Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

13634 miejsce

Jak Santa Claus zastąpił Świętego Mikołaja

Wyniki śledztwa, ustalającego, jak do tego doszło, że postać dobrego biskupa, na którego pomoc mogli liczyć najbiedniejsi, zastąpił przerośnięty krasnal, popierający bogate korporacje.

Niektórzy myślą, że podmiany dokonała The Coca-Cola Company. Nie jest to do końca prawdą, chociaż jej rola też była istotna. Ale po kolei, przenieśmy się do początków XIX wieku, do Stanów Zjednoczonych.

Dawno, dawno temu

Rys. nr 1. Po lewej: św. Mikołaj na starej czeskiej kartce świątecznej, za zgodą Saint Nicholas Center www.stnicholascenter.org Rys. nr 2. Po prawej: Santa Claus na ilustracji Thomasa Nasta z książeczki wydanej w 1869 r. / Fot. ilustracjaW Nowym Jorku istniało stowarzyszenie New York Historical Society, któremu patronował św. Mikołaj. A że w ówczesnym Nowym Jorku (dawniej Nowym Amsterdamie) znaczącą rolę pełnili obywatele holenderskiego pochodzenia, zatem i w towarzystwie historycznym można ich było spotkać. Holendrzy przywieźli do Stanów bogate, regionalne tradycje związane z prawdziwym świętym Mikołajem, nazywanym przez nich Sinterklaas. W ich wersji św. Mikołaj przybywał z południa, a na miejscu poruszał się na białym koniu.

Pewnego dnia, na nieszczęście nowojorskich Holendrów, do New York Historical Society zapisał się Washington Irwing. Z uwagi na patronat św. Mikołaja, Irwing chcąc nie chcąc poznał holenderskie tradycje z nim związane. Kiedy zatem w 1809 roku napisał satyryczny tekst, prześmiewczo traktujący znaczącą rolę Holendrów w Nowym Jorku, w opowieści tej nie zabrakło również świętego Mikołaja. Jego rola dla społeczności holenderskiej została tam obśmiana równie mocno jak wysoka pozycja Holendrów w mieście. Wprawdzie Irwing nadal używał określenia St. Nicholas, to jednak opisana postać stanowiła raczej karykaturę holenderskiego dżentelmena (postać rozmiaru krasnoluda, w krótkich flamandzkich spodniach noszonych w XVI-XVII w., w kapeluszu z szerokim rondem i z długą fajką). Jako że Irwing w młodości lubił wychodzić przez okno sypialni na dach, przechodzić na dach sąsiadów i robić im żarty, wrzucając kamień do komina, nic zatem dziwnego, że w jego wersji St. Nicholas miał lądować na dachach i wchodzić przez komin.

Przekręcenia nazwy z holenderskiego Sinterklaas na Santeclaus dokonał jednak dopiero William Gilley w swoim wierszu z 1821 roku, dodając też owemu Santeclausowi renifery.

Mikołaj w futrach

Rys. nr 3. Malutki Mikołaj na miniaturowych saniach zaprzężonych w renifery ląduje przy kominie, XIX-wieczna ilustracja F.O.C. Darleya / Fot. ilustracjaRok później wydany anonimowo poemat "A Visit From Saint Nicholas" utrwalił w społecznej świadomości wymyśloną przez Irwinga wersję z kominem oraz rozwinął Gilleyowską koncepcję zastosowania reniferów jako napędu do sań [rys. 3] Co ciekawe, postać przedstawiona w tym poemacie zawiera wyraźne nawiązanie do niemieckiego Pelznickla. Autor opisuje go bowiem jako ubranego od stóp do głów w futra, a Pelznickel (postać występująca w niektórych rejonach Niemiec jako zastępcza dla świętego Mikołaja, z uwagi na fakt, że po reformacji nie wypadało, by prezenty dzieciom rozdawał katolicki święty) oznacza właśnie „Mikołaj w futrach”. Prowadzona jest dyskusja, czy autorem poematu był Clement Clarke Moore (generalnie uznawany za jego autora) czy też Henry Livingston. Jednak żaden z nich nie był Niemcem, a nawiązania do tradycji niemieckich są tu dość wyraźne. Być może zatem istnieje jakaś trzecia odpowiedź? Albo autor w kosmopolitycznej Ameryce miał kontakty także z niemieckimi tradycjami? Tak czy inaczej, również w tym poemacie Mikołaj był malutki. Wątpliwości nie pozostawia poniższy fragment :

„When, what to my wondering eyes should appear,
But a miniature sleigh, and eight tiny rein-deer,
With a little old driver, so lively and quick,
I knew in a moment it must be St. Nick.”

