Facebook Google+ Twitter

Iskra boginiczna. Matka Pio z Feminoteki

  • Źródło: ngo.pl
  • Data dodania: 2008-07-07 17:54

Chciałaby, żeby jak najwięcej kobiet mogło być sobie „żeglarką” i „okrętką”. Po to założyła Feminotekę i zebrała w niej feministyczny zespół szybkiego reagowania.

 / Fot. fot. z archiwum rodzinnegoFeminoteka to księgarnia internetowa. Można w niej zamówić jedną z ponad 700 równościowych książek, płyt lub gadżetów, związanych z tematyką gender (czyli płci społeczno-kulturowej). Kalendarz z feministycznym hasłem na każdy miesiąc i płytę kobiecego, hip-hopowego zespołu Duldung. Feminoteka to pulsujący życiem serwis internetowy – Hyde Park opinii niepoprawnych, formułowanych wbrew i na przekór: patriarchatowi, nietolerancji i językowi nienawiści; zasilany tekstami kilkunastu stałych felietonistów i felietonistek, wywodzących się z najróżniejszych nurtów i mniejszości.

Feminoteka to miejsce w Warszawie, w którym czuwa feministyczny zespół szybkiego reagowania – montujący różne spontaniczne akcje: protesty, happeningi, petycje i imprezy emancypacyjne. Dziewczyny, w letnich sukienkach i dredach, lawirują boso pomiędzy stertami książek, przygotowując Targowisko (p)Różności „Babiląd”.

Feminoteka to fundacja – realizująca poważne projekty, współpracująca z biznesem i ministerstwami, medialna i opiniotwórcza. Feminotekę założyła Joanna Piotrowska, zwana też Matką Pio. Pochodzi z Dolnego Śląska. Z powołania – feministka i trenerka asertywności i samoobrony dla kobiet WenDo. Odkąd prowadzi Feminotekę, nie dzieli życia na zawodowe i prywatne, a do tego uważa, że to zdrowe.

Feministka od urodzenia


Mówi, że feministką jest od urodzenia. Jej wczesny feminizm był nienazwany i polegał na łobuzerskich zabawach z chłopakami oraz niezgodzie na odprasowane sukienki, w których się ładnie wygląda, ale nie można w nich chodzić po drzewach. Rozwojowi tej niepokory dopomogli – Bogu ducha winni! – rodzice i dziadkowie. O wybrykach Joanny opowiadali anegdoty rodzinne, nie ganili za stłuczone kolana.
– W rodzinie w moim rówieśniczym wieku byli głównie chłopcy. To z nimi spędzałam czas wolny, a oni więcej mogli! Niemal każde wakacje i ferie spędzałam wówczas u dziadków w Boguszowie. Biegaliśmy po jakichś wertepach, wąwozach wówczas lasach, rzucali kamieniami. Były to zabawy chłopackie, a ja się w nich czułam rewelacyjnie.

Za to w przedszkolu uwierało Joannę dopasowywanie jej do rzeczywistości dziewczyńskiej, w której przynoszenie robaków z podwórka jest ohydne i generalnie nie wolno rozrabiać.
– Wiedziałam, że coś jest nie tak – mówi. – Że się mnie próbuje wmontować w strukturę, która dla ekspresyjnego, żywiołowego dziecka jest strasznie niewygodna. Ale świetnie sobie radziłam, bo dzięki rodzicom i dziadkom miałam poczucie, że jestem kimś ekstra! To mi dało siłę, żeby się nie dać schematowi: z domu wyniosłam przekonanie, że mam niepodważalne prawo do robienia tego, co uważam za słuszne.

Uczy niepokory


Za słuszne Joanna uważa przede wszystkim prawo do samodzielności.
– Pio chciałaby, żeby jak najwięcej kobiet mogło być sobie „żeglarką i okrętką” – śmieje się Ewa „Rewa” Rutkowska, która z Joanną prowadzi treningi samoobrony, pracuje w Feminotece. – A poza tym, żeby kobiety znały się na nowych technologiach i umiały się bronić.
Pio od zawsze – zawodowo – uczyła niepokory. Zaraz po liceum napisała płomienny list do kuratorium, że chce być nauczycielką. Kurator tak się wzruszył, że dał jej, bez studiów, posadę w małej szkole na obrzeżach Świdnicy. Gdyby wiedział, że ona dzieciom każe bazgrać i rysować trąbę powietrzną w świętym zeszycie do języka polskiego! Bo Joanna prowadziła lekcje metodą aktywizującą. Albo, że na warsztatach teatralnych w zakładzie poprawczym dla chłopców rozda im tekst „The Wall” Pink Floydów i będzie wystawiać spektakl o „rozwalaniu ściany”!

