Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

185300 miejsce

Jak prezydent ze stróżem

Autor pokracznej satyry w "Die Tageszeitung" może świętować. Jego tekstem, którego inaczej nikt by nie zauważył ani zrozumiał, czuli się obrażeni czołowi polscy politycy. Co za zaszczyt!

Parę lat temu zarządca Cmentarza Łyczakowskiego we Lwowie mógł decydować o stosunkach polsko-ukraińskich. Zmieniał tablice pamiątkowe, jednych wpuścił na obchody, innych nie – za każdym razem wybuchał kryzys dyplomatyczny między Warszawą i Kijowem. Warszawa żądała, aby rząd w Kijowie przywołał lwowskich nacjonalistów do porządku, by przestrzegali oni umów podpisanych przez rządy obu krajów. Rząd w Kijowie bezradnie rozkładał ręce i pokazywał palcem na Lwów – to sprawa samorządu, nie wolno się wtrącać. Odbijanie piłki skończyło się dopiero po pomarańczowej rewolucji – kiedy Kijów zrozumiał, że musi wziąć również odpowiedzialność za Lwów i gdy Warszawa zrozumiała, że zbyt ostre żądania wobec Kijowa są wodą na młyn takich sił jak Partia Regionów i szkodzą w ostateczności geopolitycznym interesom Polski i Ukrainy.

O stosunkach polsko-ukraińskich decydują teraz prezydenci i robią to mądrze. Świadczy o tym m. in. udział prezydenta Kaczyńskiego w obchodach upamiętniających masowe zabójstwa Ukraińców dokonane przez Polaków w Pawłokomie koło Przemyśla. Kaczyński nie ustąpił, mimo protestów nacjonalistów z LPR.

 

Stróże cmentarzy nie mają już nic do powiedzenia. Ich rolę przejęli kiepscy dziennikarze – i to w stosunkach polsko-niemieckich. Najpierw "Wprost", który wykreował w Polsce Erikę Steinach na medialną gwiazdę i zapewnia jej rozgłos, o którym w Niemczech mogłaby tylko marzyć, teraz nieznany dotąd felietonista „Die Tageszeitung” w Berlinie, który myślał, że pisze satyrę. Satyra była tak nieudana, że polski MSZ jej nie rozszyfrował a jego rzecznik umieścił ją na stronie internetowej ministerstwa na równi z poważnymi komentarzami. Potem stracił pracę, a polski prezydent stracił panowanie nad swoim żołądkiem i nie pojechał na szczyt Trójkąta Weimarskiego, który został odwołany.

Minister Fotyga, której owa nieudana satyra nie dotyczy, czuła się obrażona i żądała przeprosin od bliżej nie zdefiniowanej niemieckiej opinii publicznej. Niemiecka opinia publiczna jednak milczała, bo albo nie zauważyła, albo nie zrozumiała owej satyry w „Die Tageszeitung”, co może mieć związek ze znikomym nakładem tej gazety. Autor tego kontrowersyjnego tekstu nazywa się zresztą Köhler, i szczerze przyznaję, że w przeciwieństwie do minister Fotygi, prezydenta Kaczyńskiego i ich rzeczników też nie rozumiem, o co mu chodziło. Być może, całe zamieszanie bierze się stąd, że rzecznicy ci wprowadzili w błąd swoich szefów nie wyjaśniając im, że ów Köhler nie tylko nie jest, ale też nie ma nic wspólnego z urzędującym niemieckim prezydentem o tym samym nazwisku…

 

 

I tak wzajemne podejrzenia i nieporozumienia mnożą się, a stosunki polsko-niemieckie stają się coraz bardziej demokratyczne, co widać po tym, że teraz o ich jakości decydują już kompletnie nieznani dziennikarze z niskonakładowej prasy. Teraz to już każdy będzie mógł decydować, który rzecznik wyleci z posady jako następny i jak zapobiec kolejnym szczytom. O tym nawet zarządca cmentarza łyczakowskiego nie mógł marzyć, on miał tylko wpływ na swoją bramę i na tablice pamiątkowe. Co za postęp: kiedyś polityka zagraniczna była tajna, powstawała za kulisami, owiana tajemnicą. Dziś robią ją dziennikarze, stróże cmentarzy, niemal każdy. To fajnie – tak się rozwija społeczeństwo obywatelskie. Tylko nie rozumiem, dlaczego politycy i dyplomaci na to pozwalają…

Klaus Bachmann

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.