Facebook Google+ Twitter

"I że cię nie opuszczę... czyli love story" dla wytrwałych

Autorefleksyjna, od pierwszej do ostatniej strony przepełniona myślami o małżeństwie, funduje czytelniczkom sporą dawkę wiedzy na temat tej instytucji społecznej. Mowa o nowej powieści Elizabeth Gilbert "I że cię nie opuszczę... czyli love story".

Okładka książki "I że cię nie opuszczę... czyli love story" / Fot. materiały prasowePod koniec wcześniejszej powieści "Jedz, módl się, kochaj", poznajemy Felipe - ukochanego pani Gilbert, z którym zamierza być. Oboje są po rozwodach i między innymi z tego powodu postanowili nigdy nie brać ślubu. "Nigdy nie mów nigdy" - splot nieoczekiwanych zdarzeń powoduje, że Elizabeth i Felipe, jeśli chcą być razem, muszą zalegalizować swój związek. "I że cię nie opuszczę... czyli love story" to literatura faktu, opisująca zmagania autorki i jej wybranka z Departamentem Bezpieczeństwa Wewnętrznego, który nie chce wpuścić Brazylijczyka (Felipe) do Ameryki. Czy przeciwna instytucji małżeństwa Elizabeth jest w stanie przekreślić swoje zasady na rzecz związku z Felipe?

Fabułę książki można przyrównać do sinusoidy. W jednym momencie jest wysokich lotów, wciąga czytelnika bez reszty, by za chwilę opaść nisko i wywołać lawinowe ziewnięcia i myśli o odrzuceniu powieści na bok.

Zdecydowanie interesujące są fragmenty dotyczącej samej autorki. Jej (niejako wymuszone przez Departament Bezpieczeństwa Wewnętrznego) wyprawy w towarzystwie ukochanego po Wietnamie, Tajlandii, Laosie, Kambodży i Indonezji stanowią ciekawy zbiór spostrzeżeń na temat rzeczywistości. Poznawanie różnych kulturowo spojrzeń na małżeństwo pozwala czytelnikom zgłębić wiedzę na ten temat. Denerwujące są jednak przewijające się przez całą książkę liczne dane statystyczne. Ma się wrażenie, że Elizabeth Gilbert ma na ich punkcie niemałą obsesję. Trudno znaleźć osobę, tak sceptycznie nastawioną do instytucji małżeństwa i analizującą ją z każdej strony. To psychologiczne studium siebie samej, ale też ludzi dookoła sprawia, że odbiorca po przebrnięciu przez ponad połowę książki ma już dosyć. I nie zależnie od tego, czy jest się pozytywnie, czy negatywnie nastawionym do związku małżeńskiego, powieść zaczyna odstraszać.

Na szczęście istnieją w książce elementy, które próbują czytelnika "przytrzymać". Autorka buduje ciekawe metafory odnośnie (jak nie trudno zgadnąć) instytucji małżeństwa. Przykładowo "(...) nasza kultura zawsze uczyła, że małżeństwo powinno być zadbaną cieplarnią, w której mogą rozkwitać romantyczne uczucia. I tak w tej nieco chwiejnej cieplarni mojego pierwszego małżeństwa pielęgnowałam całe grządki wielkich nadziei, jak legendarny Johnny Appleseed jabłonki w swoich szkółkach. Moje starania dały tylko gorzkie owoce". Tego typu zabiegi z pewnością dowartościowują publikację.

Kwestią sporną jest, czy dosyć nagminne przywoływanie wielkich ludzi nauki i kultury pomaga fabule, czy też nie. W książce znaleźć bowiem możemy wzmianki o Schopenhauerze, Arystofanesie, Oscarze Wilde czy nawet o Baumanie. Wszystko oczywiście dotyczy ich spojrzeń na związki międzyludzkie. Niekiedy wspominanie tych postaci (i ich prac) jest w tekście uzasadnione, gdyż autorka na tej podstawie buduje powieść (jak np. pogląd z "Uczty" Arystofanesa na temat rozczłonkowania "dwójnych" ludzi - Gilbert pisze o drugiej połówce, którą to odnajdujemy gdzieś w świecie), a niekiedy odnosi się wrażenie jakby były wyrwane z kontekstu. Nie znajdziemy w tych miejscach rozwinięcia danych myśli i można mieć poczucie jakby trzymało się w rękach pracę naukową na temat małżeństwa, a nie powieść, która z reguły ma służyć jako-takiej rozrywce. Również niektóre dzieje z historii małżeństwa ciągną się niesamowicie, burząc tym samym wypracowaną na początku książki dynamikę.

Pod koniec powieści natrafiamy na swoistą spowiedź autorki. Nie do końca wiemy, czy ma być ona próbą wytłumaczenia się przed samą sobą, czy też przed czytelnikami, dlaczego napisała tę książkę i dlaczego ma ona taki, a nie inny charakter. "Cała ta książka - k a ż d a jej strona - jest rezultatem starań, żeby w złożonej historii zachodniego małżeństwa znaleźć dla siebie pokrzepienie. A nie jest łatwo o pokrzepienie".

"I że cię nie opuszczę... czyli love story" nie jest książką łatwą. Autorka wodzi za nos czytelników, ciągnie ich od myśli do myśli po drodze wyłożonej małżeńskimi teoriami. Na pewno pozwala spojrzeć przez mikroskop na tę instytucję społeczną. Zwraca uwagę na związki homoseksualne, opisuje jak małżeństwo funkcjonowało w relacjach z różnymi religiami; a w to wszystko "wkłada" siebie i swoją historię. Jednak czy taka dawka spostrzeżeń zainteresuje czytelnika?

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.