Facebook Google+ Twitter

Instynkt stadny w dziennikarstwie

Marzę o sytuacji, kiedy siedząc w górnych rzędach w teatrze lub sali operowej i patrząc na redaktorów naczelnych największych pism, mediów w Polsce, będę mógł się na nich, bardzo realnie, a nie tylko symbolicznie, z góry wyrzygać.

I znowu zastrzeżenie. Nie jest to felieton dotykający niezmiernie ważnych zasad działania wspólnot zwierzęcych, napisany z punktu widzenia etologa czy, nie daj Boże, zoologa. Wykładając rzecz prosto, chodzi mi i o coraz bardziej irytującą cechę polskiego dziennikarstwa (i, jak sądzę, nie tylko niestety polskiego), która nazywana jest czasami dziennikarstwem stadnym. Albo po prostu instynktem stadnym w dziennikarstwie.

Ciekawie o tym pisze Stanisław Mocek - w niedawno wydanej książce "Dziennikarze po komunizmie". Polega on na tym, że problemy interesujące, podobno, społeczeństwo są w sposób czasami przerażająco wtórny opisywane przez wszystkie media. Najlepszym przykładem dziennikarstwa stadnego jest, poetycko nazwana, "seksafera w Samoobronie". Proszę mi wierzyć, że kiedy piszę to zdanie, a jest szósta rano, z trudnością opanowuję wymioty. Mógłbym się bronić stwierdzając, iż chodzi mi o niestrawność intelektualną, ale w felietonie nie muszę, na szczęście, ograniczać się, do określeń eufemistycznych. Oświadczam zatem, że chodzi mi o trudną do opanowania fizjologiczną reakcję organizmu, którą w czasach studenckich, dbając o kulturę językową, nazywaliśmy "jechaniem do Rygi".

Brutalnie rzecz wykładając, marzę o sytuacji, kiedy siedząc w górnych rzędach w teatrze lub sali operowej i patrząc na ufryzowane loki (lub z trudem ukrywane łysiny) redaktorów naczelnych największych pism, mediów telewizyjnych i elektronicznych w Polsce, będę mógł się na nich, bardzo realnie, a nie tylko symbolicznie, z góry wyrzygać. Powinna to być kara za to, co robią z polskim dziennikarstwem, nie będąc w stanie rozróżnić jego funkcji informacyjnej od funkcji psa stróżującego (watchodoga). Ale nie to jest najgorsze. Smutniejsze jest to, że udając dziennikarzy bezinteresownie dążących do prawdy, wchodzą w bardzo intymne kontakty z "Faktem" i "Super Expressem", klasycznymi tabloidami.

W ostatnich miesiącach wiele, zupełnie niezasłużenie, wycierpiałem, czytając "Rzeczpospolitą", "Dziennik" (ogólnopolski, czyli "niebieski", jak go nazywają łódzcy kioskarze) i "Gazetę Wyborczą". O reakcji na obiektywne telewizyjne informacje, wspaniałomyślnie nie wspomnę. W najlepszych polskich dziennikach pisano to samo, używając jednak chytrze odmiennych środków językowych i stylistycznych. Co więcej, dopuszczano się retorycznego nadużycia próbując uzasadnić zainteresowanie tym szczególnym przypadkiem, że nie chodzi o banalne ustalenie ojcostwa posła Łyżwińskiego, czy teraz wicepremiera Andrzeja Leppera, lecz ważny społecznie problem, jakim jest przemoc seksualna w pracy. Rozumiem to, ale dlaczego dręczono wrażliwych czytelników opisem moralnych rozterek pani Anety K., których doświadczała podobno czekając na ciepłą wodę pod prysznicem w hotelu poselskim.

Mało pocieszające było podziwianie poetyckich metafor dziennikarzy, którzy sugerowali bardziej wyrafinowanym czytelnikom (i słuchaczom), że rezygnacja Anety K. z kąpieli oczyszczającej ciało, było, z jej strony, wymuszoną zgodą na nurzanie się w brudzie moralnym, typowym dla politycznych elit. Aby wyrzyganie się na głowy redaktorów nie było tylko aktem beznadziejnej rozpaczy rozrzucę jednocześnie ulotki zachęcające do czytania książki Anthony Pratkanisa i Elliota Aronsona "Wiek propagandy". Sławni autorzy w niej właśnie dokonują fundamentalnego, dla zrozumienie istoty dziennikarstwa, rozróżnienia na fakt i faktoid.

