Facebook Google+ Twitter

Idiotyzmy w Prawie o Ruchu Drogowym

Czemu polski system produkuje kierowców bez wyobraźni i umiejętności, za to z prawem jazdy?

Sztandarowy przykład idiotyzmu zawartego w Prawie o Ruchu Drogowym (PoRD) to system szkolenia i egzaminowania. Polska przoduje w statystykach wypadkowości i śmiertelności na drogach. Zazwyczaj winny jest kierowca, bo za szybko jechał. Nie wspomina się o braku dróg odpowiedniej jakości. Ich budowa to lata i miliardy euro. Więc szybko lepiej nie będzie, ale można przecież lepiej wyszkolić przyszłego kierowcę. Koszty zmiany systemu są niewielkie, a korzyści możliwe do osiągnięcia - gigantyczne. / Fot. Robert Kwiatek/Dziennik Bałtycki

Smutna rzeczywistość


Adept ma 60 godzin na naukę. Połowa z tego to teoria. PoRD zakłada, że to wystarczy i kursant jest gotów do egzaminu. Owszem, jeśli jest to wyjątkowo sprawny manualnie i inteligentny osobnik, obdarzony gigantyczną dawką szczęścia. Inaczej nic z tego. Po 30 godzinach za kółkiem mamy kogoś kto - powiedzmy - wie, jak ruszyć i zatrzymać auto. Zakładając że osoba taka zdała egzamin za pierwszym podejściem - może odebrać wymarzone prawo jazdy i zasiąść za sterami dowolnego auta (przewidzianego kategorią). Tyle, że nadal niewiele umie. Nie oszukujmy się - ci, którzy zdają za pierwszym razem to zazwyczaj ludzie którzy wyjeździli mniej lub bardziej legalnie znacznie więcej godzin.

Mogło by być pieknie


Bardzo ciekawi mnie co by się stało gdyby PoRD dopuścił jazdę szkolną z opiekunem (rodzic, współmałżonek), specjalnie oznakowanym zwykłym autem. Zakładam, że nadal obowiązkowe byłoby słuchanie o przepisach i te 30 godzin w aucie z instruktorem jazdy. Potem kursant pobierałby z ośrodka specjalną "L" na magnes i mógł szlifować formę przez powiedzmy 6 - 12 miesięcy, pod warunkiem że obok siedziałby ktoś kto wziąłby na siebie odpowiedzialność.

To proste - osoba mająca np. prawo jazdy minimum 10 lat, z zerowym stanem konta punktowego mogłaby być takim opiekunem. Niektórzy powiedzą, że to przecież będzie masakra. Ale tak się przecież dzieje - osoby po zdanym egzaminie na prawo jazdy mają wyjeżdżone po kilkadziesiąt godzin. I mogą jechać jak chcą - same! A w mojej propozycji - ktoś brałby za nie odpowiedzialność - dbałby o to, by poruszały się prawidłowo i zgodnie z przepisami. Kiedy osoba ucząca się uznałaby, że jest gotowa do egzaminu - po prostu by do niego przystąpiła. Skutek? Bardziej doświadczony młody kierowca, znacznie lepiej przygotowany do samodzielnej jazdy, z setkami kilometrów za kółkiem. A do tego umiejący lepiej przewidywać co może się wydarzyć na drodze. Systemy takie funkcjonują na świecie w wielu krajach.

