Facebook Google+ Twitter

Inżynierskie głowy na wakacjach

Hiszpanie sprzedali swoje stare zniszczone domy obcokrajowcom, w miejscach wprawdzie turystycznie atrakcyjnych, ale pozbawione wszelkich, podstawowych nawet wygód.

Urlop jest czasem odpoczynku, ale niektóre wakacyjne przygody mogą być bardzo pouczające. Grupa znajomych wyjechała na letnie wakacje do Hiszpanii. Był to bardzo ciepły rok 2003. Zamieszkali w domu będącym własnością rodziny przebywającej stale poza granicami Polski i korzystającej z posiadłości kilka miesięcy w roku. W praktyce dom stał pusty, a ponieważ właściciele uważali, że może się on komuś przydać, zwłaszcza w sezonie letnim, udostępnili go w geście życzliwości.
 Atrakcyjność miejsca polegała na tym, że dom był usytuowany na szczycie góry, na której zboczach rozłożyło się piękne miasteczko, a z jego tarasów można było podziwiać szeroką panoramę okolicy, górzystej wprawdzie, ale schodzącej ku morzu odległemu o kilka kilometrów. Była więc możliwość korzystania z domu niemal rodzinnego, położonego w dość wysokich górach, z których do morza, widocznego z tarasu, można było dojechać w ciągu 20 minut. Właściwie idealne warunki wypoczynku. 
Problemem był dojazd do posesji, bo trzeba było pokonać drogi nie tylko bardzo strome i kręte, ale także wyjątkowo wąskie. O możliwości dojazdu do domu decydował samochód. Jeżeli był za duży, nie mógł dojechać, trzeba go było zostawiać w miasteczku na parkingu i wychodzić ponad kilometr do domu, co było szczególnie uciążliwe, gdy się szło z zakupami. Mimo tych trudności turyści dotarli do miejsca przeznaczenia.
 Urokliwy był nie tylko dom wyposażony we wszelkie wygody, kuchnię, łazienki, sypialnie i tarasy, ale ciekawe było też międzynarodowe sąsiedztwo, które rozsiadło się przy ulicy. Hiszpanie sprzedali swoje stare zniszczone domy obcokrajowcom, w miejscach wprawdzie turystycznie atrakcyjnych, ale pozbawione wszelkich, podstawowych nawet wygód. Nabywcy, mający spore pieniądze, wyremontowali te domy, doprowadzili do nich bieżącą wodę i elektryczność oraz wyposażyli w urządzenia konieczne dla ludzi przyzwyczajonych w swoich krajach do wygody, a nawet luksusu. Rzeczywiście było to miejsce idealne na odpoczynek. Rano, kiedy słońce jeszcze nadmiernie nie rozgrzewało plaży, a po piasku dało się chodzić boso, był czas na kąpiel i opalanie, w południe przed słońcem chroniły klimatyzowane pokoje, wieczorem zaś na tarasie wiał łagodny wiatr. Z zaplanowanych dziesięciu dni wakacji nasi turyści spędzili tam wygodnie trzy urocze dni. Kiedy czwartego dnia rano zabrali się do małego prania, hydrofor jęknął i przestał pompować wodę do zbiornika. Niewielkie zapasy wody pitnej zaledwie wystarczały na kubek herbaty dla siedmiu osób. Wśród obecnych było dwóch absolwentów wyższych renomowanych uczelni technicznych z dyplomami inżynierów. Hydrofor się zepsuł, to przecież można go naprawić. 
Wstępne oględziny nie wykryły przyczyny awarii. Podejrzenie padło na dostawcę wody, bo zdarzało się podobno, że przy obniżonym ciśnieniu woda nie dochodziła do domów najwyżej położonych. Sąsiedzi sugerowali, że właściciel domu z oszczędności nie wykopał głębszej studzienki i stąd problem. Wreszcie przy takich upałach mogło rzeczywiście zabraknąć wody. Nie pomogły żadne sztuczki. Dyplomowani inżynierowie oświadczyli, że nie da się naprawić urządzenia i wodę trzeba będzie przynosić z zewnątrz w butelkach po wodzie mineralnej, a na siedmiu ludzi i ich potrzeby był to nie lada wysiłek. Na szczęście wszyscy solidarnie podjęli wyzwanie.
 W ten sposób wyjazdy na plażę zostały wzbogacone o nowy element polegający na napełnianiu butelek wodą i transportowaniu ich do domu. Było to o tyle łatwe, że po drodze przejeżdżało się przez miasteczko słynące w okolicy z doskonałej źródlanej wody dostępnej dla każdego w kilkunastu fontannach i kranach czynnych całą dobę. Tak więc codziennie samochód wracający znad morza wiózł nie tylko pasażerów, ale także kilkanaście butelek wody. Mijały dni, sytuacja nie ulegała zmianie, ale trzeba było jakoś się z nią pogodzić.
 Mimo to wszyscy zastanawiali się nad tym, co mogło być przyczyną awarii. Wątpliwości inżynierów wzmagała świadomość, że do sąsiednich budynków woda dochodziła, a co więcej, w jednym z nich bez przeszkód funkcjonował mały basen, z którego od czasu do czasu dochodziły głosy kąpiących się dzieci. Inżynierowie wystawieni na pośmiewisko poszukiwali jakiegoś rozwiązania, które poprawiłoby nastroje. Jeden z nich wpadł na iście genialny pomysł. Postanowił wlać do zbiornika kilka wiader wody, by skorzystać z prysznica. I oto stał się cud. Strumień wody z wiadra zaczepił o pływak, przesunął go kilka centymetrów, co spowodowało włączenie się silnika i normalną pracę urządzenia pompującego wodę. Wrócił komfort życia na wakacjach. Już do końca pobytu wody nie zabrakło.


Cała ta historia, z różnorodnymi nastrojami, jakie wywołała, począwszy od dramatycznych projektów powrotu do kraju, poprzez zmobilizowanie uczestników do zbiorowego wysiłku, a zwłaszcza w swej komediowej odsłonie z pomyślnym zakończeniem, sprawiła, że te wakacje zostały przez lata w pamięci uczestników. Swoją drogą całe zdarzenie ma wartość wychowawczą i stanowi swego rodzaju memento, że do rozwiązania prostych problemów technicznych nie jest potrzebny dyplom inżyniera, bo wystarczy zwykłe myślenie.
 Bywa tak i w innych sprawach. Nie potrzeba Trybunału, kiedy wystarczy przeprosić, by zażegnać konflikt. Nie potrzeba psychologa, jeżeli czyjeś przygnębienie można rozładować przyjacielską rozmową i szczerym uśmiechem.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.