Pozycja materiału w rankingach:
Dzisiejszy szlachcic żyje jak każdy. Mieszka w bloku, do pracy jeździ tramwajem, bywa murarzem, hydraulikiem, taksówkarzem lub... profesorem wyższej uczelni.
Barbara Thun, herbu Thun, jest magistrem filologii angielskiej, tłumaczką, nauczycielką. Śmieje się, że gdy jej uczniowie dowiedzieli się o jej szlacheckim pochodzeniu otworzyli oczy ze zdumienia i pytali co robi w szkole, podczas gdy powinna mieszkać w pałacu i mieć stado służby.
***
Nie zerkają zawadiacko spode łba, nie obnoszą się z wygoloną
czupryną i nie podkręcają sumiastego wąsa. Nie posługują się wulgarnym
językiem, nie przywdziewają żupanów ni kontuszy, nie trzeźwieją do
południa po nocnych libacjach. Nie mają nic wspólnego z obrazem, jaki
przekazała nam komunistyczna propaganda. Dzisiejszy szlachcic na
pierwszy rzut oka nie wyróżnia się niczym szczególnym. Trudno odróżnić
go w tłumie ciągnącym w godzinach szczytu do podmiejskiej kolejki.
Chodzi w garniturze, dżinsach, swetrze, t-shircie, czyli po prostu –
tak jak mu wygodnie.
- Nie znosimy maskarady, bo jakby pani
zareagowała, widząc na ulicy faceta w kontuszu z szablą u boku?
Przecież powiedziałaby pani: ale wariat! – mówi 30-letni Marcin Michał
Wiszowaty, herbu Roch, z zawodu prawnik, prezes Zarządu Głównego
Związku Szlachty Polskiej w Gdańsku. – Dzisiejszy szlachcic żyje jak
każdy. Często mieszka w bloku, do pracy jeździ tramwajem, bywa
murarzem, hydraulikiem, taksówkarzem lub profesorem wyższej uczelni.
Jednak nie zawód jest ważny, najważniejsza jest postawa. Nie ma w
naszym związku oszustów, krętaczy, łgarzy, osób po sądowych wyrokach,
funkcjonariuszy partii komunistycznych czy działaczy aparatu represji.
-
Ktoś kiedyś powiedział, że każdy człowiek powinien być przyzwoity –
dopowiada 66-letni Witold Forkiewicz, herbu Sas, z zawodu architekt
wnętrz. - A szlachcic nie powinien! Szlachcic po prostu musi! Również
współcześnie. Bo szlachectwo - a więc świadomość, że przodkowie robili
kawał dobrej roboty dla kraju – zobowiązuje.
To było prawie 15 lat temu, gdy pojawił się pomysł założenia Związku
Szlachty Polskiej. Związek zawiązał się w Sopocie. Nie było to nic
wielkiego – ot, grupka osób spotykała się, wspominała przodków i...
rozrastała się. Z roku na rok przybywało członków. Dzisiaj w całej
Polsce jest ich ponad 300, w pomorskim oddziale działają 42 osoby. W
1995 roku Związek Szlachty Polskiej został zarejestrowany jako
stowarzyszenie, którego celem jest integracja i reprezentacja
środowiska szlacheckiego oraz ochrona dobrego imienia szlachty
Rzeczypospolitej Wielu Narodów. Mają statut, herb, mogą tworzyć
oddziały terenowe, prowadzić działalność gospodarczą. Wystrzegają się
kontaktów z partiami pseudomonarchistycznymi, których członkowie hojnie
rozdają fikcyjne tytuły, z książęcym włącznie. Nie chcą tworzyć żadnej
partii, nie mają apetytu na władzę. Za siedzibę główną swojego związku
w Polsce wybrali nie Warszawę, czy Kraków, a właśnie Gdańsk.
