Facebook Google+ Twitter

Jak prawo je chroni. Dzieci, czyli wszystko na sprzedaż

  • Źródło: Dziennik Bałtycki
  • Data dodania: 2007-01-26 09:40

Każda gazeta, każdy program telewizyjny (szczególnie taki z ambicjami do informowania i interweniowania) co kilka dni pokazuje - a to dzieci w skrajnej nędzy, a to dzieci rodziców, walczących o prawa rodzicielskie, a to takie, którym stała się krzywda.

Twarze, nazwiska, miejsca zamieszkania. Prawo do prywatności najwyraźniej nie dotyczy ostatnio dzieci.

Córeczka Anety K. stała się najsłynniejszym dzieckiem IV RP, obiektem rozważań polityków, mediów oraz tematem nie zawsze kulturalnych dowcipów. Uczniowie Gimnazjum 2 w Gdańsku, podejrzani o molestowanie 14-letniej Ani, występują w niektórych gazetach jako "zwyrodnialcy" i "degeneraci". Media pokazują dzieci Mandaryny i Michała Wiśniewskiego z Ich Troje w kontekście nieobyczajnego zachowania matki, ojca, narzeczonej ojca i rozwodu. Pokazują też wnuka Krzysztofa Krawczyka, za którego tata nie chciał płacić alimentów. Aktorka Anna Samusionek i jej mąż specjalnie organizują konferencje prasowe, by w świetle kamer i aparatów fotograficznych wydzierać sobie z rąk córeczkę. W programie "Superniania" za zgodą rodziców maluchy poddawane są "tresurze" na oczach całej Polski.

Dzieci i ryby głosu nie mają. Dorosły, postawiony w sytuacji, gdy media bez jego zgody publikują dyskredytujące go informacje o nim i jego wizerunek, mógłby zażądać odszkodowania. Pójść do sądu. Zawiadomić prokuraturę. Co mogą zrobić dzieci?
- Dziecko nie jest podmiotem prawa drugiej kategorii, korzysta od chwili poczęcia z takiej samej ochrony prawnej jak osoby dorosłe - alarmują prawnicy Roman Nowosielski i Michał Sowiński. - W tym z ochrony swej sfery życia prywatnego.
Tyle że nikt nie pyta dziecka o to, czy chce być na zdjęciu w gazecie i czy chce, by rozpoznawała je cała Polska, a przynajmniej miasto.
Czy ktoś jeszcze pamięta, że to Polska była głównym inicjatorem i współtwórcą Konwencji Praw Dziecka?


Zakład o tatusia


W połowie grudnia ubiegłego roku "Rzeczpospolita" napisała o zawieraniu zakładów, kto jest ojcem dziecka pewnej małej dziewczynki.

Wszystko zaczęło się dwa tygodnie wcześniej, gdy "Gazeta Wyborcza" poinformowała o molestowaniu seksualnym kobiet przez działaczy "Samoobrony". Już następnego dnia w programie TVN "Teraz my" wystąpiła Aneta K., która stwierdziła, że poseł Stanisław Łyżwiński jest ojcem jej córki.
Cały kraj oglądał opatulone dziecko na rękach matki w drodze na badania DNA. Kiedy genetycy wykluczyli ojcostwo Łyżwińskiego (co wcale nie zdjęło z niego zarzutów o molestowanie), na "giełdzie" pojawiły się następne nazwiska. W tym także Andrzeja Leppera, który na konferencji prasowej przed tygodniem z sobie tylko właściwym poczuciem humoru przekonywał: - Mogłem panią Anetę zapylić, ale nie zapłodnić.

Intymne igraszki polityków przesłoniły jednak krzywdę małego człowieka, o którym każdy wie, że wprawdzie nie ma ojca, ale miał być zabity w szóstym miesiącu ciąży przez weterynarza.
Nikt nie zastanowił się przy okazji, co dzieje się ze starszymi dziećmi Anety K. Chodzą do szkoły, codziennie stykają się z reakcjami swoich kolegów i ich rodziców. Od razu dodajmy - mało przychylnymi. Kilka dni po wybuchu afery na pierwszej stronie jednej z gazet ukazał się apel ich ojca do Anety K. o to, by "nie krzywdziła ich wszystkich". Na tym troska się skończyła.