Poniżej moje luźne tłumaczenie, za to z zachowaniem rymu:

Kiedy moje zobaczyły zachwycone oczy
Mikro sanki i ósmego reniferka łeb
W nich woźnica stary, mały, bystry i ochoczy
To świętego Mikołaja rozpoznałem wnet

Rys. nr 4. Mikołaj od stóp do głów w futrach, XIX-wieczna ilustracja F.O.C. Darleya / Fot. ilustracjaNic zatem dziwnego, że również grubiutka postać w futrzanym kubraczku na ilustrujących poemat obrazkach F.O.C. Darleya bardziej przypomina krasnoludka niż świętego Mikołaja. Odległość od postaci ascetycznego biskupa podkreśla, również użyta już wcześniej przez Irwinga, fajka [ rys. 4].

Co było dalej?

Rys. nr 5. Najbardziej znana wersja XIX-wieczna wersja Santa Clausa wg Thomasa Nasta, wykonana dla Harper’s Weekly. / Fot. ilustracjaNawet w XIX wieku książki czy wiersze nie wystarczyłyby do dokonania trwałej, ogólnoświatowej zmiany świętego Mikołaja w Santa Clausa. Wtedy właśnie w sprawę wmieszała się… prasa.
Do gry wkroczył Harper’s Weekly wraz ze swoim rysownikiem, tym razem już niemieckiego pochodzenia, Thomasem Nastem. Postać ilustrowana przez Nasta jest już wyraźnie nazywana Santa Clausem. Nadal stanowi rodzaj starego grubiutkiego krasnala z fajką, dostającego się do domów przez komin. Warto zwrócić uwagę na gałązkę ostrokrzewu przy czapeczce, co zostało przejęte z tradycji brytyjskich [rys. 5]. W wydanej w 1869 roku książeczce „Santa Claus and his works” z poematem George’a P. Webstera i z ilustracjami Thomasa Nasta, Santa (ubrany już generalnie na czerwono [rys. nr 2], choć na części obrazków widać zielone cętki i z białymi elementami na części ilustracji) wykonuje zabawki dla dzieci, mieszkając na biegunie północnym. Akurat te trzy elementy znakomicie się przyjęły, przynajmniej w późniejszych bajkach dla najmłodszych. Gdyby bowiem dzieci wierzyły, że Santa osobiście wykonuje te zabawki, zapewne nie domagałyby się reklamowanych przed świętami produktów takich firm, jak Mattel.

Czemu zatem, skoro tyle osób przedstawiało Santę jako krasnoludka, ten skończył w normalnych, ludzkich rozmiarach? Cóż, nie zapominajmy, że bardzo szybko upomniały się o niego sklepy, wkładając między bajki teorię o podrzucanych dzieciom za darmo, osobiście wykonanych, zabawkach. Sklepom natomiast znacznie łatwiej było wynająć do tej roli dorosłego mężczyznę typowego wzrostu. Znalezienie dorosłego z bardzo niskim wzrostem stanowiłoby dodatkowy kłopot, a przebranie dziecka za grubego staruszka mogłoby się nie przyjąć, szczególnie, że dzieci chętne do zarobku były raczej szczuplutkie. Z tego wynika, że obecny wzrost Santy jest efektem czystego pragmatyzmu sprzedawców i ich ograniczonego budżetu na marketing. Przypomnę, że prekursor J.W. Parkinson zażyczył sobie na swoim kominie Santy (a dokładnie Kriss Kringla, którego w praktyce nie da się od Santy odróżnić) już w 1841 roku. Inni szybko poszli w jego ślady i tak do dziś w amerykańskich domach towarowych dzieci mogą porozmawiać z wynajętym Santa Clausem, który na szczęście nie musi już czekać na nie na zewnątrz, przypięty do komina. Oczywiście gruby krasnoludek powiększony do ludzkich rozmiarów, chcąc nie chcąc, zaczyna wyglądać jak przerośnięty krasnal, ale jak widać do dziś nikomu ten fakt nie przeszkadza. Niektórzy nazywają go nawet świętym Mikołajem.

Od pierwszych kolorowych ilustracji Nasta, czerwona barwa stroju Santa Clausa coraz bardziej utrwalała się, a przy niej często pojawiały się białe futrzane obramowania. Pewną rolę w upowszechnieniu tego właśnie zestawu kolorów odegrał Louis Prang, ponieważ na wydanych przez niego, wtedy bardzo nowoczesnych, kolorowych kartkach świątecznych, Santa trzymał się tej właśnie kolorystyki. Jednolitą wersję barw stosowała także prasa. W gruncie rzeczy Santa na okładce wydawanego wówczas magazynu St. Nicholas z 1906 roku niewiele różni się od przebierańców mijanych przez nas teraz w sklepach czy na ulicy w świątecznym czasie. Przy okazji akurat ten magazyn dobrze obrazuje kolejny problem, którego za jakieś 70 lat i my w Polsce mieliśmy doświadczyć - chodzi o pomieszanie pojęć, kiedy to widząc Santa Clausa mówimy „święty Mikołaj”.

