Facebook Google+ Twitter

Jacek Bromski: Nie robię filmów dla nagród, tylko dla ludzi

Rozmowa z Jackiem Bromskim, reżyserem i scenarzystą komedii "U Pana Boga za piecem 2.Terminator".

fot. Janusz BlankUrodził się pan we Wrocławiu?
? Tak, przypadkiem, ponieważ Warszawa była zburzona. Mama pochodzi z Krakowa, ojciec z Warszawy.

Białystok pojawił się w pana życiu razem z pana żoną?
? Tak, pojawił się razem z Anną Romantowską.

Jaki był jej udział w powstaniu pierwszej części ?U Pana Boga za piecem?? Podsunęła jakieś pomysły?
? Nie, nie. Ona nie jest scenarzystką, takich rzeczy nie wymyśla, ale zwróciła moją uwagę na pewne cechy charakterystyczne, które są dość typowe dla Polaków, a na Podlasiu widać je dużo wyraźniej. Mowa białostocka jest szalenie emocjonalna. W tym języku trudno coś skłamać. Zawsze prawda wychodzi na jaw. Gdy mieszkańcy Podlasia o coś się spierają, to wtedy dochodzi do takiego wybuchy temperamentów, że oni nie potrafią oszukiwać, tylko naprawdę pokazują to co myślą. To jest charakterystyczna cecha tutejszej społeczności,

Co jeszcze może pan powiedzieć o Podlasianach?
? To ludzie dobrzy na ogół, nie są zepsuci. Mają wpojone poczucie dobra i zła. Wyssali to z mlekiem matki, może dlatego, że jedzą tutaj chleb z mąki powstałej z podlaskiego zboża. Poza tym oni są rdzennymi mieszkańcami tych ziem. Tymczasem województwa zachodnie czy Polska centralna, w dużo większym stopniu podlegają migracji, a za tym idzie zacieranie się cech, nabieranie innych przez osmozę. Tutaj życie płynie spokojniej i wolniej. Wszystko sprzyja temu, żeby było widać wyraźniej.

Mottem pierwszej części były słowa Marii Dąbrowskiej: ?Prowincja jest samowystarczalna duchowo i nie potrzebuje innego świata?. Ta myśl przyświecała również części drugiej?
? Tak. W drugiej części prowincja jest lepszym odzwierciedleniem tego wielkiego chaotycznego świata, w którym wszystko widać lepiej. Widać jak na dłoni kto jest dobry, a kto zły. Z tym, że nie ma tu naprawdę złych ludzi. Występują różne cechy ludzkie, zarówno dobre i złe, którym się przyglądamy, ale z akceptacją człowieka, ze wszystkimi jego aspektami.

fot. Janusz BlankPrzed kilkoma laty na czacie Wirtualnej Polski zapytano pana czy nakręci drugą część ?Sztuki kochania?. Odpowiedział pan, że nie robi drugich części. Gdy podobne pytanie postawiono dzisiaj, wyznał pan, że to widzowie skłonili pana do nakręcenia drugiej części "U Pana Boga za piecem". Czym pana przekonali?
? Upłynęła odpowiednia ilość czasu, żebym mógł nabrać do tego dystansu, abym był gotów do zrobienia jeszcze jednego takiego filmu. Bo to właściwie nie jest druga część. Wszystkie wątki są zupełnie nowe. Tylko miejsce i ludzie się powtarzają. W jakimś sensie jest to nowy film. Musiało trochę czasu upłynąć, ponieważ intensywność pracy nad filmem wyczerpuje temat. Trudno jest mechaniczne do niego powrócić i coś jeszcze wycisnąć. Można to porównać do zaparzenia tej samej torebki z herbatą dwa razy.

Podczas realizacji pierwszego filmu wspominał pan o niesamowitej atmosferze, która panowała na planie.Rozpoczynając zdjęcia do drugiej części miał pan również poczucie, że znowu stworzycie coś wyjątkowego?
? Drugą część zrobiliśmy bardziej świadomie niż pierwszą. Poprzedni film to był przede wszystkim eksperyment. Nie wiedzieliśmy co z tego wyjdzie, jak to się sprawdzi. A teraz już wiemy, nie tylko my. Każdy czegoś się o sobie dowiedział z tej pierwszej części.

Aktorzy poczynili postępy?
? Aktorzy zagrali dużo lepiej. Pan Krzysztof Dzierma grający księdza nie jest przecież aktorem zawodowym. W pierwszej części mieliśmy z nim problemy techniczne, np. że za wolno mówił albo że było coś nie tak z akcentowaniem, melodią zdania. Przez kilka lat zżył się z tą rolą do tego stopnia, że teraz nie potrzebował żadnej reżyserii. Wiedział co i jak ma mówić. To samo można powiedzieć o pozostałych aktorach. Oni w te postacie bardzo się wczuli przez co nabrali pewności siebie. Oczywiście nie rutyny, bo to nie jest codzienna praca, jak przy jakiejś telenoweli czy serialu telewizyjnym, ale wiedzy aktorskiej o sobie. Są w większym stopniu świadomi siebie i tego co grają.