– Gdańsk po wojnie, ze względu na burzliwe koleje historii, stał się czymś w rodzaju miniatury Rzeczypospolitej Wielu Narodów - stwierdza Marcin Michał Wiszowaty. - Tu mamy przedstawicieli nie tylko szlachty miejscowej - kaszubskiej, ale i przyjezdnej, czyli kresowiaków – zarówno z północny - wileńszczyzny, czy nowogródczyzny - jak i południa, czyli okolic Lwowa. Są tu Tatarzy, jest szlachta ormiańska, która znalazła się w Gdańsku w wyniku przymusowego przesiedlania, jest szlachta z Podlasia, czy Mazowsza. To wyjątkowy grunt.
Zbigniew Hobgarski, herbu Sas Odmienny, z zawodu jest teologiem.
Urodził się na terenie dzisiejszej Ukrainy. Dziś na emeryturze, całe
życie przepracował na stanowiskach administracyjnych. Mieszka w małym
domku z ogródkiem, który dostał w spadku po żonie.
- Po okresie
przełomu politycznego wiedziałem, że odrodzenie polskiej szlachty to
konieczność – mówi. -Więc, gdy powstał związek od razu się zapisałem. W
poszukiwaniu swoich korzeni dotarłem do Słowacji, gdyż mój herb
wskazywał na pochodzenie austrowęgierskie. Potwierdziło się, moi
przodkowie najprawdopodobniej byli Węgrami. Dotarłem do dokumentów z
1699 r., kiedy to dostali od polskiego króla Augusta II Mocnego tzw.
wybraniectwo, czyli pozwolenie na pędzenie gorzałki, co na dzisiejszy
język można przełożyć jako pozwolenie na działalność gospodarczą.
Witold
Forkiewicz, herbu Sas, urodził się w Wilnie, w latach 50. przyjechał do
Gdańska. Kawał życia poświęcił szukaniu śladów przodków. Ostatnio
projektuje wnętrze nowego kościoła na Zaspie. Mieszka w 11-piętrowym
bloku, w mieszkaniu na parterze, gdzie przechowuje mnóstwo rodzinnych
pamiątek.
- Ocalały portrety przodków, albumy ze zdjęciami, dokumenty, drzewa genealogiczne, mnóstwo książek związanych z rodziną. Jestem szczęśliwy, że udało mi się aż tyle tego zgromadzić. Przejmie to mój syn, który jest sekretarzem zarządu głównego naszego związku. W mojej rodzinie świadomość pochodzenia szlacheckiego utrzymywała się od zawsze. Potwierdzenie szlachectwa znalazłem w księgach, datowanych do 1685 roku, tam już widnieją zapisy o moich przodkach. Teraz szukam jeszcze wcześniejszych korzeni. W Żytomierzu mieszkali moi pradziadkowie, dokumenty Forkiewiczów datują się tam od 1632 roku.
Barbara Thun, herbu Thun, jest magistrem filologii angielskiej,
tłumaczką, nauczycielką. Śmieje się, że gdy jej uczniowie dowiedzieli
się o jej szlacheckim pochodzeniu otworzyli oczy ze zdumienia i pytali
co robi w szkole, podczas gdy powinna mieszkać w pałacu i mieć stado
służby.
- Nie mam pałacu, bo niegdyś odebrano nam majątek. Ale mam
swoją płachetkę ziemi, czyli kawałek ogródka przed domem, w którym
mieszkam – opowiada. - Udało mi się wyrwać z klitki w bloku, choć moja
mama, która pochodzi ze szlachty łęczyckiej, mieszka tam nadal. Mój
nieżyjący już ojciec odtworzył początki rodzinnego drzewa
genealogicznego, które sięga aż do XIII wiecznych Niemiec. Pomimo
niemieckich korzeni moja rodzina zawsze wykazywała polski patriotyzm,
co jako szlachcianka przekazuję moim córkom.