Dziennikarka w Warszawie


Ze szkoły ściągnęli ją do „Wiadomości Świdnickich”, gdzie zaczęła się uczyć dziennikarstwa. Warsztat szlifowała później w wałbrzyskiej „Wyborczej”, szefując tamtejszemu niewielkiemu zespołowi, a potem przez kilka lat pracowała w warszawskiej redakcji tego dziennika. W stolicy Pio odbyła dziennikarskie tournee po pismach kobiecych. Wyłuskiwała sylwetki aktywnych kobiet do miesięcznika „Kobieta i Życie”, szefowała działowi reportażu społecznego w „Gracji”. Pisała o sprawach społecznych i kulturze. Jednak takie pisanie ją zmęczyło, bo uważała, że pisze teksty antykobiece.

Przeszła na swoje i otworzyła firmę „Dedlajn” – zajmowali się redagowaniem tekstów w internecie. Prowadziła w Wirtualnej Polsce serwisy: Kobieta i Kuchnia. Do dnia, kiedy się z nimi nie rozstał nowy właściciel portalu. Wtedy przyszedł dla Pio czas refleksji i zmiany. – Nie mogłam zasnąć ani się skupić. Miałam wrażenie, że gdybym postępowała w zgodzie ze sobą, nic takiego by się nie wydarzyło. Powzięłam postanowienie, że nic nie będę robić! Palcem nie kiwnę, dopóki nie powstanie w mojej głowie jasna wizja tego, co chcę w życiu robić. Do tego czasu wszystko inne mam gdzieś. Potem umyłam wszystkie okna i zaczęłam czytać.

Iskra boginiczna


Joanna ma do książek stosunek nabożny. Uważa, że mogą odmienić życie. Po „Biegnącej z wilkami” sny miała fantastyczne! Za to po „Kobietach i duchu inności” Marii Janion spłynęła na nią iskra. Nie boża, a boginiczna!
– Chciałam działać feministycznie i bezkompromisowo. Nie krygować się w mediach i nie pisać o tym, co mnie nie interesuje. I strasznie, strasznie chciałam założyć księgarnię feministyczną.
Marzyła, aby zebrać w jednym miejscu lektury, która ją ukształtowały. Książki bezkompromisowe i uświadamiające. Począwszy od feministycznych – jak twierdzi – „Szaleństw Panny Ewy”, aż po świeżo w Polsce wydawane publikacje związane z mało znaną tematyką gender. Rozproszone w wielkich księgarniach, poustawiane na najróżniejszych półkach, w sposób, który zainteresowanym utrudnia ich odnalezienie.
Myślała, że się z tym marzeniem pożegna, kiedy podsumowała koszty biznesplanu: wynajęcie lokalu i pensje personelu... Dopóki jej ponownie nie oświeciło, że wszystko to można, za niewielkie pieniądze, zrobić w internecie. Potem jeszcze pojechała na kurs trenerek WenDo. I zaczęła aktywnie działać w ruchu kobiecym.

Dziewczyny krzyczcie!


– WenDo jest dla mnie konkretnym narzędziem do przeciwdziałania przemocy. Uczymy kobiety, że mają prawo do nietykalności, że mogą decydować o sobie – mówi Pio. – Pamiętam, jak reportersko zaangażowałam się w pierwszą kampanię antyprzemocową „Niebieskiej Linii”, wspieraną przez „Wyborczą”. To było bardzo ważne i potrzebne, ale czułam też bezradność: niby to opisuję, a nic nie mogę zrobić!
Feminoteka prowadzi dziś WenDo dla gimnazjalistek.

– Uczymy dziewczyny krzyczeć, również brzydkie wyrazy – komentuje Ewa „Rewa” Rutkowska z uśmiechem.
Współpracują też ze Stowarzyszeniem OPTA. Tam na WenDo pojawiają się kobiety po przejściach, które doświadczyły przemocy od bliskich, są po krótkoterminowych terapiach albo grupach wsparcia.
– Pio uważa, że to umiejętności tak ważne, że nie mamy prawa nikomu ich odmówić – mówi Ewa Rutkowska. – Oznacza to, że prowadzimy dwa kursy WenDo w tygodniu, a kiedy proponuję, żeby może z któregoś zrezygnować, uważa, że to kiepski żart.

