Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

20690 miejsce

Jak dobija się cenowy gwóźdź do mieszkaniowej trumny

Gdybyśmy teoretycznie założyli, że nie ma kredytów na mieszkania, to ceny mieszkań osiągałyby "spokojne" wartości, czyli skorelowane z polskim poziomem zarobków. Czy państwo rzeczywiście jest na tym rynku bezradne?

Etyka biznesu

Bankowe kredytowe "dobrodziejstwa" widać po cenach mieszkań (i domów), tak nowych, jak z drugiej ręki. A jeśli te ceny idą w górę, to również koszty wynajmu mieszkań będą miały tendencje rosnące. Wszak część potencjalnych nabywców mieszkań, wobec wysokich cen, musi zrezygnować z zakupu, co zwiększy nacisk na wynajem. Stąd tylko chwilka do wyrównywania popytu z podażą. Ceny (tych bodaj najważniejszych doczesnych dóbr) dyktowane są z uwzględnieniem cen materiałów budowlanych, kosztów robocizny, cen działek oraz zysków deweloperów.

Gdybyśmy teoretycznie, a wstępnie założyli, że nie ma kredytów na mieszkania, to ceny mieszkań osiągałyby "spokojne" wartości, czyli skorelowane z polskim poziomem zarobków i w odczuciu Polaków uznano by te ceny za "uczciwe". Nawet gdyby niewielka część Polaków pracowała za granicą i kupowała tutaj mieszkania, to nie miałoby to większego wpływu na poziom cen mieszkań. Symboliczna liczba cudzoziemców kupujących w Polsce mieszkania również nie zachwiałaby tą ceną.

Ceny mieszkań zostały wyśrubowane przez kilka czynników, z których najważniejsze to -
- znaczny nacisk (po naszym wejściu do UE) na kupowanie mieszkań wywierany przez wielką grupę Polaków pracujących za granicą oraz jednak spora grupa cudzoziemców (w tym często polskiego pochodzenia) marzących o domu w Polsce,
- coraz bardziej dostępny dla nabywców kredyt bankowy (mniej formalności, niższe i konkurencyjne stopy procentowe, kredytowanie pełnych ofert cenowych a nawet... wyższych),
- wchodzący w życie wyż demograficzny z lat 80. oraz stawianie wyższych wymagań przez to pokolenie (nie chcą latami w pokorze czekać, jak ich rodzice, na wymarzone M ileś).

Do tego można dodać psychozę, prawdopodobnie specjalnie wywołaną przez pośredników i posiadaczy gruntów - bierzcie dzisiaj kredyty i kupujcie, bo jutro będzie jeszcze drożej! I tysiące młodych Polaków rzuca się w wir zakupów nie czekając na stabilizację tego rynku, nie przyjmując do wiadomości porad typu "poczekajcie, przecież ten run na mieszkania musi się skończyć".

Istnieje jeszcze jeden czynnik, nieopisany wyżej, który dobija cenowy gwóźdź do mieszkaniowej trumny - spekulacyjne wykupywanie mieszkań przez inwestorów, którzy mogliby miliardy złotych lokować na giełdzie, w złoto, w kopalnie, statki, modę, media i w badania naukowe, co dla przeciętnych marzycieli o swoim mieszkanku nie byłoby tragedią. Ale oni sobie wyliczyli, że należy pospekulować na mieszkaniach i wespół z "naduprzejmymi" bankami rujnują młode pokolenie. Jeśli porównamy dwie rodziny (o podobnym statusie i zarobkach), które wzięły na 30-letni kredyt podobne mieszkania w odstępie rocznym, to okaże się, że ci "późniejsi" przez owe lata mogą miesięcznie spłacać nawet dwa razy więcej niż ci "wcześniejsi". I nic to, że płace za 10, 20, 30 lat będą inne niż dzisiaj - jakiekolwiek by nie były, jedni będą płacić wielkie frycowe za niewielkie spóźnienie, przez połowę swego życia, czyli przez mniej więcej całe swe zawodowe życie.

Co może zrobić Państwo w kapitalistycznej rzeczywistości? Państwo miewa rządy a to lewicowe, a to prawicowe. Niezależnie od opcji odwołuje się do uczciwości, pracy dla siebie i Polski, jednak niewiele czyni dla przeciętnych swych obywateli, którzy nie wyjeżdżają za granicę z rozmaitych powodów. Prawdopodobnie nawet cieszy się cichaczem, że masowo wyjeżdżamy, bo bezrobocie spada, a emerytalne konsekwencje nadejdą po parokrotnej zmianie rządów, zatem każdy myśli o dniu dzisiejszym.