Egzamin


Drugą kwestią jest sam egzamin. Z niewiadomych przyczyn kursant musi zdawać go jeżdżąc autem WORD. Nie ma szansy na zapoznanie się z autem, sprawdzenie jak wysoko bierze sprzęgło, jak wciskać gaz. Ma wsiąść i zdać egzamin. Idiotyzm. Mam prawo jazdy od kilkunastu lat i ćwierć miliona kilometrów za kierownicą, a kiedy wsiadam do obcego auta najpierw kilka razy sprawdzam ruszanie i hamowanie, staram się wyczuć auto. Inaczej się nie da. Czemu nieszczęsny kursant z kilkudziesięcioma godzinami za "fajerką" rzucany jest na nieznane auto i ma prowadzić je tak jakby było jego od nowości? Gdyby mógł szlifować formę na aucie np. ojca, męża i na nim zdać egzamin - potrzebowałby znacznie mniej szczęścia. Egzamin to potworny stres, obce auto, egzaminator z miną "wiem wszystko, widzę wszystko - i tak nie zdasz". Kamery niczego nie poprawiły - wręcz pogorszyły. Egzaminator czepia się byle drobiazgu i "utrąca" zdającego. Nie ma w Polsce kierowcy który co najmniej 5 razy na odcinku 20 km nie złamie żadnego przepisu. A od egzaminowanego wymaga się totalnie bezbłędnej jazdy.

Samo życie


Nie wierzycie? Przykład z życia na którym niejeden poległ. Auto egzaminacyjne ma wyjechać z podporządkowanej ulicy w ruchliwą arterię. Załóżmy nawet że kilkupasmową. Stoi bezradnie i mruga sobie prawym kierunkowskazem, bo sznur aut uniemożliwia włączenie się do ruchu. Nadjeżdża sympatyczny kierowca, który widząc problem lekko zwalnia - z własnej woli i zachęcająco mruga "długimi". Zaskoczony kursant sprawnie i z werwą wykonuje skręt. I już po nim. Bo egzaminator uważa, że doszło do wymuszenia pierwszeństwa. I żadne tłumaczenia, że to zwykła drogowa kultura (niezbyt częsta - niestety) nie pomogą - koniec egzaminu.

Zdarza się, że auto zgaśnie. Szczególnie auto którym poruszamy się od niedawna. W przypadku egzaminu to dyskwalifikacja bo "egzaminowany nie panuje nad pojazdem". Nie ocenia się tego, że np. w takiej sytuacji bardzo sprawnie sobie poradził i natychmiast uruchomił auto i odjechał, nie powodując nadmiernego utrudnienia w ruchu.

Dlatego właśnie powtórzę raz jeszcze, by w Polsce zdać egzamin na prawo jazdy - niezbędne jest po prostu szczęście - w jak największej ilości. Trzeba zanosić modły, by żaden kierowca nie zechciał być dobry i pomóc nam troszkę, by żaden pieszy nie pałętał się w okolicy pasów przez które przejeżdżamy, by auto którym jedziemy nie zgasło przy ruszaniu.

Motocyklem by się chciało...


Jeśli ktoś sądzi, że to koniec problemów - jest w błędzie. Wyobraźmy sobie
człowieka który ma prawo jazdy kategorii dowolnej. I zachciało mu się kategorię A zrobić. Niech np. dysponuje od 3 lat kategorią B (pojazdy do 3,5t). Otóż, by zdobyć A - musi przejść pełny kurs z PoRD, komplet jazd, zdać teorię (którą przecież kiedyś już zdał) i egzamin praktyczny. Po co ta kolejna komplikacja? Nie prościej byłoby wspomnieć o zmianach w PoRD na przestrzeni np. ostatnich 5 lat (przez góra 2 godziny), a następnie porządnie wyszkolić kursanta z jazdy motocyklem? Na egzaminie odpowiedziałby tylko na kilka pytań dotyczących konkretnie motocykli i zdał egzamin praktyczny. Szybciej, prościej, milej. Nie da się!