Filozofia Trzeby


Kiedy Joanna w Feminotece-księgarni wystawiała pierwsze książki na sprzedaż, Agnieszka Grzybek ściągnęła ją do Ośrodka Informacji Środowisk Kobiecych – jako ekspertkę od zarządzania informacją. Rozwinęła OŚK-owy serwis internetowy: źródło wiedzy o równościowych przedsięwzięciach i akcjach. Pio dobrze też wiedziała, co i jak sprzedać mediom. W OŚCe spotkał się i zżył zespół współpracowniczek, gotowych wejść w każdą spontaniczną akcję. Zbierających podpisy pod apelem w godzinę. Składających po nocach ważne publikacje. Do momentu aż Rada OŚK-i zwolniła szefową, Agnieszkę Grzybek. Dla organizacji był to konflikt śmiertelny. Cały zespół hurtem przeszedł do nowopowstałej fundacji Joanny. W ten sposób Feminoteka wystartowała nagle i w pełnym składzie.

– Pio ma w sobie jakąś świętą siłę – mówi Agnieszka Grzybek. – Podziwiam, że w ciągu krótkiego czasu udało jej się zbudować na zgliszczach świetnie działającą, prężną organizację, wokół której gromadzi się środowisko feministyczne. Otwartą, wspierającą nowe inicjatywy, wolną od resentymentów. Taką, która buduje nie tylko własny potencjał, ale inwestuje ogólnie w kapitał feministyczny.

Trzeba było zorganizować pierwsze Targowisko (p)Różności „Babiląd”. Trzeba przypominać ludziom historię ruchu kobiecego. Trzeba się przeciwstawiać językowi nienawiści. Trzeba współorganizować Manify. Filozofię Trzeby ujawniły – Joanna i inne kobiety – w ostatnim Manifeście na 8 marca, publikując „Radykalne Życzenia od Radykalnych Feministek”. Przedstawiły w tym liście Trzebę jako postać, która przyjeżdża na białym koniu, „zbawia” polskie kobiety i robi, co trzeba.

Tyle jest do zrobienia


– Za ten list wylało się na autorki wiadro pomyj: że nie wszystkie ważne feministki podpisane, że tylko „warszawka” – mówi Rewa.
To ilustruje, że w trudnym Joannie przyszło działać ruchu, bo jest on z natury i przekonania indywidualistyczny.
– Dla anarchistek jestem pewnie zbyt liberalna, dla liberałek – lewicowa, dla akademiczek – zbyt praktyczna, a dla praktyczek – zbyt akademicka. Szukam sposobów na praktyczne działania, na włączanie do głównego nurtu różnych pomysłów, bo nie lubię budować na konflikcie, ale na współpracy. Chciałabym włączać w nie i anarchistki i liberałki, i osoby, które nie miały nic wspólnego z ruchem kobiecym – tłumaczy Pio.
Dlatego w serwisie Feminoteki publikują wszystko, oprócz tekstów obraźliwych. Nawet naiwne felietony licealistów i licealistek. Każdy tekst emancypacyjny. I dlatego w Feminotece jest tzw. czarny pokój. Urzędują w nim anarchofeministki, zajmujące się kampaniami przeciwko przemocy.

– To jest ciekawe doświadczenie! One kłócą się z nami, że nasze przedsięwzięcie: Gender Index, realizowane z konfederacją „Lewiatan”, jest projektem kapitalistycznego wyzysku – opowiada Anna „Che” Czerwińska, współpracowniczka: najpierw OŚKi, dziś Feminoteki – Dyskusja na ten temat jest bardzo twórcza. Pokazuje, że mając inne poglądy można razem skutecznie współpracować.
Oprócz tego, że toczą się spory o kwestie ideologiczne, praca w Feminotece wre. – Spośród wszystkich babek-emancypantek najbliższa sercu Joanny jest Paulina Kuczalska-Reinschmit, albowiem zapracowała się ona na śmierć – klaruje rzeczowo Che. – Z Pio jest podobnie: tyle jest przecież do zrobienia. A bajka o Trzebie to bujda. Przecież nie przyjedzie i nie zrobi. Same musimy.

Małgorzata Borowska
artykuł ukazał się w miesięczniku organizacji pozarządowych gazeta.ngo.pl (więcej na: www.gazeta.ngo.pl)

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

;-)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.