Coca-cola Santa i światowa ekspansja

Ale skoro już o nas mowa – jakim cudem ta nowa, zupełnie niepotrzebna nam postać nie tylko dotarła do Polski, ale wręcz wyparła z dziecięcej świadomości starego, dobrego świętego Mikołaja? Dopiero tu zaczyna się rola Coca-Coli, bo to ona rozpowszechniła nową postać na całym świecie, doprowadzając do zunifikowania naszych świątecznych wyobrażeń. Do czego był im potrzebny święty Mikołaj? Pomyślmy chwilę - firma produkuje napoje chłodzące… Czy taki Hortex, Tymbark czy Hellena więcej sprzedają, kiedy jest mróz na dworze? Jakoś niespecjalnie. Zimą mamy raczej ochotę na ciepłą herbatę z sokiem malinowym, gorące kakao, czy grzane wino. Jak zatem The Coca-Cola Company wpadła na to, co zrobić, żebyśmy kupowali masowo produkt, którego w naszym klimacie zimą nie potrzebujemy? Cóż, jakoś trzeba było ten niezbyt potrzebny ludziom produkt… zarekomendować. Do tego właśnie posłużył nasz bohater – Św. Mikołaj. A raczej jego nowa zmieniona wersja – Santa Claus. To akurat oczywiste, w końcu postać świętego ascety, który rozdał majątek biednym, nie do końca nadawała się do… napędzania sprzedaży napojów chłodzących zimą. Baśniowy Santa Claus wręcz przeciwnie - z tego samego powodu niemal od początku wykorzystywali go również sklepikarze.

A jak doszło do tego, że Santa Claus występuje najczęściej w barwach firmowych Coca-Coli? Znana wcześniej postać świętego Mikołaja nie była przywiązana do żadnego z kolorów – przedstawiano go równie chętnie w bieli, złocie, brązie, żółci, niebieskościach czy zieleni. Firma w zasadzie wykorzystała tylko pewien trend – jak wiemy już wcześniej czerwono-biała wersja stroju Santa Clausa stawała się coraz bardziej popularna. Należało tylko pójść za ciosem i zadbać, żeby ludziom utrwalił się „właściwy” odcień czerwieni. Żeby jednak powiązać w ludzkich umysłach tak odległe elementy jak z jednej strony zima ze świętami Bożego Narodzenia oraz z drugiej strony Coca-Cola, należało w zasadzie przejąć wyobrażenia o Santa Clausie. Nie wystarczyło stworzenie kolejnego, podobnego rysunku, tym razem z butelką Coli w ręce.

Rys. nr 6. Coca-Cola Santa wg Haddona Sundbloma, źródło: materiały prasowe The Coca-Cola Company. / Fot. ilustracjaDlatego po paru mniej udanych próbach w końcu Coca-Cola wynajęła właściwą osobę – był to Haddon Sundblom - rysownik szwedzkiego pochodzenia. Jego pełne ciepła reklamy miały siłę docierania do ludzkich serc, ten Santa, czegokolwiek by nie trzymał w ręku, stał się dla wielu ludzi synonimem świątecznej atmosfery [rys. nr 6]. Teraz należało mu już tylko zrobić odpowiednią promocję, stąd prowadzona od ponad siedemdziesięciu lat coroczna wielka akcja reklamowa, wykorzystująca postać, którą od nazwy firmy coraz częściej nazywa się Coca-Cola Santa. A sama Coca-Cola... zimą wreszcie sprzedaje się i to zadziwiająco dobrze.

Ale skąd pierwotnie pomysł zmiany?

Skąd pisarzom i rysownikom, jeszcze tym z XIX wieku, przyszedł do głowy pomysł stworzenia postaci zastępczej? Przecież ich nikt nie wynajął . Cóż, Święty Mikołaj jest bardzo przyjazny, zachęca nadzieją, że nie ma sytuacji bez wyjścia i sympatyczną tradycją podarunków dla dzieci . Prawdopodobnie właśnie dlatego jego kult łatwo się rozprzestrzeniał. Jest jednak… katolickim i prawosławnym świętym. Co zatem mieli zrobić protestanci? Nie chcieli z tej przyjemnej tradycji rezygnować, trudno im było jednak potem tłumaczyć dzieciom, kim dokładnie jest ulubiona postać ich dzieciństwa.

