Facebook Google+ Twitter

Im więcej słów, tym mniej rozumiemy

"Kaspar" to jedna z najlepszych sztuk Teatru Współczesnego we Wrocławiu. Budzi skrajne emocje - od smutku, zmartwienia, po radość. Dziwne? Nie, całkiem normalne - taki jast "Kaspar" i taki też jest nasz cały świat.

 / Fot. PlakatJakiś czas temu przy jednej z wrocławskich ulic dostrzegłem ogromną płachtę białego papieru, a na niej widniał czarny napis KASPAR. Niesamowite! W tak bardzo komercyjnym, podatnym na sensację świecie ktoś chce reklamować coś w taki sposób? Genialnie! Reklama zadziałała i po kilku dniach dokonałem zakupu tego „produktu” wysokiej jakości. Miejscem odbioru „towaru” była Scena na Strychu we wrocławskim Teatrze Współczesnym.

Tytuł sztuki, jak również słowa wypowiadane podczas niej, sugerować mogą, że „Kaspar” to historyczny spektakl traktujący o życiu chłopca nazwanego „sierotą Europy”. Jednak nie jest tak do końca. Sam autor – Peter Handke, napisał, że sztuka „Kaspar” nie pokazuje, jak jest naprawdę, jak było naprawdę z Kasparem Hauserem. Więc właściwie o czym jest to przedstawienie? Na to pytanie również odpowiada nam Handke już we wstępie do swojego dzieła - sztuka pokazuje (…), co jest możliwe z kimś. Pokazuje, jak można mówieniem doprowadzić kogoś do mówienia. Jest to chyba najlepsza kwintesencja „Kaspara”.

Wielkie brawa należą się reżyserce (Barbara Wysocka), dzięki której widz, już od samego początku, mógł wniknąć głębiej w postać głównego bohatera i przypatrywać się temu, co się z nim dzieje. Spektakl zaczął się chwilę przed tym jak na salę weszła publiczność. Kobieta stojąca przy mikrofonie (Marta Malinowska – Szymkiewicz) kilkukrotnie powtórzyła co każdy, kto przybył na przedstawienie, powinien teraz zrobić, opisała także scenografię i opowiedziała w kilku słowach o spektaklu. Zabieg ten był fantastyczny! Gratulacje dla reżyserki!

Główny bohater (Szymon Czacki) na naszych oczach poznawał nowe słowa, uczył się tworzyć zdania i zadawać pytania. Paradoksalnie, im więcej wiedział, im więcej znał nowych wyrażeń, tym świat stawał się coraz bardziej chaotyczny, nieuporządkowany i niezrozumiały. Pokazuje to bolesny proces stwarzania człowieka oraz to, jak trudno jest odnaleźć się w rzeczywistości.

Jednak w „Kasparze” nie cierpi tylko główna postać, ale razem z nią cierpią wszyscy widzowie. Kiedy świat głównej postaci ogranicza się do zdania: „Chciałbym być tym, kim kiedyś był ktoś inny” – wszystko wydaje nam się zrozumiałe, później razem z bohaterem poznajemy kolejne słowa. Świetna scena, kiedy Czacki biega po metalowym rusztowaniu i krzyczy: „ŚNIEG!”. Wszystko nazywa on śniegiem, ponieważ to jedyne słowo, które rozumie. Aż prosi się tutaj o zacytowanie Ludwiga Wittgensteina, który powiedział w „Traktacie”, że „granice (...) języka są granicami (…) świata” – dokładnie tak samo jest w przypadku Kaspara (przy okazji zachęcam, aby wybrać się na „Traktat”, również do Teatru Współczesnego!). I wreszcie kiedy bohater zaczyna stawiać pytania, rozmyślać – można rzec, że w pewnym stopniu zna świat, widz zaczyna tracić świadomość, przestaje rozumieć, co dzieje się przed nim, ten natłok słów przestaje do niego trafiać. Świetne! Brawo dla Wysockiej!

Największy pokłon należy się reżyserce za „przerwę”. Spektakl do najkrótszych nie należał, a formalnie nie ma mieć przerwy. Jednak jak się okazało – przerwa była, tylko z taką różnicą, że rozegrała się ona na oczach widzów. Jeden z aktorów (Tomasz Cymerman) krzyknął z niemieckim akcentem: „Pause”. Jednak inna aktorka (Marta Malikowska-Szymkiewicz) oznajmiła, że żadnej przerwy nie będzie. I zaczęło się! Przestawianie stołów, bieganie po scenie, chowanie krzeseł, przestawianie mikrofonów, krzyki, śmiechy, jakaś niemiecka piosenka w tle… Widzowie siedzący na widowni nie wiedzieli, co się wokół nich dzieje. Chaos, rozgardiasz, bałagan – tak, tak… - taki właśnie jest nasz świat, taka jest rzeczywistość i tak czuje się też Kaspar.

Na wielkie uznanie zasługuje też ciekawa scenografia, która również była dziełem Barbary Wysockiej. Uwagę najbardziej przyciągała metalowa konstrukcja przysłonięta prześwitującym materiałem, który w połowie spektaklu został ściągnięty. Aktorzy biegali, skakali, leżeli, siedzieli – praktycznie robili wszystko na rzeczonym rusztowaniu. Moje ogromne zainteresowanie wzbudziła scena, podczas której „nauczyciele” (Marta Malinowska-Szymkiewicz, Tomasz Cymerman i Maciek Prusak) wykonywali na nim niebanalny układ choreograficzny. Sam pomysł świetny, troszkę gorzej z wykonaniem. Aktorzy momentami nie poruszali się synchronicznie.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.