Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

48436 miejsce

Jak podróżowało się do Afryki za czasów Gierka?

Dzisiaj praktycznie każdy student może polecieć do Londynu, Rzymu czy Madrytu. Za miesięczne, niezbyt wysokie wynagrodzenie można spędzić fajny urlop w Egipcie, na Krecie czy Majorce. A jak można było podróżować za czasów Gierka?

Trasa naszej wyprawy / Fot. Marek CiesielczykArtykuł przeznaczony jest dla tych, którzy nie pamiętają życia w PRL-u, octu i herbaty na półkach i tego, że miesięcznie zarabiało się 20 dolarów. Wakacje już się zaczęły. Tysiące, jeśli nie miliony Polaków ruszają w świat. Dzisiaj nawet student może sobie pozwolić na wycieczkę nad Morze Śródziemne, a nawet jeszcze dalej. Last minute, tanie linie lotnicze umożliwiają dzisiaj Polakom zwiedzanie całego świata.

By wyjechać do KK - jak się nazywały w czasach PRL-u kraje kapitalistyczne - najpierw trzeba było mieć zaproszenie od kogoś, kto tam już mieszkał. Najlepiej od członka rodziny. Nieco później, za "liberała" Gierka wystarczyło mieć na swoim koncie 100, a później 130 dolarów. Było to - jak na czasy komunistyczne - znaczne ułatwienie dla tych, którzy chcieli wyjechać do KK. Jednak 130 dolarów to były wielkie pieniądze. Dolar kosztował wówczas 100, a nawet ponad 100 złotych. Na 130 dolarów trzeba było pracować pół roku.

Gdy udało mi się uzbierać tę sumę, pożyczając pieniądze od rodziny, postanowiłem spróbować starać się o paszport. Na początku studiów nie miałem jeszcze na SB kartoteki dysydenta, więc mogłem złożyć wniosek o paszport. Esbek, który mnie przepytywał, był trochę zdziwiony, że jako cel podróży podałem....Afrykę, a ja naprawdę chciałem tam jechać. Dziewczyna też dostała paszport i we dwójkę wzięliśmy na plecy w sumie 60 kilogramów konserw, chrupkie pieczywo, namiot i dwa śpiwory i wyruszyliśmy do Afryki....autostopem.

Dziennie przejeżdżaliśmy kilkaset kilometrów. Przez Wiedeń, Wenecję dotarliśmy do Rzymu, a później znowu skierowaliśmy się na północ - przez Mediolan, Genewę pojechaliśmy do Paryża, stamtąd przez Andorę, Madryt, Toledo do Lizbony. Spaliśmy albo w lesie w namiocie, albo na ulicy w śpiworach. Jedliśmy tylko nasze polskie konserwy i chrupkie pieczywo. Piliśmy wodę z kranu, gdyż dysponowaliśmy na dwie osoby sumą zaledwie 260 dolarów. Pieniądze te były przeznaczone na prom do z Hiszpanii do Afryki oraz z Tunezji na Sycylię, bilety wstępu do muzeów i kartki pocztowe.

Z Lisbony pojechaliśmy do Sewilli. Gdy opuszczaliśmy już miasto, stojąc "na stopie" przy ulicy wylotowej, zaczęło z nami rozmawiać dwóch Hiszpanów. W pewnym momencie do naszych plecaków podjechał samochód, z którego wyskoczyło dwóch mężczyzn. Wrzucili jeden z plecaków do samochodu i w ten sposób zostaliśmy bez namiotu, jednego śpiwora, 30 kilogramów konserw i co najgorsze - bez aparatu fotograficznego. Z całej naszej wyprawy pozostało nam tylko kilka zdjęć, zrobionych i przesłanych nam później przez przygodnie spotkanych ludzi. Poza tym ukradziono mi ubranie. Zostałem tylko w butach, krótkich spodenkach i podkoszulku. Zastanawialiśmy się, czy jechać dalej do Afryki?

Skoro dotarliśmy tak daleko na południe Hiszpanii, zdecydowaliśmy się kontynuować naszą wyprawę. Nie z Gibraltaru, lecz z Algeciras popłynęliśmy promem do hiszpańskiej Ceuty na kontynencie afrykańskim. W Afryce bardzo często poruszaliśmy się tym samym samochodem kilka dni. To Europejczycy nas zabierali ze sobą. Przez Rabat, Casablankę dotarliśmy do Marakeszu na południu Maroka. Spaliśmy w jednym śpiworze w krzakach, między skałami lub na pustyni. Później jechaliśmy wzdłuż gór Atlas, miejscami zahaczając o pustynię.

