Facebook Google+ Twitter

Iggy Pop i Soundgarden w londyńskim Hyde Parku

Czym jest deszcz wobec Iggy Popa na żywo..? To właściwie nie był koncert - to był spektakl, nie tyle świateł, co jednego człowieka - Iggiego. Chłopaki z Soundgarden wykonali kawał dobrej grunge'owej roboty.

Kiedy przybyłem do londyńskiego Hyde Parku około 15 w piątek 13 (!) lipca, pogoda była bajeczna. Słoneczko, parę chmurek, ciepły wiaterek. Jeszcze nie było tłumów, więc można było spokojnie połazić, obejrzeć okolicę, posiedzieć na słynnej hydeparkowej trawie. Ale kiedy zająłem siedzące (pod barierką) miejsce naprzeciw sceny, deszczyk zaczął kropić, a potem się rozpadał na dobre. Z kubkiem gorącej czekolady w dłoni (dostałem też drewnianą, ekologiczną łyżeczkę do cukru), przemoknięty, czekałem na występ pierwszego zespołu supportu: Kids In Glass Houses... - Jeżeli pierwszy dzień festiwalu zaczyna się od takiego zespołu, który wcale nie jest muzycznym przedskoczkiem, to co będzie dalej! - myślałem. Wiedziałem, co będzie, ale ekscytację odłożyłem na później i skupiłem się na oglądaniu Chłopców w Szklanych Domach. Kids In Glass Houses zasłynęli przede wszystkim tym, że podpisali kontrakt ze słynną wytwórnią płytową Roadrunner, co było pewnym szokiem, bo do tej pory to wydawnictwo promowało raczej metalowe, ciężkie kapele. A Kidsi mieszczą się raczej w kategorii rock, emo, lovemetal. Ich set był bardzo energetyczny, ze zgrabnymi emo-rockowymi piosenkami. Szczuplutki, przystojny - co było widać dokładnie na pobocznych telebimach - wokalista, ubrany na czarno, biegał po scenie jak wielki pająk. Zagrali parę piosenek, pokłonili się ładnie i zniknęli.

Potem nastąpiła mała przerwa, w której można było śledzić SMS-y, które fani wysyłali na stronę internetową organizatora. Wielki pasek nad scenę wyświetlał niemal wszystko, co tweetowali zgromadzeni pod sceną ludzie. Deszcz ciągle padał, na szczęście nie rzęsisty. Co ciekawe, organizatorzy, nauczeni doświadczeniem innych eventów, przygotowali się na opady deszczu i podłoże dookoła sceny wyłożyli specjalnymi kawałkami drewna, które miały wchłaniać wodę. I wchłaniały, i nie było błota.

Black Stone Cherry na festiwalu Hard Rock Calling, fot. Carl Stoner / Fot. Carl StonerKolejny zespół wyszedł na scenę, a na jej tle wyświetliły się trzy litery: BSC. To skrót od Black Stone Cherry. Tak, oni też tu wystąpili, i nie jako headliner, a po prostu jako jeden z zespołów. Ich występ był o tyle ciekawy, że więcej się działo pod względem muzycznym: oprócz znanych kawałków, takich jak "Blame It On The Boom Boom", Roll It Down", "In My Blood", zahaczyli też trochę o country, a nawet wykonali pół coveru... Pół, bo zaczęli śpiewać i grać "Rehab" Amy Winehouse, ale po minucie przeszli do innej, swojej kompozycji. Furorę robił gitarzysta, blondwłosy piorun, latający po scenie, kręcący głową, nogami, rękami, biodrami i gitarą.

Było coś koło 18. Następny band w kolejce to dla mnie wielka niespodzianka, bo nie znałem go zupełnie. Cold Chisel. Spodziewałem się jakichś wyrostków i kolejnej porcji emo lub screamo (które - żeby nie było - lubię). A wyszli na scenę starsi panowie, niektórzy już siwi i zaczęli grać bluesa i klasycznego rock'n'rolla spod znaku Deep Purple czy AC DC. I było pośród widowni wielu, którzy znali słowa ich piosenek i śpiewali razem z wokalistą. On zresztą też mnie zaskoczył, bo wyglądał na spokojnego prawie-dziadka z brzuszkiem, a jego wokal był nawet chyba mocniejszy od głosu Iana Gillana. Śpiewał, tak jakby przeklinał cały świat, z punkowym zacięciem. Długi całkiem, godzinny chyba, mocny, ognisty występ Cold Chisel, w którym było też trochę bluesa i rockabilly, trochę saksofonu, zapadł mi bardzo w pamięć.