Prawdziwym hitem jest kategoria A1 i B1. To normalne prawa jazdy z pewnymi ograniczeniami. I tak - A1 zezwala na prowadzenie motocykla o pojemności silnika do 125 cm. B1 - trójkołowego lub czterokołowego pojazdu samochodowego o masie własnej nie przekraczającej 550 kg z wyjątkiem motocykla. Powyższe uprawnienia może zdobyć już 16-latek jeśli bardzo tego pragnie. Kosztuje to tyle samo co prawo jazdy kat. A lub B. Kurs jest identyczny, egzamin też. Kategoria A1 cieszy się pewnym powodzeniem. Zakładam, że kursant robi prawo jazdy A1 najszybciej jak się da, jest zdolny i mając niewiele ponad 16 lat zdobywa uprawnienia. Ma motocykl i jeździ. Zbliżają się 18. urodziny i chciałby przesiąść się na mocniejszą maszynę. Jeździ świetnie, opanował tajniki kierowania motocyklem, jest dobry. Tyle, że musi znowu wysupłać kwotę na cały kurs dla kat. A, opłacić pełny egzamin i go zdać. Po co? Czy nie mógłby automatycznie dostać kat. A po osiągnięciu przewidzianego prawem wieku?

O Prawie o Ruchu Drogowym można by jeszcze długo, bo to nie jedyne w nim kwiatki. Marzy mi się chwila kiedy Sejm wraz z właściwymi ministerstwami weźmie się wreszcie uczciwie do pracy i zacznie poprawiać potworki prawne jakie wyprodukowano przez lata. Czego sobie i Wam życzę...

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (8):

Sortuj komentarze:

Ja trafilam do najdroższej,najbardziej reklamowanej, i "dającej gwarancje sukcesu" szkoły jazdy w moim mieście...Efekt-właśnie podchodziłam 3 raz do egzaminu praktycznego.Teoria owszem wyłożona na dość wysokim poziomie,wszystko rzetelnie,dokładnie.Szkoda tylko,że ta rzetelność i dokładność nie przeniosła się na część praktyczną kursu.Instruktorka nie nauczyła mnie nic oprócz poruszania się po mieście, nie przykładając się do kwestie podstawowej egzaminu takiej jak parkowanie.Z racji tego,iż w moim mieście na egzamin czeka się dwa miesiące przed egzaminem postanowiłam wykupić dodatkowe jazdy.W sumie 5 godzin.Tylko,że wtedy nie wiedziałam jeszcze co tak na prawdę będzie istotne na egzaminie i gdzie leży mój problem.Tak więc za pierwszym razem poległam na parkowaniu równoległym,owszem zaparkowałam,ale mój błąd polegał na tym,że nie włączyłam kierunkowskazu."Dziękuję,oblała Pani,proszę się przesiąść".Przed kolejnym podejściem wykupiłam dwie godziny jazd,tym razem w konkurencyjnej szkole,gdyż w mojej zadna z instruktorek nie miała wolnej chwili,gdyż 'zbliżały się Święta Wielkanocne"I czego ja wymagam od nich na 10 dni przed świętami?!Owszem pan instruktor w konkurencyjnej szkole usiłował nadrobić stracony czas i udoskonalić moją jazdę,ale nie znam człowieka który by to zrobił w ciągu dwóch godzin!Podejście drugie.Piątek godzina 17.00.Miasto.Jadę jedną z najruchliwszych ulic centrum dwa pasy w każdym kierunku plus pas dla autobusów.Egzaminator wciska hamulec,"Oblała Pani,proszę się przesiąść".Powód-nie ustąpienie pierwszeństwa pieszemu znajdującemu się na pasach.Pytam gdzie jest ten pieszy?A egzaminator wskazuje mi usiłującego wejść na pasy z lewej strony starszego pana.Piszę usiłującego,bo jadący przeciwległymi pasami ruchu nie byli na tyle wspaniałomyślni żeby go przepuści.Dwa miesiące przerwy,znowu czekam na egzamin.Przed egzaminem postanawiam pojeżdzić po mnieści z moim bratem.w prawdzie prawo jazdy ma dopiero od dwóch lat,ale pracuje jako kierowca,a poza tym cale dznie spędza w samochodzie,jazda jest jego pasją!Po kilku godzinach jazdy z moim bratem,wiem już,że żaden ze mnie Hołowczyc ani Kubica.Ale mój brat twierdzi,że nie zna nikogo kto byłby dobym kierowca po 30 ( w moim przypadku w sumie 40)godzinach jazdy.Poniedziałek 7 rano.Egzamin 3.Tradycyjnie Sprawdzanie samochodu,przygotowanie do jazdy.Zapinam pasy,ustawiam lusterka,włączam silnik,wrzucam jedynke,spuszczam ręczny,popuszczam sprzęgło,dodaje lekko gazu,w końcu mam zrobić łuk na placyku,więc bez zawrotnych prędkości.Samochód gaśnie.Podbiega do mnie egzaminator,zaczyna wymachiwać rękami,że mam się streszczać,bo dużo ludzi czeka,zapalać auto i jechać.Robię wszystko dokładnie jak za pierwszym razem i co?Auto ponownie zgasło.Koniec egzaminu.Patrząc na to z perspektywy czasu zastanawia mnie kilka kwestii-dlaczego egzaminator wybrał ostatni z pięciu zaparkowanych przed WORD-em samochodów.I czy to możliwe żeby nowy samochód był aż tak niewyregulowany,albo rozregulowany?!Jeździłam wieloma samochodami,różnie wyregulowanymi,ale ten to już był szczyt
wszystkiego!Straciłam kolejne 114 zł,bo tyle kosztuje egzamin praktyczny,a z racji tego,że kończy mi się ważność testów i oblałam egzamin po raz 3 będe zmuszona wykupić 5 jazd doszkalających oraz po raz kolejny zdać egzamin testowy.Jestem uparta i spróbuję po raz kolejny podejść do egzaminu.Na egzamin testowy muszę czekać miesiąc czasu.A z pozytywnym wynikiem kolejne dwa miesiące na egzamin praktyczny.Szkoda tylko,że te 5
jazd doszkalających muszę wykupić przed egazminem teoretycznym,niewątpliwie przydały by się przed praktyką,a nie jeżdżąc
samochodem przez 3 miesiące z 40 godzinnym stażem nie trudno o zapomnienie wielu istotnych rzeczy!