Czy istotnie zasady kapitalizmu uniemożliwiają zmianę podejścia do mieszkaniowego biznesu? Państwo w wyjątkowym okresie (a taki jest teraz w budownictwie) powinno zawiesić możliwości nabywania (do unormowania sytuacji) mieszkań, domów (także gruntów) przez hurtowych inwestorów, w tym na wynajem. Oczywiście - owi hurtownicy, banki i dobrze opłacani i już urządzeni politycy położą się niczym Rejtan, aby bronić liberalnych burżuazyjnych zasad, jak ongiś niepodległości. Jednak Państwo powinno wprowadzić opisane ograniczenia.

Ponadto - Państwo powinno premiować obywateli pracujących w Polsce w identyczny sposób, w jaki premiują "familijne" i przyjazne pracownikom firmy, które doceniają wierność zatrudnionego wobec pracodawcy. Zatem, Państwo powinno zastosować ulgi dla rodaków pracujących w Polsce według zasady - im dłużej pracujesz w ojczyźnie, tym większe masz ulgi. W szczególności Państwo powinno być nad wyraz (finansowo ) uprzejme w traktowaniu obywateli, którzy do dzisiaj wyczekują na realizację zakupu swego pierwszego mieszkania obiecanego przez PRL kilkadziesiąt lat temu. Jeśli ktoś wpłacił za metr kwadratowy mieszkania, który otrzymał rodak według ówcześnie obowiązującego klucza, to teraz ów krajan (reprezentowany przez Państwo) powinien tę powierzchnię oddać wpłacającemu na zasadzie normalnej uczciwości i solidarności (bo o tej drugiej z wielkiej litery, to potrafimy górnolotnie ględzić, zwłaszcza podczas corocznych uroczystości).

Nadto - rodacy pracujący za granicą oraz cudzoziemcy, przez pewien czas powinni płacić dodatkowe podatki Przyjazny kapitalizmpodczas nabywania nieruchomości w Polsce według zasady - im dłużej przebywałeś za granicą, tym większą wnosisz daninę. Czy ktoś powie - to nieludzkie? A może tylko nieliberalne? Przecież przepisy i regulaminy są do przestrzegania. Jeśli komuś owe zasady się nie spodobają, to przecież mogą spekulować w innych krajach ku rozpaczy tamtejszych zwykłych i szarych obywateli - tam wówczas ceny mieszkań pójdą w górę (słyszymy nawet, że nasi spekulanci już popatrują łakomym okiem na Bułgarię i Rumunię).

Kiedy ktoś spekuluje albo tylko manipuluje przy cenach chleba lub leków, podnosi się larum - "w tych sektorach nie możemy kierować się jedynie zyskami!". No to może sektor mieszkań także podłączyć do działu kapitalizmu z ludzką twarzą (gdzie i kiedy to słyszeliśmy podobne hasło?), włączyć do biznesu z odcieniem etyki?

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (3):

Sortuj komentarze:

Masz rację - nasze zarobki jeszcze przy 2 tys. zł/m2 były śmieszne, ale przez lata "przzywycziliśmy" sie do tego poziomu. Teraz skoczyły parokrotnie!
Aby to zmienić, należaloby podnieść płace i to parę razy, a tego nikt nie zrobi, zwł. że tylko część luda przezbnaczyłaby ten "dodatek" na mieszkanie, a inni (którzy już mają własne M albo mieszkają u rodziców) to mieliby ni stąd ni zowąd parę razy wyższy standard życia...
W 1978 za wynajmowany pokój z używalnością kuchni małżeństwo płaciło 2 tys. zł, czyli cała jedna pensja małzonki szła na tę opłatę!

Komentarz został ukrytyrozwiń

Sprawa jest niestety tragiczna. Piszesz, że w określonych okolicznościach ceny mieszkań byłyby skorelowane z zarobkami. Nie sądzę. Nasze zarobki wogóle nie są skorelowane z kosztami utrzymania. Miałeś na myśli zapewne ludzi naprawdę dobrze zarabiających. Ale to niejak nie ma się do potrzeb ludzi, ktorzy POWINNI mieć mozliwośc kupienia własnego mieszkania. Do potrzeb ludzi młodych którzy podobno powinni zadbać o przyrost naturalny. Jak można pogodzić szaloną pracę, płacenie czynszu, spłacanie rat kredytów z obciążeniem związanym z powiększeniem rodziny? Wszelkie deklaracje kolejnych rządów na temat troski o rodzinę pozostają mydleniem oczu i skutkują emigracją. Bo można nie mieć samochodu ale musi się mieć dach nad głową.
A twoich pomysłów i tak nikt nie zrealizuje. wielki plus za temat.

Komentarz został ukrytyrozwiń

*Czy Państwo musi być bezradne wobec koszmarnych cen mieszkań?* - tak brzmiał pierwotny tytuł... :-)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.