Iggy Pop na festiwalu Hard Rock Calling, fot. Carl Stoner / Fot. Carl StonerAle najlepsze miało się jeszcze zacząć. I zaczęło około 19, gdy na scenę wkroczył (wbiegł, wleciał, wtańczył) Iggy Pop i jego The Stooges. Deszcz już nie padał, a jeśli nawet padał, to to już nikomu na tym etapie nie przeszkadzało. Czym jest deszcz wobec Iggy Popa na żywo..? Oczywiście, artysta nie miał na sobie koszulki i z wspaniałą opalenizną i pasemkami na włosach, wyglądał na 20-latka. To właściwie nie było koncert - to był spektakl, nie tyle świateł, co jednego człowieka - Iggiego. Można nie lubić jego muzyki, ale nie można nie być wciągnięty przez jego performens i numery takie jak "Gimme Danger", "Funhouse", "I Don't Wanna Be Your Dog". Iggy skupia na sobie uwagę, rusza się ciągle, tańczy, wygina, trochę jak panienka kręci biodrami, podchodzi do publiczności, ucieka, bierze w zęby kabel mikrofonu, owija się nim dookoła ciała... I to nie jest sztuczne - to jest sposób w jaki on sam czuje i przedstawia swoją muzykę - siebie samego. Tak byłem oczarowany jego występem, że zupełnie prawie nie zwróciłem uwagi na panów z The Stooges, którzy robili dobrą robotę na gitarach i perkusji. To był szalony koncert. Kilku młodych ludzi spod sceny zostało zabranych przez ochronę. Podczas próby przeskoczenia barierek przeskakiwali, a raczej byli wypychani od wewnątrz przez dzikich, rozekscytowanych, pogujących fanów.

Nad Hyde Park z wolna nadciągała noc. Iggy skończył swój show i teraz miała przyjść kolej na gwiazdę wieczoru - seattle'owski Soundgarden. Czekając na ten band, ciągle miałem jeszcze wrażenie, że nastąpiła jakaś pomyłka i że to Iggy Pop powinien być gwoździem programu, a nie jednym z rozgrzewaczy.
Przed Soundgarden stanęło więc duże wyzwanie - udowodnić że są lepsi od Iggiego... Może niektórych przekonali, ale mnie nie. Zagrali dobry, niemal dwugodzinny, równy set, był "Black Rain", był najbardziej znany chyba ich numer "Black Old Sun", był grunge, psychedelia, spektakl świateł itp. Fajnie się to wszystko oglądało, ale mnie osobiście zabrakło w koncercie Soundgarden kontaktu z publicznością i pierwiastka rozluźniającego. Mimo że Chris Chornall próbował żartować, mówiąc w połowie gigu, że "to jest dopiero początek, mamy jeszcze trzy godziny" albo rzucając niedługo potem "Dobranoc" i po krótkiej chwili znowu wychodząc na scenę w pełnym składzie, grając normalnie dalszą część koncertu. Muzycznie jednak od pierwszej do ostatniej nuty dźwięki były nadęte niemodnym już dziś grungem, z masą patosu, powagi, teatrowości. Soundgarden na festiwalu Hard Rock Calling, fot. Carl Stoner / Fot. Carl Stoner

Wokalista kończył niemal każdy utwór charakterystycznym, acz przerysowanym skrzeczeniem i całość brzmiała momentami jak soundtrack do horroru. Niemniej jednak chłopaki wykonali kawał dobrej roboty i fani pod sceną byli zadowoleni. Koncert Soundgarden skończył się około 22.30. To był koniec - koniec pierwszego dnia londyńskiego festiwalu.

Scen było kilka - w tym jedna dla młodych zespołów. Jednak nie udało mi się ich sprawdzić, tak byłem zainspirowany tym, co widziałem na scenie głównej. I zapomniałem nawet, że obok gra Mars Volta...

Hard Rock Calling z roku na rok staje się coraz poważniejszym festiwalem. W ciągu trzech dni na wszystkich scenach zaprezentowały się oprócz omówionych aktów m.in. Stevie Nicks, Bruce Springsteen, Lady Antebellum, Paul Simon, Amy McDonald, Tim Morello (członek Rage Against The Machine)...

Znajdź nas na Google+

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.