Najlepszym przykładem faktoidu, według mnie, była sprawa więzień CIA w Polsce. Informowały o tym wielkie media za granicą, a polskie też nie były gorsze. Przeciętny odbiorca mógł odnieść wrażenie, że dziennikarze mają dowody, zdjęcia i wywiady z więzionymi bezprawnie terrorystami. Przez kilka miesięcy w mediach aż "huczało" o więzieniach CIA w Polsce. I jak zwykle - było i minęło. Dzięki Bogu, że chociaż jedna z moich zdolnych studentek napisała o tym bardzo ciekawą pracę. A nie chciała wierzyć, ufna w siłę i etykę mediów, że to po prostu banalny faktoid.

Miałem nadzieję, że to już tylko historia, kiedy znowu pojawiła się w mediach sprawa napastowania Ani przez kolegów z gdańskiego liceum. Dzień później popełniła ona samobójstwo. Kilka miesięcy temu media zgodnie i chóralnie obwieściły winę chłopców, występując idiotycznie w roli prokuratora. Ostatnie dni przyniosły jednak zadziwiającą zmianę poznawczej perspektywy. W tej chwili, równie zgodnym chórem, odwołując się do zapisu w telefonie komórkowym, który jest przecież tylko dowodem częściowym w sprawie, występują w roli obrońców.

Przypominam zatem, że najbezpieczniejsza jest zawsze rola sądu. Z rozmaitych tekstów, zamieszczonych w najlepszych dziennikach i tygodnikach wynika, iż chłopcy zostali zaszczuci. A medialna furorę robi określenie jednego z adwokatów o "końskich zalotach". Tak więc atak na cielesność i prywatność dojrzewającej dziewczynki, publiczne upokorzenie, naruszenie jej psychicznej i fizycznej autonomii jest przedstawiany obecnie w mediach jako niewielkie przekroczenie granic zalotów charakterystycznych dla tego wieku. A nie była to jawna i czysta brutalna seksualna przemoc?!

Powiem otwarcie - są granice informacyjnego cynizmu i dobrze byłoby, by redaktorzy naczelni sięgnęli do archiwum i sprawdzili, w jakim tonie pisano, w mediach przez nich kierowanych, o tej smutnej sprawie kilkadziesiąt dni temu. A potem popukali się w czoło, zachwycając się pięknym, pustym odgłosem.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (19):

Sortuj komentarze:

Plus dla dr Andrzeja.
Ossad... pozostań przy swoim... wolno Ci. Pan Andrzej będzie pisał nadal... my tu gadu gadu, wy piszu piszu i wszyscy zadowoleni! sił mi brak na polemikę bo 03:42, jutro egzamin, tzn. dziś. Ossad napisz jakąś ripostę na temat zawarty w felietonie Rostockiego. Chętnie przeczytam Twój felieton. Obserwator pewnie też...
Pozdrawiam Rostockiego. Najważniejsze to oddychać!

Komentarz został ukrytyrozwiń

Proponuję rozróżnienie w danych, np. junior, albo coś takiego. Jestem podbudowany faktem, że dla ossada łamie Pan pryncypialną zasadę felietonisty, choć muszę powiedzieć, że poetyki w tym tekście nie widzę za grosz. Czasem czytam felietony, ale nie kupuję papierowych gazet, więc nie za często. Miodek też kiedyś napisał o słowie "zajebiście". Że tego słowa nienawidzi. Krytyka z pewnością wyjdzie na dobre przyszłym Pana tekstom.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Panie Andrzeju, marzenie wydaje mi się całkiem realnie do urzeczywistnienia. A więc do dzieła!