Mirosława Kątna, przewodnicząca Komitetu Ochrony Praw Dziecka nie ma wątpliwości - stało się coś bardzo niedobrego.
- Zarówno ta dziewczynka, jak i jej starsze rodzeństwo zostali naznaczeni i napiętnowani - mówi Kątna. - W imię interesu społecznego naruszono interes dzieci pani K. W pracy KOPD staramy się zawsze przestrzegać zasady zachowania pełnej anonimowości. Nawet jeśli sprawa jest drastyczna i trzeba ją nagłośnić, nie podajemy dziennikarzom żadnych wskazówek, jak dotrzeć do ofiar i świadków.
- Wiemy, że sytuacja tych dzieci nie była łatwa - mówi Wiesława Lipińska, rzeczniczka Biura Rzecznika Praw Dziecka. - Dzwoniliśmy do ich szkoły, prosiliśmy o ochronę i opiekę psychologiczną, sugerowaliśmy nawet zmianę szkoły. Ale możemy tylko apelować.

Sprawą publiczną stało się także DNA wnuka znanego piosenkarza, Krzysztofa Krawczyka. Gdy okazało się, że 90 proc. plemników Krawczyka juniora nie przenosi materiału genetycznego, ten rozwiódł się z żoną w ciąży. Na świat przyszedł chłopiec, efekt działania pozostałych 10 proc. plemników, co zresztą potwierdziły badania. Zdjęcie dziecka w tabloidach ilustrowało teksty o wątpliwościach w kwestii zdolności prokreacyjnej syna gwiazdora. Czy na pewno nikomu za kilka lat nie przyjdzie do głowy, by pokazać małemu dzisiejsze artykuły?

Tymczasem prawo rodzinne, chroniąc relację dzieci - rodzice, wyłącza nawet jawność postępowań sądowych w sprawach o ojcostwo.
- Media sprowadziły dziecko do roli przedmiotu - stwierdzają prawnicy. - Publikacje poruszające kwestie ojcostwa są możliwe dopiero po wyrażeniu zgody wszystkich zainteresowanych osób.
Osoba małoletnia takiej zgody nie może udzielić, a zgoda wyrażona przez matkę (ojca, dziadka) jest sprzeczna z zasadami współżycia społecznego.


Oprawcy i zwyrodnialcy


W trwających pół minuty migawkach telewizyjnych i artykułach na 25 wierszy, które muszą być opatrzone dużym zdjęciem, nie ma miejsca na subtelności. Informacja o tragedii Ani z gdańskiego gimnazjum, wsparta przez propagandowe wypowiedzi polityków sprawiła, że w części mediów pojawił się czarno-biały obraz, w którym po jednej stronie stronie stanęła jasnowłosa ofiara, a po drugiej piątka "zwyrodnialców", "gwałcicieli" i "morderców".

Apele psychologów, w tym szefa gdańskiego Centrum Interwencji Kryzysowej, Krzysztofa Sarzały o powstrzymanie agresywnego języka trafiały w próżnię. Sarzała tłumaczył, że niezależnie od tego, co stało się na lekcji języka polskiego, gimnazjaliści nie zabili i nie zgwałcili Ani. Oni mają zaledwie 14 lat i powinni być wychowywani, a nie napiętnowani na całe życie. Bo oni prędzej lub później wrócą do społeczeństwa.
- Czytając artykuły na temat tych chłopców zaczynam się bać - twierdzi Sarzała. - Chcąc nie chcąc wyrośli na bohaterów medialnych, a ich rówieśnicy mogą dojść do wniosku, że sami też są "zwyrodnialcami". Szkoły nie są tak niebezpieczne, jak pokazują media.

W ostatni wtorek jedna z ogólnopolskich gazet opublikowała zeznania świadków w sprawie Ani, w tym zatrzymanych chłopców. Zeznania niejawne, bo postępowanie w sprawie wydarzeń w Gimnazjum nr 2 objęte jest klauzulą tajności.
Tego samego dnia przeciw publikacji zaprotestowali Roman Nowosielski i Michał Sowiński, którzy napisali: "Zeznania te zostały opublikowane w sposób, który ma potwierdzić z góry przyjętą tezę, iż zatrzymani chłopcy bezpośrednio przyczynili się do śmierci Ani czy wręcz ją spowodowali, a także wskazać domniemanego prowodyra, szczegółowo opisanych poczynań chłopców. Opublikowane informacje ewidentnie dotyczą prywatnej sfery życia zarówno rodziny Ani, jak i przede wszystkim chłopców i ich rodzin. Z treści publikacji nie wynika, aby opisywane w niej osoby wyraziły na nią zgodę, trudno zresztą przypuszczać żeby tak było, nadto żadna z tych osób nie prowadzi działalności publicznej, co ewentualnie mogłoby uzasadniać opublikowanie szczegółowych informacji z jej życia prywatnego.(...) Dziennikarze przyjęli pewną tezę, a publikowane informacje mają dowieść jej słuszności."