Komentarz został ukrytyrozwiń

to jest świetny pomysł, popieram go całym swoim jestestwem. Proponuje przetestowac kazdego przyszłego kierowce i kazdego obecnego "doświadczonego". A co? wariatów jest cała masa, dlaczego nie wyrownać szans :P

Komentarz został ukrytyrozwiń

A ja myślę, że problemem lezy w firmach uczących. Jest ich dużo, a każdy chce zarobic. Robiłem prawo jazdy w ZDZ - był dziennik z obecnością, oceny - po prostu kurs. I doświadczony kierowca. A myślę, że w prywatnych jest podobnie jak na prywatnych uczelniach - liczą się pieniądze a nie nauka. I nie chodzi mi o to, że każdy kto skonczył kurs w prywatneh firmie to nie umie jeżdzić. ALe tam ten odsetek będzie po prostu większy. A egzamin - zależy od egzaminatora. Jak chce oblać - zawsz znajdzie jakikolwiek pretekst.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Moim skromnym zdaniem najważniejsze w tym wyapdku są dwie rzeczy, przede wszystkim dojrzałość kandydata na kierowcę (tu robiłbym poważne testy psychologiczne) oraz doświadczenie którego odpowiednią ilość nie sposób zdobyć na kursie. Trzeba przejechać parę tys. km żeby być tzw. przeciętnym dobrym kierowcą

Komentarz został ukrytyrozwiń

Melisa współczuje Ci ze miałaś okazje trafić do szkoły gdzie teoria jest "odwalana". Piszesz o szczęściu, faktycznie jest potrzebne co nie zmienia faktu , że nie zastąpi ono braku umiejętności. Zmiany w teorii? Jakie? dodatkowe ok. 20 pytań z pierwszej pomocy (banalnych). Straszysz egzaminem a przecież wystarczy idąc za autorem artykułu - sprawy trudne uprościć a sprawy niemożliwe zredukować do trudnych ;)