Na Morzu Śródziemnym, na promie / Fot. Marek CiesielczykDwa razy stracilibyśmy życie. Jeden z kierowców z Maroku chciał uprowadzić moją dziewczynę (atrakcyjną dla Arabów blondynkę, dość skąpo ubraną). Uszliśmy z życiem dzięki temu, że mieliśmy ze sobą noże. W Algerii, gdy jechaliśmy ciężarówką przez góry Atlas, w pewnym momencie, gdy zatrzymaliśmy się, próbowałem pokazać kierowcy na migi (nie znaliśmy ani francuskiego, ani tym bardziej arabskiego), że chcę sie oddalić, by załatwić potrzebę fizjologiczną. Arab zrozumiał to widocznie jako propozycję o naturze seksualnej (że oferuję mu dziewczynę). Znowu noże uratowały nam życie. Arab wyrzucił nasz plecak i uciekł. Była już noc. Po kilku godzinach dotarliśmy na piechotę do jakiejś osady arabskiej w górach. Zapukaliśmy do pierwszych z brzegu drzwi. Arab, który je otworzył bardzo się ucieszył, gdy usłyszał język angielski. Zaprosił nas do środka, zaoferował nocleg, jedzenie, picie. Okazało się, że jego córka studiuje na uniwersytecie w Algierze. Chciał się po prostu pochwalić, że mówi po angielsku. Było bardzo sympatycznie. Gospodarz przedstawił nam nie tylko córkę studentkę, ale także swoje trzy żony.

Później pojechaliśmy do stolicy Algerii, a stamtąd do Tunezji. Po zwiedzeniu Kartaginy popłynęliśmy promem na Sycylię. Zmiana kontynentu wywołała u mnie ciężką chorobę z wysoką gorączką. Uratowali mnie dwaj Włosi, z którymi jechaliśmy przez Neapol do Florencji. Ofiarowali mi silne antybiotyki, które postawiły mnie na nogi. Przez Austrię wróciliśmy do Polski. Podróż trwała dwa miesiące. Przed wyprawą ważyłem 67 kilogramów, a po tylko 52. Dziewczyna straciła prawie 10 kilogramów. PRL-owscy celnicy oskarżyli nas, że sprzedaliśmy za granicą nasz aparat fotograficzny. Nie chcieli dać wiary pismu z komisariatu policji w Sewilli.

A dzisiaj idę sobie do biura turystycznego, wybieram Ibizę, Santorini lub Marmaris. W katalogu zaznaczam hotel, gdzie chcę mieszkać. I lecę. Szkoda tylko, że po takich wakacjach człowiek zamiast stracić parę kilogramów, przybiera na wadze.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (5):

Sortuj komentarze:

Plus za ciekawą a wspominkarską opowieść. Jeśli ktoś przeżył pewną historię, to musi pisać "ja", aby to było prawdziwe. Ale były to czasy... Koszmar dla turysty, który chciałby poznać świat. Ale Kapuściński nie płacił tyle za podróże - rodacy składali się na Jego podróże. I pewnie reportaże także pisywał z zaimkiem "ja".
A blondyna to przyszła żona?

Komentarz został ukrytyrozwiń

do Nocnego Marka - jak mam pisać o tym, co sam przeżyłem, w trzeciej osobie, a może cały czas w liczbie mnogiej (sic!)

do Arsena:
tak, tak kiedyś tak wyglądałem, ale wtedy nie było jeszcze PIS - akurat wtedy sympatyzowałem z "rewizjonistami" typu Kuroń czy Michnik, ale miłość do nich minęła wraz z młodością

Komentarz został ukrytyrozwiń

Bardzo ciekawie opisane całkiem niezłe i czasem dramatyczne przeżycia.

Komentarz został ukrytyrozwiń
  • Autor usunął profil
  • 29.06.2007 19:01

Tak, to bylby wspanialy tekst... pod jednym warunkiem... Autor musialby sie powstrzymac od uzywania "ja", "my" itd...
W24 nie sa serwisem reklamowym, tylko sprawozdawczym... Czytelnikow nie obchodzi brografia Ciesielczyka... prosze mi uwierzyc... Autor jest czlowiekiem bardzo inteligentnym, jednak nie potrafi napisac nic, w czym nie byloby wzmianki o Jego osobie... W koncu wszyscy juz wiemy, ze nie wyrzucono Go z liceum za dlugie wlosy tylko z tego powodu, ze mial najlepsze noty... :-))) Mniej autoreklamy i mniej przekonania o wlasnej nieomylnosci - to moja rada dla autora...

Komentarz został ukrytyrozwiń
  • Autor usunął profil
  • 29.06.2007 18:35

Ciekawy tekst. Szkoda, że urok tego takich wypadów już nigdy nie powróci.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.