- Ujawnianie twarzy, intymnych informacji, docieranie do zeznań to oczywiste łamanie konwencji o prawach dziecka w zakresie jego prywatności - przyznaje Wiesława Lipińska. - Jednak jedyną barierę mogą w tym wypadku postawić rodzice. To oni powinni wiedzieć, gdzie jest granica prywatności ich dziecka, której nie wolno przekroczyć.
Wiesława Lipińska podkreśla - przyjmujmy zasadę, że dziecko ma takie sama prawa jak dorośli. Czego nie życzy sobie dorosły - można przypuszczać, że nie życzyło by też sobie dziecko. O ile ktoś by je o danie zapytał.


Mama wykonuje sprośne ruchy


Dzieci są wykorzystywane w mediach nie tylko przy okazji mniej lub bardziej kryminalnych afer. Wystarczy rozwód, zdrada, albo nawet tylko chęć szukania rozgłosu przez rodziców, by zdjęcia maluchów opatrzone komentarzem pojawiły się w gazetach.
W Komitecie Ochrony Praw Dziecka na każde 10 spraw aż osiem dotyczy dzieci rozstających się rodziców.
- Walka dziećmi odbywa się na każdym poziomie - stwierdza z goryczą Mirosława Kątna. - W tej wojnie wykorzystuje się każdą dostępną broń. Nie ma w niej zwycięzców, ale największą cenę płacą najmłodsi.

W minionym roku Polacy pasjonowali się m.in. losami 4-letniej córki aktorki Anny Samusionek i biznesmena Krzysztofa Zubera. Latem matka przekazała gazetom zdjęcia córeczki, która miał porwać ojciec. Ojciec poinformował media, że był z dzieckiem na wakacjach. Teraz Zuber oskarżył byłą żonę, że żąda po tysiąc złotych za każde widzenie się z córką, a za zakończenie sporu o dziecko - pół miliona zł. O wpływie takiej "sławy" na rozwój psychiczny córki rodzice pewnie nie mają czasu myśleć.

Równie nagłośnione jest życie rodzinne lidera zespołu Ich Troje. Wojna między Mandaryną a Michałem Wiśniewskim toczy się na oczach czytelników prasy bulwarowej, a obie strony zadają sobie ciosy na oślep. Jasnowłose dzieciaki o obco brzmiących imionach będą mogły (od czego są archiwa?) za kilka lat przeczytać, że tata, babcia i znajomi mamy, delikatnie mówiąc "nie stronią od alkoholu", nowa żona tatusia to "wariatka i sekciara", a mamusia podczas występu w sopockim klubie "wykonywała sprośne ruchy".
Mniej sławni, ale równie zacietrzewieni rodzice, próbują także wykorzystać media w wojnie z byłym partnerem - partnerką. Zgłaszają się z informacjami o wykorzystywaniu seksualnym dziecka.
- Od kilku lat zauważamy rosnącą liczbę oskarżeń, wnoszonych przez rozwodzących się rodziców o to, że ich dzieci w trakcie trwania małżeństwa były wykorzystywane seksualnie - mówi Anna Bobińska, psycholog współpracująca z policją. - W większości przypadków te oskarżenia okazują się zemstą i sposobem na walkę o prawa do syna czy córki, ale żeby to stwierdzić, trzeba przeprowadzić cała procedurę. Jak to wpływa na dziecko? Jego rodzice wydają się zupełnie nie zwracać uwagi na fakt, że zmuszając malucha do obciążających go rozmów i wyznań, depczą jego godność i psychikę. Kiedyś to przecież do niego wróci!