Komentarz został ukrytyrozwiń

+ rozwiązania problemów dobre, ale nierealne :) Ja po zdaniu egzeminu i tak, zanim zdecydowałam się na samodzielną jazdę, jeździłam z "opiekunem" ;) Zdanie prawa jazdy zależy - jak zauważył autor - bardziej od szczęścia niż rzeczywistych umiejętności. A paradoksy wokól tego egzaminu się mnożą - teoria jest w szkołach odwalana, a jak wygląda praktyka to zależy wyłącznie od instruktora :) zapomniałeś o wspomnieć o cenach kursów, zmianach w egzaminie teoretycznym (aż ciarki przechodzą!) i o.. światłach, które jeśli "migną", to dyskwalifikują kursanta.

Komentarz został ukrytyrozwiń

10 lat stazu z aktualnie pustym kontem punktowym, a nie wogole od zawsze pustym;-) To mialem na myśli. Co do wpuszczenia L-ki z podporządkowanej - owszem - można zapytać, ale pamiętajmy że osobnik egzaminowany jest zazwyczaj w niezłym stresie. A co do gaśnięcia - nie mam na myśli ruszania z trójki, tylko np. lekko przypieczoną linkę sprzęgła co skutkuje skokową pracą pedału. No ale to sa szczegóły. Generalnie system jest chory... Leczenie go kolejnymi obostrzeniami, tym razem dla pierwszorocznych - niczego nie zmieni - leczyc trzeba przyczyny a nie skutki.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Pomysł z opiekunem moim zdaniem jest dobry z tym ze nie kazdy przyszły opiekun bedzie miał dosc odwagi zeby podjąc wyzwanie i usiąść obok adepta, nie kazdy sam posiada wystarczające umiejetności by poruszac sie po drogach - wystarczy popatrzec co wyrabiają kierowcy z uprawnieniami, a co dopiero dawac przykład innym. 10 lat prawko bez punktów karnych to wręcz ideał i tu 3/4 populacji odpada, polowa z pozostałych to Ci którzy prawko mają w "ramce".
Zacytuje Cie: "Nie ma w Polsce kierowcy który co najmniej 5 razy na odcinku 20 km nie złamie żadnego przepisu". Pomysł jak pisałam wczesniej dobry. Młody kierowca musiałby troszczyć sie tez o zycie pasażera, moze nauczyłby sie wiecej pokory. Skoro w innych krajach sie sprawdza. Na dzień dzisiejszy chciałabym zobaczyć jak sie sprawdzą zaostrzone przepisy co do pierwszorocznych
W kwestii egzaminu to nie do konca sie z Tobą zgodze. Piszesz : "Nadjeżdża sympatyczny kierowca, który widząc problem lekko zwalnia - z własnej woli i zachęcająco mruga "długimi". Zaskoczony kursant sprawnie i z werwą wykonuje skręt. I już po nim. Bo egzaminator uważa, że doszło do wymuszenia pierwszeństwa." Kiedy dochodzi do sytuacji, w której inny uczestnik ruchu uprzejmie wypuszcza taką "L" z podporzadkowanej wystarczy egzaminatorowi powiedziec "tamten kierowca mnie puszcza...... Jade" albo " ......moge jechac?" i sprawa załatwiona, egzaminator został uprzedzony.
Kolejna sprawa kiedy gaśnie samochód od na skrzyzowaniu. Raz moze zgasnąć, drugi raz też jeszcze egzaminator przymknie oko ale jeśli egzaminowany trzeci raz upiera sie i próbuje ruszyc na trójce no to zlitujcie sie! Jesteśmy na drodze, nie myślisz - nie zyjesz !
Rozumie, że kazdy egzamin wiąże sie ze stresem ale poruszanie po zapchanych drogach to nie je bajka

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.