Grubą stertę korespondencji przyniosła wczoraj do naszej redakcji pani Stanisława Laska. Wyciągnęła pisma z błota na łące przy osiedlu Wajdy w Katowicach. Poufne dane adresatów - stan konta, wartość operacji finansowych, adres, numer telefonu, numery kart bankowych - pozostały nienaruszone.
Czytelniczka postanowiła zawiadomić nas o tym przestępstwie, bo sama miała przykre doświadczenie z pocztą. Jej wnuk miał jej przysłać z zagranicy pieniądze w liście, ale nie dotarły. Przy reklamacji okazało się, że pieniądze zostały wysłane i zaginęły w Polsce. Poczta po kilku miesiącach oddała jej 1100 duńskich koron.
Porozrzucane na całej łące listy to niezła gratka dla złodziei. Można się z nich dowiedzieć, kto jest zamożny, ile ma koncie, jaką posługuje się kartą, gdzie mieszka.
Adresaci przyznają, że bezskutecznie czekali na ważną dla siebie korespondencję.
- Boże, nie wiem co robić, to szok - wyznaje pani Bożena z ulicy Katowickiej w Mysłowicach. Na łące leżały jej rachunki z PKO TFI SA i opis poważnej operacji finansowej.
- Kłóciłem się z żoną, gdzie jest rachunek za telefon. Zapłaciliśmy go z opóźnieniem. Czekamy też na inne ważne dokumenty - opowiada pan Tadeusz, również z Katowickiej. Przypomina sobie, że od dwóch miesięcy w dzielnicy jest nowy listonosz.
- Doręczyciele zaczęli się zmieniać, tak że nie mogłem ich zapamiętać. Trudno uwierzyć, że ktoś mógłby zdobyć się na taką nieodpowiedzialność - dziwi się mysłowiczanin.
Katowicka policja natychmiast przeszukała teren wokół ogródków działkowych przy ul. Ludwika, gdzie porzucono listy.

Znalazła jeszcze kilkadziesiąt urzędowych przesyłek ze stycznia tego roku. Sprawca tego czynu nie pozostanie bezkarny. Jeśli jest to pracownik poczty, to za naruszenie tajemnicy korespondencji, złamanie ustawy o ochronie danych osobowych, przywłaszczenie powierzonego mu mienia, grozi mu kara do pięciu lat więzienia.
Piotr Pietras,
Rzecznik śląskiej poczty:
Niestety, przypadki porzucenia korespondencji przez listonoszy zdarzają się, chociaż nie są częste. Staramy się wybierać odpowiednich ludzi, z odpowiednimi kwalifikacjami i podejściem do pracy, ale nie możemy ręczyć za wszystkich. Listonosz w Zabrzu na przykład wyrzucił listy, bo uważał, że ma za ciężką torbę. Został za to wyrzucony z pracy. Ostatni przypadek z Mysłowic będziemy dokładnie sprawdzać i wyciągniemy wobec winnych konsekwencje.
Nie pierwszy raz
Miesiąc temu 20-letni listonosz z Zabrza wyrzucił przesyłki, bo był zmęczony i chciał iść już do domu. Listy, wpakowane do czarnych, foliowych worków, wylądowały za płotem jednej z hurtowni. Pakunki zainteresowały zabrzańską policję, która szybko dotarła do nierzetelnego listonosza. Poczta zatrudniła go na tej posadzie, chociaż był doskonale znany policji.
Grażyna Kuźnik
D.P.