- Staramy się
wyprostować to, co wypaczyła historia – mówi Marcin Michał Wiszowaty. –
Kreowaniu etosu biznesmena przeciwstawiamy etos rycerza, pełnego cnót,
potrafiącego dojść do celu w oparciu o zasady moralne i tradycje, bo
szlachta wywodzi się z rycerstwa. Sama genealogia nie wystarczy, za nią
muszą iść czyny. Staramy się przyjmować do związku szlachtę
genealogiczną z całokształtem wspaniałych cech, by stworzyć enklawę
ludzi honoru. Chodzi o to, byśmy byli strażnikami wartości, a nie
kustoszami, którzy pilnują pamiątek.
Historia polskiej szlachcie nie sprzyjała. W II Rzeczypospolitej
konstytucja z 1921 roku w art. 96 mówiła: „Rzeczpospolita Polska nie
uznaje przywilejów rodowych ani stanowych, jak również żadnych herbów,
tytułów rodowych i innych, z wyjątkiem naukowych, urzędowych i
zawodowych”. Chociaż w 1935 roku zniesiono ten przepis, późniejsza
Polska Ludowa wydała szlachcie prawdziwą wojnę. Dekret PKWN o reformie
rolnej wywłaszczał ze skutkiem natychmiastowym i bez odszkodowań
wszystkich właścicieli majątków ziemskich o powierzchni ponad 50
hektarów. Właściciele usuwani byli w ciągu trzech dni bez możliwości
zabrania niczego, poza przedmiotami osobistego użytku. Nie mogli nawet
mieszkać w promieniu 30 km od swoich majątków.
- Dzisiaj nie wszyscy
wiedzą, że należą do szlachty – mówi Marcin Wiszowaty. - Jeżeli
dziadek, z obawy przed represjami, zataił szlachectwo przed synem, a
ten z kolei nie przekazał wiedzy o herbie swojemu synowi, to ani syn
ani wnuk nie wiedzą, że są szlachtą. Często dowiadują się o tym
przypadkowo.
Wbrew pozorom, udowodnienie szlachectwa nie jest procesem mocno
skomplikowanym. Nie są potrzebne żadne drzewa genealogiczne, czy
XV-wieczne dokumenty. Jeszcze w XIX wieku do metryk wpisywano adnotacje
o pochodzeniu społecznym. Czasem wystarczy odnaleźć jednego przodka z
dobrą metryką. Przy związku działają eksperci oceniający dostarczane
dowody szlachectwa i służący radą. Gdy dokumenty nie są kompletne,
zawsze można je uzupełnić. Samo nazwisko w herbarzu lub „coś mi mówi,
że jestem szlachcicem” nie wystarczą.
- Przyjmujemy tylko potomków
po linii męskiej – mówi Marcin Michał Wiszowaty. - Tak ustalono już za
czasów Kazimierza Wielkiego, później potwierdzono w konstytucji Nihil
Novi. Mówi się tam, że szlachcicem jest syn lub córka ojca i matki
szlachetnego stanu lub tylko ojca szlachetnego stanu. Córka dziedziczy
szlachectwo i herb, ale nie przekazuje go dalej. Jej dziecko będzie
szlachcicem, jeśli jej mąż też nim będzie. Syn przekazuje szlachectwo
dalej, ale nie uszlachca żony.
Dzisiejsza szlachta uważa się za
pokolenie przekazicieli, które po okresie komuny przechowuje
szlacheckie idee dla przyszłych pokoleń. Potomkowie szlachty chcą jak
najwięcej uratować, tym bardziej, że żyją jeszcze ludzie, którzy
pamiętają czasy, gdy szlachecki etos był żywy, a słowo „honor” miało
większe znaczenie.
- Ale musimy walczyć ze stereotypami - mówi
Witold Forkiewicz. - Ciągle gdzieś pokutuje przekonanie, że to szlachta
spowodowała rozbiory, że szlachcic to jakaś zakała, która chwała Bogu,
ze odeszła w przeszłość i ślad po niej zaginął. A to kompletna bzdura,
wystarczy poznać prawdziwą historię Polski.
