Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

53670 miejsce

II edycja United Solo Europe. Czas na podsumowanie

Przedstawienie jednego aktora to forma bardzo wymagająca. Skupić na sobie uwagę widowni przez kilkadziesiąt minut to wyzwanie dla najlepszych, którzy nie tylko muszą mieć w sobie to „coś”, ale też podążać za zmieniającymi się gustami, percepcją i wrażliwością publiczności. Na United Solo Europe udało się to m. in. Monice Mariotti, która z "Moją Niną" reprezentowała Polskę.

LynnMarie Rinn / Fot. W. Mycek, Teatr SyrenaPrzedstawienie jednego aktora to forma bardzo wymagająca. Skupić na sobie uwagę widowni przez kilkadziesiąt minut to wyzwanie dla najlepszych, którzy nie tylko muszą mieć w sobie to „coś”, ale też podążać za zmieniającymi się gustami, percepcją i wrażliwością publiczności. II edycja USE w Warszawie tłumów nie przyciągnęła, choć zapowiadani artyści i tematyka ciekawa. Tylko poziom spektakli okazał się zróżnicowany. Dość powiedzieć, że nie musimy mieć kompleksów w stosunku do propozycji zachodnich.

Spektakl „Moja Nina” w reżyserii Adama Sajnuka, przygotowany przez Monikę Mariotti był chyba obok monodramu LynnMarie Rink najciekawszą propozycją. Dynamiczną, żywiołową, refleksyjną i zabawną, opatrzoną w dodatku bardzo dobrą muzyką Michała Lamży. Siłą tego „muzodramu” jest jego autentyzm, bo Mariotti nie naśladuje amerykańskiej artystki. Mariotti jest aktorką, która o Ninie opowiada; nie konkuruje, ale zafascynowana ciemnoskórą piosenkarką, tworzy swoją muzyczno-tekstową opowieść o Simone, budując nastrój, zachwycając tembrem głosu, żonglując emocjami i udanie nawiązując kontakt z widzami.

Ciekawą propozycją był też szczery, prawdziwy do bólu, spektakl na otwarcie „Wrap Your Heart Around It” w wykonaniu LynnMarie Rink, pięciokrotnie nominowanej do Grammy. Rink nie tylko opowiada autentyczną historię, ale w dodatku jest to historia jej i jej rodziny. Spektakl robi wrażenie. Widzowie szybko orientują się, że nie będzie wesolutko-infantylnie-optymistycznie, ale nie będzie też pesymistycznie. Rinn nie stosuje żadnego szantażu emocjonalnego, co często się zdarza przy spektaklach tego typu, ale daje przykład dobrego aktorstwa. LynnMarie, to typ „dziewczyny z sąsiedztwa” (i to nawet dość bliskiego, bo jej rodzina przybyła do Ameryki ze Słowenii dwa pokolenia wcześniej), z akordeonem, na którym wygrywa polki (żeby nie dać się rozpaczy i udowodnić, że to nie jest gatunek tylko dla starych Bawarczyków). Kiedy odsłoni kim jest i z jaką opowieścią przyszła, śmiech przycicha. Ojciec alkoholik, terroryzujący rodzinę, matka chora na raka, mocno pokiereszowane przez życie rodzeństwo i wreszcie jej dramat - dramat kobiety, która długo nie mogła doczekać się dziecka, a gdy je urodziła, okazało się, że cierpi na zespół Downa. Tak powstał spektakl, w którym Rinn woła o godność i daje siłę innym doświadczanym przez życie. Nie ukrywa, że taki terapeutyczny, obok artystycznego celu jej przyświeca, ale co ważne, nie ma obaw, że oceniamy ten monodram ze względu na temat, a nie na jakość wykonania.

Najbardziej chyba oczekiwany i reklamowany gość, szwedzki mim Roger Westberg, jest moim największym zawodem. „Hamlet, A stand up” miał oczarować brawurowym wykonaniem 20 ról z tragedii Szekspira, ale tego oczarowania wystarczyło tylko do przerwy. Owszem, każda z postaci z „Hamleta” jest przemyślana, naznaczona jakąś cechą różnicującą, wyróżniającą ją spośród pozostałych dzięki operowaniu głosem, mimiką, gestem, postawą ciała. Połączenie stand-up, pantomimy, śpiewu i tańca pozwala stać się Westbergowi: Klaudiuszem mordercą, Ofelią, Poloniuszem, strażnikami, a nawet odegrać pojedynek Laertesa z Hamletem. Bawi zgrabny tekst i abstrakcyjny humor z Monty Pythona rodem, ale choć aktor dwoi się i troi na scenie w tym niezwykle trudnym i wyczerpującym pokazie, to po kilkudziesięciu minutach robi się zwyczajnie nudno.

„Longing for Grace” czyli aktorka Grace Kiley o aktorce Grace Kelly, laureatce Oscara, która porzuciła karierę w Hollywood i w wieku 26 lat wyszła za mąż za księcia Monako Rainiera III Grimaldi. Jak płaci się za tego typu wybory, za zerwanie z największą pasją życia i zaprzepaszczone marzenia? Opowiada o tym sama księżna Grace, która na granicy życia i śmierci, przychodzi pożegnać się z córką i rozprawić z mitem wyprodukowanym na jej temat. Marzenia młodej kobiety, która miała zostać księżną, szybko rozbiły się o realne życie i to podporządkowane protokołowi dyplomatycznemu, a z nim nikt nie wygra. I o ile temat ciekawy, z punktu artystycznych wyborów, to z oceną tego występu jest pewien kłopot. Z jednej strony jest przykładem rzetelnego aktorstwa, pięknej dykcji, dbałości o detal, ale z drugiej spod tej opowieści nachalnie przebija jakaś maniera, która dla widza może być trudna do akceptacji.

A na zakończenie USE - Robert Jägerhorn, fiński iluzjonista, który „dokonał epokowego odkrycia. Odnalazł uznawany za zaginiony niemy film Alfreda Hitchcocka „Numer 8”. “Waiting for Hitchcock” to monodram, w którym artysta, łącząc elementy magii i teatru, prezentuje akcję filmu na scenie. Jest lekko i zabawnie, tajemniczo, ale to taki drobiazg na chwilę i mocno "niszowego" widza.

Klimat dla monodramu jest w Polsce więcej niż dobry. Od lat ten gatunek przyciąga i aktorów, i widzów. Wystarczy spojrzeć, ile spektakli jednego aktora grano na polskich scenach w latach 2013 - 2014. Ich lista robi wrażenie. Warto więc konfrontować ich z propozycjami zachodnimi. Wniosek? III edycja USE - tak; ze spektaklami, które przyciągną tłumy.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.