Facebook Google+ Twitter

Jak Ritchie Blackmore złapał tęczę

Lata 70. obfitowały w doskonałe płyty. Każda była na swój sposób arcydziełem, bowiem powstawała w tym czasie muzyka specyficzna. Nie inaczej jest z debiutem Rainbow - wraz z włączeniem albumu, pokój wypełnia moc pięknych barw.

W 1973 roku w zespole Deep Purple nie działo się najlepiej. Na linii Ian Gillan-Ritchie Blackmore wrzało. Po nagraniu ostatniej płyty w klasycznym składzie („Who do we think we are” 1973) Ian pożegnał się z macierzystą formacją. Natomiast Purpura działała dalej. I stworzyła jeden z lepszych krążków – „Burn” (1975). Płyta objawiła światu dwóch nowych członków grupy – David Coverdale zajął miejsce przy mikrofonie, a Glenn Hughes przejął bas po tym, jak razem z Gillanem Blackmore wyrzucił z Purpli Rogera Glovera. Jednak despotyczny i chimeryczny gitarzysta po ukazaniu się płyty postanowił założyć własną grupę. I tak się stało. Jeszcze w tym samym roku na muzycznej mapie świata pojawiła się nowa wyspa – Rainbow.

Ritchie oprócz tego, że miał trudny charakter był jeszcze cwany. Muzyków, którzy stworzyli pierwszą płytę zespołu wykradł z grupy ELF. Wyrzucił tylko, rzecz jasna, gitarzystę. Fakt, że skład przetrwał tylko chwilę, a już z nowymi ludźmi Rainbow nagrało płyty, które na stałe weszły do kanonu rocka. Jednak pierwsza płyta jest naprawdę bardzo dobra. Warto posłuchać jej uważnie, bowiem tylko wtedy ujrzymy prawdziwą muzyczną tęczę.

Od tej płyty bije magia. I to nie tylko za sprawą fantastycznych tekstów, które napisał Ronnie James Dio, ale
i okładki. Na kopercie widnieje zamek. Jednak, gdy przyjrzymy się uważniej, dostrzeżemy, że jest on gitarą. Nad nim cudowna i majestatyczna tęcza. Wspomniałem Ronniego Dio – to właśnie Rainbow wypromowało tego piekielnie zdolnego i niesamowitego wokalistę oraz autora tekstów. Dio śpiewał potem w Black Sabbath, a następnie kontynuował karierę solową we własnym zespole nazwanym po prostu DIO.

No dobrze, zatem co z muzyczną zawartością płyty? Kompozycje oczarują tych, którzy lubią rock połączony z bluesem, z dodatkiem klawiszy. Jeśli ktoś kocha soczyste brzmienie gitary i inspirujących solówek – również może śmiało sięgnąć po „Ritchie Blackmore’s Rainbow”. Niestety, mimo że Rainbow wypracowuje tutaj swój własny styl, nie udało się do końca uniknąć wpływu Deep Purple. Momentami czuć, że Blackmore nie uwolnił się jeszcze od dawnych lat.

Jest to bardzo zróżnicowany krążek. Zawiera dwie piękne ballady. Znajdziemy tutaj również ostry, hard rockowy numer – „Man on the Silver Mountain”, który jednak naprawdę piorunujące wrażenie będzie robić potem, wykonywany na koncertach. Można śmiało powiedzieć, że po przesłuchaniu tego albumu zostają w głowie dwie rzeczy – wokal Dio i gitara Blackmore’a. Pozostali muzycy dobrze wywiązują się z zadań, jakie nakreślił im gitarzysta, lecz dopiero później Ritchie znajdzie swój optymalny skład. Ale brzmi wszystko bardzo ładnie. Czuć w tej muzyce lata 70., lecz po latach krążek zdecydowanie się broni. Może porwać melodyjny refren „Snake charmer”. Co wrażliwszych poruszy „Catch the Rainbow” – piękna ballada z nieco Hendrixowską partią gitary i wzruszającym, szczerym tekstem. Mistrzostwo świata. „Self Portrait” natomiast spodoba się miłośnikom blues rocka.

Zdecydowanie żywym utworem jest drugi na płycie kower – „Black Sheep of the Family”.
W oryginale wykonywał go zespół Quatermass. Końcówka albumu zachęca do tańca. „If you don’t like rock ‘n’ roll” i „Still I’m Sad” powodują szybsze krążenie krwi, natomiast „Sixteenth Century Greensleeves” urzeka „kroczącym” rytmem. Jakby przeciwwagą dla tych utworów jest kompozycja „Temple of the King”. Znów mamy tekst o tematyce fantasy i przyjemną dla ucha melodię. Ozdobą każdego utworu jest naturalnie solo Blackmore’a. Zachwyca nas swoją grą w szybszych fragmentach, jak i w spokojnych partiach.

„Ritchie Blackmore’s Rainbow” jest płytą, od której trudno się uwolnić. Jest to prawdziwa tęcza – emanuje od niej moc barw. Szkoda tylko, że często ten album pomijany jest, gdy wymieniamy płyty Rainbow. Na pierwszym miejscu stawia się nagrany rok później od debiutu „Rainbow Rising” (1976). Racją jest, że w porównaniu z tą płytą pierwszy album nowej drużyny Blackmore’a musi wypaść gorzej, jednak nie zapominajmy o tym, że to właśnie „Ritchie Blackmore’s Rainbow” otworzyło drzwi na dalsze sukcesy tej świetnej kapeli.

Ritchie Blackmore’s Rainbow „Ritchie Blackmore’s Rainbow” (1975)
Man on the Silver Mountain; Self Portrait; Black Sheep of the Family; Catch the Rainbow; Snake Charmer; Temple of the King; If you don’t like rock’n’roll; Sixteenth Century Greensleeves; Still I'm Sad

Skład:Ronnie James Dio – wokal; Ritchie Blackmore – gitara; Craig Gruber – bas; Gary Driscoll – perkusja; Mickey Lee Soule – pianino, organy, melotron.

Produkcja
- Martin Birch, Ritchie Blackmore i Ronnie James Dio.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

+ za przypominanie na łamach link k l a s y k i !

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.