Komentarz został ukrytyrozwiń

Drogi ossadzie w serwisie jest jeden Andrzej Rostocki. Pierwszym iminiem Obserwatora jest Włodzimierz (niestety po Leninie) i dlatego w publicystyce używam od lat szesnastu drugiego imienia. Jednak artykuły naukowe podpisuję imieniem pierwszym. Nie znoszę Włodzimierza, a bardzo lubię Andrzeja. Dlatego mój starszy, prawie traydziestoletni syn nosi właśnie to imię. I on przyjął login Ros. Jest doroslym samodzielnym czlowiekiem i stał się członkiem wspólnoty W24 z własnego wyboru, a nie dlatego, że jest moim synem. Ma do tego pełne prawo, głosuje też we własnym imieniu. Wspominam o tym, by uniknąć podejrzeń, że uzywam dwóch loginów. Nie mogę zabronić dorosłemu i zarabiającemu na siebie synowi czytania i komentowania tekstów Obserwatora. Ma w końcu,jako osoba pełnoletnia, prawa obywatelskie. Robi to zresztą rzadko, gdyż w naszym dzienniku interesują go zupełnie inne problemy. I na koniec uwaga, redakcja o tym wie i nie robi problemów. Ale jeśli tak to pryncypialnemu ossadowi przeszkadza, to może się zwrócić bezpośrednio do niego. Ja nie mam zamiaru być pośrednikiem. Dla ossada złamię też fundamentalną zasadę "milczenia felietonisty" i odniosę się do jego, niezbyt mądrych komentarzy. Wieczorem, gdyż mam jeszcze ostatni w tym semestrze wykład. Teraz tylko zauważę, iż napisałem felieton i chyba nie przekroczyłem jego poetyki. Radzę poczytać felietony Stefana Kisielewskiego i przedostatni felieton Pilcha, w którym w cudownym kontekście używa słowa "jebany".

Komentarz został ukrytyrozwiń

No to mamy dwóch Andrzejów Rostockich na W24.

Komentarz został ukrytyrozwiń

A kto jest moim przedmówcą?

Komentarz został ukrytyrozwiń

Mirnalu, Autorzy, którzy mają status VIP-ów na W24 nadają pewien ton. A tu jest nadużycie. Gopaniuk jest dobrym przykładem, będziemy ten przykład jeszcze nieraz wałkować: teoretycznie mógłby pan Andrzej Rostocki po przeczytaniu jego tekstu mieć pretensje do Pawła Nowackiego. Ale czy rzeczywiście zawsze się to tak odbywa, że naczelny o wszystkim decyduje i to na niego, symbolicznie czy nie, trzeba lać swoje rzygowiny, bo się było na tyle naiwnym, że się znowu przeczytało (usłyszało, obejrzało)?

Komentarz został ukrytyrozwiń

*Brutalnie rzecz wykładając, marzę o sytuacji, kiedy siedząc w górnych rzędach w teatrze lub sali operowej* - przeciez to widac, ze inteligent. Ja to nawet nie wiem, w którj dzielnicy jest opera... Trzeba sznowac i., nawet jesli mają (gastralnie) gorszy dzień...
*wchodzą w bardzo intymne kontakty z "Faktem" i "Super Expressem* - jak tę intymność rozumieć, zwł. w aspekcie omawianych afer? Jakaś sugestia?

Komentarz został ukrytyrozwiń

Najpierw autor krytykuje opowiadanie się mediów po jednej ze stron w sprawie samobójstwa Ani, a następnie sugeruje: "A nie była to jawna i czysta brutalna seksualna przemoc?!". No to odpowiedzmy - będziemy wiedzieć, kiedy zakończy się postępowanie. Lepszym przykładem faktoidu jest dla mnie twierdzenie, że w Polsce mamy początki państwa wyznaniowego lub łamanie demokracji. Jest szósta rano... Może lepiej jednak nie pisać o tej porze, ani wtedy, kiedy dolega niestrawność? Może lepiej już po?

Komentarz został ukrytyrozwiń

Owszem, napisałem, że przesadził z owa Rygą, ale jak menel odgraża się, że komuś da w ryja to zapewne da (a przynajmniej trzeba sie miec na baczności), a jak intelektualista pisze o obrzyganiu głów naczelnym to jest to artystyczna przenośnia. Przecież nie sądzisz, że obrzyga... A Kamil to początkujący autor i w ramach stażu musi trochę pozamiatać w doborowym towarzystwie...
Kamil popełnił stado błędów i dziwactw, a Obserwator jedynie się raz zagalopował...
A może przemyślał? Bez (ob)rzygowin miałby 3 plusy i żadnego minusa? Albo byłoby mniejsze zainteresowanie? Nie, żartuję - po prostu Jego wrażliwe a naukowe "ja" nie wytrzymało. Jak moje subtelne stoczniowe jestestwo parę razy pękło na W24...
PS Kamil miał rację, ale napisał to bez głowy i pod wpływem emocji. I pewnie z powodów osobistych - niepotzrzebnie uogólnił. Gdyby opisał to jako fatalne a osobiste przeżycie to mógłby zebrać pare plusów! Wiesz, jacy jesteśmy dobrzy dla autorów poruszających serca autorów... A co Thu... na to? Znowu dzień bez kompa?

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.