Bo zawołam Supernianię


Ten program TVN ma więcej zwolenników, niż przeciwników. Pedagog i psycholog Dorota Zawadzka przyjeżdża do domów na zamówienie rodziców, którzy nie mogą sobie poradzić z paskudnymi dzieciakami. Kamera pokazuje rozwrzeszczane, koszmarne dzieci, które biją mamę, wyrzucają talerze z jedzeniem i nie chcą kłaść się grzecznie spać. Pod wpływem konsekwentnych metod zamieniają się w aniołki. Wszyscy się cieszą, tylko niektórzy mają wątpliwości. Zastanawiają się, czy czasem aby dla potrzeb programu nie prowokuje się dzieci do złego zachowania i nie wywołuje się u nich histerii. Na stronach internetowych Superniani mówi się wręcz o "tresurze". Jeden z internautów zwierza się, że w domu jego znajomych dzieci... straszy się Supernianią.
Psychoterapeuta Maciej Musiał twierdzi: - Sytuacja kreowana dla potrzeb przekazu medialnego sama w sobie niesie zalążek ingerencji w intymność. Jeśli to się powtarza, dziecko ma nieświadome poczucie tej ingerencji, a w rodzicach zostaje utrwalona skłonność do nieautentycznego, opartego na robieniu sztuczek, kontaktu z dziećmi.
- To skonstruowana, sztuczna rzeczywistość - uważa Krzysztof Sarzała. - Nikt za nas dzieci nie wychowa.


Zamazana córka Giertycha


Nawet medialne sytuacje, wydawałoby się, ze społecznego punktu widzenia, niemal nienaganne, czyli na przykład walka z biedą, obracają się przeciw dzieciom. Kilkanaście dni temu jedna z gazet zamieściła artykuł o tym, że córka wicepremiera Giertycha chodzi do prywatnej szkoły. Ilustracją było zdjęcie wicepremiera z dzieckiem oraz kilkuosobowej rodziny, której na taki luksus jak prywatna szkoła, nie stać. Co więcej, nie stać jej na żadne luksusy, bo jest biedna. Twarz córki polityka została zamazana, ale twarze dzieci z biednej rodziny - już nie.
- Dlaczego? - pyta psycholog Andrzej Chałupniak. - Fakt chodzenia do drogiej szkoły nie jest uwłaczający, natomiast piętno niezaradnego biedaka nie jest w naszym społeczeństwie odbierane pozytywnie. Dzieci wstydzą się nawet tego, że ich rodzice kupują im ciuchy w lumpeksach. Czy te ze sportretowanej rodziny nie spotkają się z uszczypliwościami rówieśników? A artykuły, w których rodzice zdradzają, że nie mają co włożyć do garnka? Czy myślą, jak tę wiedzę wykorzystają koledzy ich dzieci? Niby drobiazg, ale przecież dorosły nie chciałby, żeby wytykać go palcami z powodu biedy. Dlaczego myśli, że jego dziecko nie będzie miało nic przeciwko temu?


Gdzie są obrońcy?


W obronie prawa gimnazjalistów z Gdańska do tego, by nie osądzać ich, zanim zrobi to sąd, wystąpiła grupa psychologów, w obronie córki Anny Samusionek czytelnicy kilku pism, wysyłając do redakcji listy. Nikt jednak nie powołuje się na konwencję praw dziecka, obowiązującą przecież w naszym kraju od lat. Instytucje, powołane do strzeżenia dziecięcej godności mówią - możemy interweniować, gdy mamy do czynienia z łamaniem prawa, przemocą, pedofilią, głodem. Rzecznik Praw Dziecka tylko w ubiegłym roku w takich sprawach interweniował 12 tysięcy razy.

"Obowiązujący obecnie w Polsce prawny model ochrony dziecka ukształtowany został w zasadzie jeszcze w okresie PRL - pisze w swoim artykule prof. Adam Zieliński, Członek Rady Prawnej Komitetu Ochrony Praw Dziecka. - Jak na ówczesne czasy wypracowany wówczas model, który usankcjonowany został przede wszystkim w obowiązującym do dziś kodeksie rodzinnym i opiekuńczym z 1964 r., był w sumie niezły. Ponieważ prawa polityczne i obywatelskie nie były w PRL przestrzegane, próbowano doskonalić rozwiązania prawne dotyczące praw socjalnych. (...) Po 1989 r. warunki te się zasadniczo zmieniły. Polska stała się nie tylko państwem demokratycznym, które przestrzega praw obywatelskich i politycznych, ale także w nowy sposób ukształtowała swój ustrój gospodarczy, dostosowując go do zasad wolnego rynku. W konsekwencji wiele z rozwiązań dawnego prawa przestało odpowiadać nowym wyzwaniom. Dopracowano się zaś jedynie niewielu rozwiązań nowych, takich np. jak Rzecznik Praw Dziecka."
I tak jest w przypadku odbierania prywatności i krzywdzenia "wchodzeniem z butami" w osobiste sprawy. W takich sytuacjach instytucje mówią - możemy tylko apelować. Ale tych apeli też nie słychać.

Dorota Abramowicz, Małgorzata Gradkowska

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.