Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

181251 miejsce

I cóż, że ze Szwecji...

Nie ma co udawać, że uda się zawojować największe sale koncertowe, próbując indoktrynować zachodnią publikę tym, co nasze, przaśne, góralskie lub mazurskie, kaszubskie lub śląskie. Nie ma co się łudzić - pop jest anglojęzyczny, ogólnoświatowy, globalny.

Nie od dziś wiadomo, że życie wynagradza tych, którzy bez kompleksów stają w szranki z najlepszymi. Oczywiście naiwna pewność siebie nie wystarcza, potrzebne jest jeszcze nieco oleju w głowie, pasja oraz talent. No i praca, praca, praca („pieniądze, pieniądze, pieniądze” też się przydadzą).

Kultura rozrywkowa od zarania jest domeną anglosasów. Nie ma co walczyć z wiatrakami i próbować tego zmienić. Trzeba raczej wpisać się w jej język, nauczyć się składni, poznać styl, umiejętnie wykorzystać bogate zasoby symboliczne.

Doskonale zdali sobie z tego sprawę Szwedzi. Ich podjeście do muzyki pop zaprocentowało globalnym sukcesem. Abba, Roxette, The Hives... Szwedzi, znakomicie posługujący się popkulturowym kodem, doskonale wpisali się w rozrywkowe środowisko, wzbogacając je o zbiór nieśmiertelnych hitów, które nucił cały ziemski padół.

A dlaczego nie my? Dlaczego nie Polska? Czy światowy przemysł rozrywkowy jest dla nas zamknięty raz na zawsze? Czy chodzi tylko o beznadziejną znajomość języka, czy o coś więcej? Czy polskich artystów stać na podjęcie dialogu z największymi tuzami nowoczesnego popu, rocka... whatever?

Najogólniejsza odpowiedź brzmi: NIE. W naszym zidiociałym kraju, w którym serwuje odgrzewane kluchy dla mas, nie mamy szans wyhodować artysty o globalnej mocy rażenia. Tu raczej podcina się skrzydła obiecującym twórcom, blokując kasę, promując tylko to, co sprawdzone, zagraniczne, bezpieczne. O wszystko trzeba się bić – próby udowodnienia środowiskom decydenckim, że jednak nas stać, że umiemy, znamy, czerpiemy wzorce, inspirujemy się tym, czym żyje świat, kończą się niczym. Trzeba się mocno nasiłować, żeby wreszcie dopiąć swego.

Na szczęście są jeszcze tacy, którzy nie boją się postawić wszystkiego na jedną kartę i chcą jednak zabrać w tej ogólnoświatowej pop-debacie głos. Dowodem na to jest ABSOLUTNIE ŚWIETNA, ZJAWISKOWA, NIEPRZECIĘTNA NOWA PŁYTA ZESPOŁU THE CAR IS ON FIRE zatytułowana „Lakes & Flames”.

Chłopaki nie przerazili się tym, że żyją w Polandzie i postanowili spróbować. Do kasy, którą dostali od wytwórni dołożyli sporo własnych oszczędności i nagrali Płytę. O tym, że znają współczesną muzykę doskonale, udowadniają w swoim serwisie muzycznym Porcys.com. Jednak teoria to jedno, a praktyka drugie. Fakt, że ktoś potrafi napisać dobrą recenzję, nie jest równoznaczny z tym, że potrafi zagrać coś więcej niż „Anarchy in The UK” lub jakieś wymęczone Schody Do Nieba. Oni na szczęscie potrafią. I to jak potrafią!

Nie będę szczegółowo opisywał płytki, niech każdy sam wyrobi sobie opinię. Naprawdę warto wydać trochę kasy i kupić to dzieło (mam nadzieję, że sukces artystyczny przełoży się na wyniki finansowe – w końcu z czegoś trzeba żyć, a oprócz tego wypadałoby udowodnić wszelkiej maści „portfelowym inwestorom”, że dobrze ulokowali swoją kasę). Nie mamy się czego wstydzić. Taka muzyka mogłaby z powodzeniem latać w zachodnich stacjach radiowych, i to nie tylko w tych środowiskowych, „niezależnych”. Szacun, Panowie! Być może wreszcie uda się komuś przełamać ten zaklęty krąg finansowo-środowiskowych zależności i udowodnić, że jednak można.

Ale zaraz... przecież nie tylko o tzw. „zależności” tutaj chodzi. Najlepsze układy nie pomogą bez talentu, samozaparcia i pracy. No i pieniędzy. Być może wreszcie ktoś w tym kraju zrozumie, że dobrej muzyki nie da się robić bez zapewnienia twórcom komfortowych warunków pracy. Największy talent można popsuć. Wszystkie zachodnie kapele mają dostęp do dobrych producentów, realizatorów dźwięku, którzy mogą ze swojej pracy wyżyć (bez marnotrawienia czasu i talentu na podejrzane chałtury). Może jakaś Pani z Wytwórni wreszcie zrozumie, że jej praca polega nie tylko na tym, żeby łaskawie podać polskiemu odbiorcy rzecz wyprodukowaną na zgniłym Zachodzie, ale również na pomaganiu rodzimej scenie. Oby. Jeśli jednak nie, nie pozostanie nam nic innego, jak artystyczna emigracja. The Car Is On Fire może spokojnie emigrować – Zachód przyjmie ich z otwartymi rękami.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

Jeszcze zanim doszedłem do puenty, przyszła mi do głowy podobna myśl - w obecnej sytuacji największą przysługę obiecującym artystom zrobimy wyganiając ich z kraju - zyskają oni, ich muzyka i kraje w których będą mogli twórczo się rozwijać - stracimy my - ale to poświęcenie w imie wyższej idei : /
Pamiętam, że wszystkie te kretyńskie mechanizmy, rządzące rynkiem muzycznym w Polsce, dobrze opisał Latkowski w jednym ze swoich dokumentów - Zakręceni czyli szołbiznes po polsku .
Nie bede pisał że fajny tekscik itd - bo wiadomo - piszesz zawodowo ; )
Pozdrawiam

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.