie każda rodzina stwarza własną, osobistą kronikę pisaną portretami. Nieważne jest właściwie, co zostało utrwalone na kliszy – liczy się sam akt wykonywania zdjęcia i późniejsze, długoletnie przechowywanie go w szkatułce.

Jacek Goldman z siostrą Wandą, Kraków 1924Jednocześnie każda fotografia utrwala to, co kruche i śmiertelne i staje się jedynym, prawdziwie trwałym świadectwem przemijania. Zdjęcia dostarczają niepodważalnego dowodu na to, że podróż się odbyła, że noga była rzeczywiście złamana, że prababcia kiedyś żyła... A co powiedzieć, jeśli chwile utrwalone na kliszy to wszystko, co ocalało z istnienia wielomilionowego Narodu? Z chwilą wykrojoną z całości historii narodu żydowskiego, z sekundą zamrożoną i ujętą w karby fotograficznej kliszy, można się spotkać w Zachęcie Narodowej Galerii Sztuki.

Wystawa „I ciągle widzę ich twarze” powraca po 10 latach do warszawskiej galerii, wpisując się w serię imprez 3. Festiwalu Kultury Żydowskiej w Warszawie. To właśnie w Zachęcie po raz pierwszy w 1996 r. zaprezentowano fotografie Żydów, nadsyłane w odpowiedzi na apel Fundacji Szalom, i teraz, po latach wędrówki po muzeach świata, wystawa powraca do źródła.

Zdjęcia przesyłane były do Fundacji z całego świata, z dużych metropolii i drobnych wiosek. Znalezione na strychu, odkurzone, czasami podniszczone, czy zgięte, ale zawsze tak samo ważne, nie przedstawiają osobistości znanych z pierwszych stron gazet. To ludzie zwykli, prości, często bezimienni, których łączy jedno – prośba o kadysz za swoją historię.

Codzienność

Zachęta broni się przed zbytnią ckliwością i natręctwem przypominania o tragedii. Regina Taube Na ekspozycji nie ma zapłakanych twarzy matek, które straciły dzieci podczas Holocaustu. Nie ma też nagich, chudych ciał naznaczonych piętnem Auschwitz. Są za to ludzie roześmiani, spędzający wakacje na plaży w słonecznym Sopocie lub pokazani w ogrodzie, oparci jakby od niechcenia o drewniany płot. Są kobiety w eleganckich sukniach i panowie w garniturach, robiący sobie oficjalne zdjęcie z okazji srebrnego wesela rodziców. Pojawiają się też dzieci przy pracy, w szkole, na kolanach rodziców, uśmiechnięte, beztroskie. Albo przechodnie, bezimienni, Baranów Sandomierski, okres międzywojenny, fot. Michał Dąbrowskirozmawiający o pogodzie, wymieniający uściski dłoni.

Jest też inna rzeczywistość żydowska, bardziej oficjalna i zasadnicza. O niej opowiadają zdjęcia ortodoksyjnych syjonistów z partii Mizzarchi – poważnych, srogich dżentelmenów. Jeden z nich trzyma szarfę z maksymą „Tora wa-awoda” (Tora i praca). Codziennością Żydów była także zagłada, czająca się w ukryciu, tak jak na zdjęciu, gdzie jeden z mężczyzn wchodzi do rzeki. Wydaje się, jakby chciał ochłodzić się w upalny dzień, brodzi po kolana w wodzie. Podpis pod fotografią nie pozostawia złudzeń – w Tarnobrzegu likwidowano żydowską elitę – ludzi wpędzano do Wisły, po czym oddawano jeden celny strzał. Fotografię nadesłał jeden z ówczesnych żołnierzy.

Twarze

„Zdjęcie przechowywał mój ojciec. Zachwycał się tymi fizjonomiami” – pisze Leszek Wójcik, 1915 rokktóry przesłał zdjęcie z Katowic. Bo faktycznie to twarze zachwycają w tych fotografiach najbardziej. Powiększone tak, że można zaglądnąć bez zażenowania w oczy portretowanego, zdają się nucić żydowską, zapomnianą melodię, wydobywającą się gdzieś z głośników ukrytych na sali. Melodia ta układa się opowieść o dawnym życiu prostych ludzi, o codzienności wyznaczanej przez pracę, dom, szkołę i uczucia, codzienności, o którą nie upomniałaby się historia.

Prostota ekspozycji sprawia, że wystawa nie ma irytującego wydźwięku moralizatorskiego. Nie każe odbiorcy skulić się w sobie i bić w pierś, nie wywołuje poczucia winy, żalu, ani strachu i nie narzuca jednoznacznej linii refleksji. „I ciągle widzę ich twarze” to po prostu historia ludzi, którzy przeminęli, narodu, który istniał, to świadectwo tego, co było i o czym należy pamiętać w ciszy swojego sumienia.

"I ciągle widzę ich twarze", Zachęta Narodowa Galeria Sztuki w Warszawie, autorka projektu: Gołda Tencer, komisarz wystawy: Tomasz Tomaszewski, projektant wystawy: Krzysztof Burnatowicz, 6 września - 3 października 2006, więcej informacji: www.zacheta.art.pl

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (3):

Sortuj komentarze:

Bardzo ładny materiał o pięknej wystawie. Nie po raz pierwszy okazuje się, że największe wrażenie robi tzw. historia prywatna.
Plus dla Autorki.

Pozdrawiam.

Komentarz został ukrytyrozwiń

To jest bardzo interesujacy material,z checia wybralabym sie na te wystawe...dziekuje za piekne zdjecia

Komentarz został ukrytyrozwiń

Nie bylo trudno je zdobyc :) Wystarczylo sie szeroko usmiechnac :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.