Facebook Google+ Twitter

Indie - świat, w którym nie ma duchów

Przekonałem się, że podróż z Małego Tybetu, jak niekiedy nazywa się Ladakh, do hinduistycznych Indii, dostarcza niezapomnianych przygód.

krajobraz Ladakhu / Fot. Maciej Karasinski Ladakh, kraina górskich przełęczy i niebosiężnych, himalajskich szczytów. Ten, tak zwany, indyjski Tybet to miejsce szczególne na mapie Indii. Wielowiekowa kultura tego obszaru łączy w sobie tybetańskie tradycje oraz lokalne wierzenia. To właśnie tu, w rejonie słynącym z rezerwatów śnieżnych panter i bajecznych parków krajobrazowych, od wieków współistnieją religie hinduistyczne, buddyzm oraz islam. Zakątek ów to Mekka miłośników trekkingu i amatorów dzikiej przyrody. Przez wiele miesięcy w roku jedyną drogą łączącą hinduistyczne Indie z buddyjskim Ladakhiem jest wielokilometrowy trakt wiodący przez himalajskie przełęcze i niedostępne doliny. Trasa prowadzi ze stolicy Ladakhu do letniskowej miejscowości zwanej Manali, położonej w stanie Himachal Pradesh.

Dworzec autobusowy w Leh, stolicy himalajskiej krainy Ladakh, budzi się wcześnie, bo około godziny drugiej nad ranem. Jest jeszcze ciemno, ale wokół pordzewiałych busów zbiera się już grupa podróżnych. Są Hindusi, Australijczyk, mieszkańcy kilku państw europejskich i Izraela. Dwóch zakapturzonych Hindusów przeciera brudną szmatą kabinę kierowcy. Obok podróżnych spaceruje brodaty jegomość w prochowcu i wełnianej czapce. Twarz ma przeoraną bliznami i bladą z niewyspania. Niekiedy mówi się o ludziach, że spoglądają wilkiem, o nim można rzec, iż ma spojrzenie lisa. Jest Kaszmirczykiem i pełni rolę pilota oraz konduktora naszego autobusu. Na pytanie o której odjeżdża autobus odpowiada mi milczeniem. Wszystkim pozostałym podróżnym wystarcza wiadomość, że niebawem będzie odjazd. Za godzinę, dwie. Kiedyś.

Ściągam zegarek i wsuwam go do kieszeni. Indyjski konduktor krztusi się dymem biri, ciska niedopałek na ziemię i wykrzykuje parę pogardliwych słów w stronę kierowców. Przeklina ich i każe sprawdzić czy, piętrzące się na dachu busa, bagaże są dobrze przywiązane. Wrzucam swój plecak do środka i wybieram miejsce. Przez, pomazaną smarem, szybę widzę jak Australijczyk głaszcze przydrożnego kundla, a białowłosy Anglik częstuje znajomego papierosem. Żydzi próbują jeszcze coś wytłumaczyć konduktorowi. Ostatecznie sadowią się na przednich siedzeniach pojazdu. Zaczyna świtać. W szoferce, kierowcy śmieją się nerwowo wyrywając sobie pękatą butelkę z lokalnym trunkiem. Do autobusu wchodzi dwóch umorusanych, opatulonych łachmanami Hindusów. Wnoszą wielki wór, tu i ówdzie połatany i związany burym sznurem. Kaszmirczyk wypisuje im bilety. „Co to za worek, co tam wieziecie?” – pyta troskliwym, ojcowskim tonem. Dwójka nowoprzybyłych uśmiecha się niepewnie. Cicho, jakby wstydząc się własnych słów, odpowiadają: ”parę butów i stare ciuchy”. Konduktor podaje bilety i każe wrzucić wór na tył autobusu.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (2):

Sortuj komentarze:

Fascynująca przygoda.

Tylko ten "lament kobiet" - przecież to XXI wiek.

Komentarz został ukrytyrozwiń

+ Ogromny plus za wspaniałą przygodę. Podróż do Indii to moje marzenie.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.