Jak odnaleźli się w prowincjonalnych klimatach aktorzy warszawscy: Emilian Kamiński i Wojciech Solarz?
? Wojtek w roli Mariana przechodzi ewolucję. Pod koniec filmu zaczyna ?zaciągać?. Jest taka scena: przyjeżdża do niego matka, a on do niej: ?a gdzie to mama mnie tu?. A ona: ?jak ty mówisz, synku!?. A Marian: ?a jak mam mówić, jak ludzie mówię!? [śmiech].

A od strony reżyserskiej jak to wyglądało?
? Byliśmy bardziej świadomi języka, tego co chcemy osiągnąć i bardziej konsekwentni w kreowaniu świata, który składa się z różnych elementów Podlasia. Niekoniecznie najnowocześniejszych, także archaicznych. Specjalnie wykreowaliśmy zacofanie. Nie dlatego, że chcieliśmy powiedzieć, że Podlasie jest zacofane, tylko chodziło nam o to żeby dużo większy nacisk położyć na to, że tu jest tradycja, kultura, która ma swoje korzenie w dalekiej przeszłości. Pokazanie tej ciągłości i więzi między przeszłością a teraźniejszością wymagało takiego zabiegu.

fot. Janusz BlankJednym z najważniejszych momentów ?U Pana Boga za piecem 2? jest pojawienie się świadka koronnego. Czym się pan kierował włączając do fabuły wątek kryminalno-sensacyjny?
? Jak się robi film, na który ma przyjść młodzież, to musi mieć jakiś dramaturgiczny kręgosłup. Najlepiej żeby był kryminalny, sensacyjny, czy pseudosensacyjny, bo do tego ludzie są w kinie przyzwyczajeni. Z drugiej strony, jak się pokazuje istniejący świat, który się chce wykreować z zastanych elementów, to wtedy najlepiej pokazać go oczami, tego który przychodzi z zewnątrz. Myśmy ten świat wykreowany w poprzednim filmie postanowili pokazać właśnie w taki sposób. Przybysze zostają wciągnięci przez ten świat i są nim zauroczeni ze względu na jego atrakcyjność albo przez koleje losu. Stają się powoli częścią tego świata. Jednym z nich jest świadek koronny, którego tutaj ukryli agenci Centralnego Biura Śledczego. A druga postać to jest Terminator czyli Marian. Młody adept oficerskiej szkoły policyjnej, najgorszy uczeń, którego wysłano do takiego komisariatu, gdzie wskaźnik przestępczości jest najniższy w całej Polsce.

Woli pan reżyserować komedie czy filmy poważniejsze?
? Ile razy zrobię film poważniejszy, to zaraz mnie ciągnie do komedii. Tak jak w tym dowcipie. Facet pracował w fabryce wózków dziecinnych w Radomiu i jak mu się dziecko miało urodzić, to wynosił po jednej części. W domu składał i co chwila wychodził mu karabin maszynowy. Z Julkiem Machulskim żartujemy, że my też tak składamy się, szykujemy do jakiegoś filmu, a zawsze wychodzi nam komedia. Mamy to we krwi, taki prześmiewczy stosunek do rzeczywistości.

Kiedyś pan powiedział, że komedie kręci się trudniej. Nadal pan tak uważa?
? No pewnie, że trudniej, oczywiście! Tak jak trudniej się opowiada dowcipy niż historie, których puenta i rytm nie grają tak ważnej roli. W komedii żeby wywołać śmiech trzeba opowiadać w odpowiednim rytmie, rozłożyć akcenty, we właściwym miejscu spuentować. Inaczej nie będzie tego efektu.

Rolnicy opóźnili żniwa, aby mógł pan nakręcić odpowiednie sceny. Jak pan ich przekonał?
? W tym regionie wszyscy ten film bardzo lubią, i utożsamiają się z nim. Gdzie się nie ruszyliśmy spotykaliśmy się z ludzką życzliwością. Ludzie dawali nam rekwizyty za darmo, wpuszczali wszędzie, wypożyczali domy żebyśmy mogli coś tam sfilmować. To jest bardzo przyjemne. Opowiadali mi aktorzy białostoccy, że oni mieli tak przez dziesięć lat. Ryszard Doliński nie zapłacił w warsztacie samochodowym pod Sokółką za naprawę auta, bo go mechanicy rozpoznali. Jak tubylcy rozpoznają aktora czy reżysera, to odnoszą się do niego z wielką sympatią. I to jest bardzo miłe. To w jakimś sensie potwierdza to, że na ten film się czeka i to co robimy jest zasadne.

Andrzej Zaborski powiedział mi w imieniu całej ekipy, że zamierzają przekonać pana do nakręcenia trzeciej części. Co pan na to?
? [śmiech] Nie, no raczej... Nie wiem, trudno mi teraz się zarzekać. Do drugiej miałem się nie dać przekonać. To jest potężna ?dawka?, w sumie ponad pięciogodzinny materiał. Czteroodcinkowy cykl telewizyjny. Każda z tych pełnometrażowych części trwa godzinę i dwadzieścia minut, no a do tego jeszcze film kinowy. Tego jest bardzo dużo. Nie wiem czy widz wytrzyma taką wielka ?dawkę? Podlasia i tych klimatów [śmiech].

?U Pana Boga...? zdobędzie nagrodę główną w przyszłym roku na gdyńskim festiwalu?
? Nie robię filmów dla nagród tylko dla ludzi.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.