Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

37072 miejsce

Jak chochliki drukarskie wojowały z dziennikarzami

Dziś z jakże ogromnym sentymentem wspominam swoje pierwsze kroki dziennikarskie oraz tajemniczość i swoisty mistycyzm poligraficznego warsztatu, który z dzisiejszymi technologiami druku miał tyle wspólnego, co samochód z dorożką.

art-gif

 

Trochę starsze pokolenie dobrze pamięta te czasy gdy w drukarni królował wdzierający się w nozdrza jakże typowy zapach farby drukarskiej; w halach produkcyjnych stały wielkie, ciężkie maszyny drukarskie huczące i łoskoczące równomiernym rytmem zadrukowywanego czarną farbą papieru. Dziś gdy patrzymy na to z perspektywy czasu, tamte drukarnie bardziej przypominały pracownię czarnoksiężnika, w której dzięki tajemniczym zabiegom powstawały na miarę epoki arcydzieła sztuki poligraficznej. Ach jak to pięknie wtedy brzmiało: nakład sto, dwieście tysięcy. Jakaż to piękna melodia dla ucha „towarzyszy sztuki drukarskie” jak się wtedy mawiało.

Dziś z ogromnym sentymentem wspominam swoje pierwsze kroki dziennikarskie oraz tajemniczość i swoisty mistycyzm poligraficznego warsztatu, który z dzisiejszymi technologiami druku miał tyle wspólnego, co samochód z dorożką.

 

„Chochlik to był w kubku na dnie…”

 A działo się to w czasach, gdy nie było jeszcze komputerów, a proces drukowania gazet codziennych przypominał wielki tygiel, w którym wciąż wrzało. Nic więc dziwnego, że wszystkim zdarzały się błędy i pomyłki.

Ludzie słowa pisanego i drukowanego jakże często właśnie wtedy obcowali ,z takimi małymi „diabełkami” ”trantiputlami” czy też „szwambułami”, znanymi bardziej jako „chochliki”. Miały one w swojej naturze niebywałą zdolność pojawiania się w najmniej oczekiwanych momentach. Swoim pojawianiem się przyprawiały niektórych o palpitacje innych o nadmierną skłonność do wyrywania włosów, a jeszcze innych do zażywania relanium lub też zalewania smutków.

Chochliki drukarskie, bywały różne. Niektóre sympatyczne, inne perfidnie złośliwe. Mimo, że do wojny z nimi stawały zastępy profesjonalnych korektorek i niezwykle wnikliwych redaktorów dyżurnych, zawsze jakieś paskudne bydlę pojawiało się w najmniej oczekiwanym miejscu.

Nie daj Bóg, kiedy rano naczelny przeglądając wydrukowany nocą numer gazety wychwycił coś, co wnikliwemu dyżurnemu uszło uwadze. Wtedy na korytarzu rozlegał się wrzaskliwie chrypiący głos starego – redaktor dyżurny - dooo mnieee!!! Odpowiedzialny za numer na uginających się nogach maszerował do gabinetu, dokonując po drodze rachunku sumienia. Jeśli stary woła tak rano, to znaczy coś poszło – tylko co? Różne to były dziwadła. Czasem był to tylko zamieniony podpis pod zdjęciem, czasem zdjęcie znalazło się nie tam gdzie być powinno. Czasem też jakaś niegroźna literówka przekręciła nazwisko niezwykle ważnej osoby .

W annałach dziennikarskich opowiastek od dawien dawna krąży historia słynnej już literówki. W sprawozdaniu z oficjalnej imprezy państwowej napisano, że... Pan Prezydent stał na balkonie z odkrytą głową i przyjmował defiladę... Złośliwy chochlik drukarski w wyrazie – stał - zmienił literkę t na r, w związku z czym wszyscy czytelnicy zastanawiali się dlaczego robił to z odkrytą głową.

Jak to tekst wcięło…

linotypista ( Foto: archiwum autora)  

W owych czasach teksty do gazety składano na linotypach. (młodszym wyjaśniam, że to pierwowzór komputera w połączeniu z maszyną do pisania który składał wiersze tekstu i odlewał je w metalu, niczym pieczątki). Wprawny redaktor dyżurny po „entym” już dyżurze wiedział, który ze składaczy składa bezbłędnie, a po którym czytając ,,szczotki” trzeba bardzo uważać. Przychodząc na dyżur do drukarni sprawdzaliśmy najpierw kto składa teksty. Jeżli był to linotypista, który nie robi błędów, nie czytaliśmy kolumn, podpisując je do druku. Zazwyczaj wszystko było w porządku. Jednak złośliwe licho potrafiło wkradać się w ten jakże wydawać by się mogło, anielski układ w najmniej oczekiwanych momentach. 

W materiale o wyzwoleniu Warszawy był akapit w którym informowano, że tego to i tego dnia o tej i o tej godzinie, bohaterskie oddziały Armii Czerwonej po zaciętych walkach pokonując doborowe oddziały Wermahtu i SS, wyzwoliły Warszawę . Pech chciał jednak, że i korekta i dyżurny przeoczył w składanym tekscie brak dwóch wierszy i następnego dnia rano czytelnicy dowiedzieli się, że; bohaterskie ( tu brakowało tekstu) oddziały Wermahtu i SS, wyzwoliły Warszawę . Następnego dnia rano okrzyk redaktora naczelnego przypominał ryk rannego zwierza.

Patrz co zmieniasz

zecer składa stronę gazety ( Foto: archiwum autora)  W redakcji patriotycznego tygodnika, w przygotowanym i złożonym do druku numerze postanowiono w ostatniej chwili zmienić zdjęcie na okładce. W miejsce tego które było, wstawiono portret niezwykle ważnej osoby która właśnie zmarła. Zapomniano jednak zmieniając zdjęcie, zmienić również "zajawkę" materiału, który znajdował się w środku i dotyczył innego tematu. I tak na okładce znalazło się właściwe zdjęcie ważnej osoby, ale pod tym zdjęciem wielkimi literami krzyczał pozostawiony tytuł : "Prawdziwe oblicze faszysty".

Po tej aferze zrezygnowano w trybie natychmiastowym z naczelnego tego pisma a ten jak głosiła fama, zrezygnował z życia . Co prawda ta ostatnia historia specjalnie do śmiechu nie jest, ale wspomniałem o niej bo dzisiaj w mediach – wpadka jedzie na wpadce, a dodatkowo błędami pogania, i czapka z głowy nikomu nie spada .

 

 

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.