Zobacz także:
Sortuj komentarze:
Pan Cham 14.07.2011 13:56
Urodzilem sie w 1979 i nie pamietam aby byla jakas progaganda PRL. Natromiast byla progaganda uprawiana przez Sienkiweicza, Reymonta, Zeromskiego, Prusa i tak dalej. Autorce polecam dowolnie wybrany podrecznik z HISTORII CHLOPOW POLSKICH. Co do poznawania historii to Pan Forkiewicdz jej nie zna. I tak dla przykladu: http://pl.wikipedia.org/wiki/Konfederacja_targowicka
fdd 09.04.2011 22:59
nigdy nie powinno być coś wogule takiego jak szlachta,wszyscy jesteśmy równi,nikt na nikogo nie będzie robił
rey 08.03.2011 14:53
apozatym wszyscy dzisiejsi szlachcice mają tak samo szlacheckie jak i chłopskie pochodzenie więc możesz ,mówić że masz tak samo chłopskie pochodzenie jak szlacheckie wszystko jest wymieszane we współczesnym świecie
bob 07.03.2011 15:04
dla mnie nie istnieje coś takiego jak szlachta,choć podobno mam takie korzenie,wszyscy jesteśmy równi nie ma lepszych i gorszych,tylko dlatego że się urodzisz w takiej rodzinie przypadkowo,to masz prawo patrzeć na wszystkich z góry,tylko pracą się dochodziły do wszystkiego,tu podkreślą swoją a nie cudzym wysiłkiem chłopów ,pańszczyzną jak kiedyś,chłop musiał robić cały dzień od świtu do nocy za skórke chleba wbrew własnej woli,a jak coś się nie podobało to kijem i batem od pana szlachcica,a gdzie był wtedy dostęp do równej edukacji,chłop nie mógł się uczyć zdobywać wiedzy musiał robić dla mości hrabiego, chłop tępy tylko do roboty tak najlepiej,nie a państwo w salonie stuiować libacje i wyśmiewać wszystich tak najlepiej, wszyscy jesteśmy równi bez wzgłedy na kolor skóry ,pochodzenie czy stan majątkowy czy poszczególne talenty i przeróżne umiejętności,wszyscy jesteśmy wyjątkowi przesto że poprostu jesteśmy,a najważniejsze jest to żę
jesteśmy wolni
Adam Jerzy B. 02.11.2010 11:48
Z całym szacunkiem, ale nie było żadnej konstytucji majowej 1926. Nie wiem skąd ma Pan takie wiadomości (jedynie przewrót majowy o charakterze rewolucyjnym, który zakładał wprowadzenie nowej konstytucji). Szlacheckie pochodzenie nie może zostać zniesione... To jest dziedzictwo, które wchodzi w spraw prawa prywatnego - rzeczowego (tak jak majątek). Jest chronione prawnie także i obecnie. Poza tym, nie można przecież ZAPRZECZYĆ swojemu pochodzeniu. Skoro udowodnione jest, że przodek był np. murarzem i nagle załóżmy w 2010 r. wchodzi ustawa o zniesieniu zawodu murarza - czy wszyscy murarze, którzy żyli w przeszłości przestają być murarzami i zaczynamy mówić, że w Polsce ten zawód nie istnieje i nie zyje żaden przodek murarza? Pozwoliłem sobie przytoczyć taki nieco kolokwialny przykład z życia.
Konstytucja z 1921 zniosła jedynie tytuły, a kwietniowa z 1935 nic o tym nie wspominawszy - po prostu je przywróciła, bo nie było żadnego zapisu mającego charakter zakazujący.
Obywatel 03.09.2010 13:34
Małe sprostowanie . W Polsce stan szlachecki zniosła majowa konstytucja z 1926 r. Nikt w tym kraju nie może twierdzić ,że ma szlacheckie pochodzenie .W Polsce szlachta nie istnieje!
W Jaworznie eko-bomba nadal tyka. Skutki gorsze niż w Czarnobylu?
(odsłon: +2679)