Jednak, jak widać powyżej, to nie reformacja wprowadziła zunifikowanego Santa Clausa, ona spowodowała wręcz, że w Europie jeszcze zwiększyło się zróżnicowanie niezwykle ciekawych zwyczajów regionalnych. Wzmocniła także rolę zwyczajów dawnych, istniejących jeszcze przed wprowadzeniem chrześcijaństwa.
Pamiętajmy bowiem, że np. w Skandynawii istniało święto przesilenia zimowego, którego nazwa wywodzona jest od jednego z imion Odyna i w niektórych regionach znana była tradycja, zgodnie z którą Odyn przynosił dzieciom podarki.

Rys. nr 7. Father Christmas sportretowany przez Johna Leecha w 1843 r. / Fot. ilustracjaW Wielkiej Brytanii natomiast, niezależnie od św. Mikołaja, od dawna istniał Father Christmas – duch Bożego Narodzenia, postać symbolizująca świąteczny dostatek, ale także odwołująca się do dzikiej, pogańskiej przeszłości, a dokładnie jej fragmentu pozostawionego po Wikingach. Father Christmas został znakomicie sportretowany przez Johna Leecha w ilustracji do „Opowieści Wigilijnej” Dickensa z 1843 roku – w zielonej, rozchełstanej szacie, na stercie jedzenia, z liściastym wieńcem na rozwianych włosach (te liście to najczęściej ostrokrzew) [rys. nr 7]. Zwróćcie uwagę na tę ilustrację, ponieważ dzisiejszy brytyjski Father Christmas podobnie jak święty Mikołaj ma już najczęściej całkiem nieswoją twarz Santa Clausa. Podobny los spotkał francuskiego Père Noël (Świątecznego Ojca), niemieckich Weihnachstmanna (świątecznego mężczyznę) i Pelznickla (Mikołaja w futrach), norweskiego Julenisse (świątecznego skrzata) czy fińskiego Joulupukki (świątecznego kozła). Co ciekawe, sama nazwa Joulupukki się zachowała i w efekcie tak właśnie po fińsku określany jest Santa Claus. Nawet wręczające dzieciom prezenty w niektórych regionach Niemiec Christkindl (czyli dzieciątko Jezus) zostało później przez Amerykanów niemieckiego pochodzenia zmieszane z Pelznicklem i nazwane Kris Kringlem (który to zasadzie już od początku wyglądał jak Santa Claus).

Jak widać zatem, żeby Santa Claus zastąpił świętego Mikołaja (i przy okazji wiele innych postaci wywodzących się z tradycji europejskiej, w tym pogańskich i baśniowych) potrzebne było coś więcej niż problem z zaakceptowaniem faktu, że dzieci będą wyczekiwać katolickiego czy prawosławnego świętego. Zmiana odbioru tej postaci na świecie nastąpiła, kiedy amerykańska prasa, a następnie sklepy i reklamodawcy, tacy jak Coca-Cola Company, doprowadzili do unifikacji i rozpropagowania nowej postaci na świecie.

Jednocześnie warto podkreślić, że w dzisiejszych czasach nawet Coca-Cola Santa jest wyobrażeniem dosyć staroświeckim. W czasie kultu młodości i zgrabnej sylwetki widok grubego radosnego staruszka stanowi i tak pozytywne urozmaicenie. Co nie zmienia faktu, że Santa nie jest i nigdy nie będzie prawdziwym świętym Mikołajem.

Proces odwracalny?

Co ciekawe, ostatnio coraz częściej pojawiają się działania mające na celu odwrócenie tego, co się wydarzyło. Powstają portale internetowe poświęcone prawdziwemu świętemu Mikołajowi, jak niezwykle rozbudowany amerykański portal www.stnicholascenter.org, promujący mądre hasło swoich autorów J. Rosenthala i C. Myers: “Santa Claus is not bad. Saint Nicholas is just better” (Santa Claus nie jest zły, święty Mikołaj jest po prostu lepszy). Twórcy zebrali ogromne ilości materiałów poświęconych temu świętemu, przygotowali też osobną część portalu specjalnie dla dzieci.

Wydawane są także książki poświęcone prawdziwemu świętemu Mikołajowi. W Polsce działa nawet fundacja świętego Mikołaja (www.mikolaj.org.pl). Jednym z jej celów jest zastąpienie nawoływania do kupowania nawoływaniem do niesienia pomocy innym. Kilka lat temu, wśród wszechobecnych wyobrażeń Santy zachęcającego do zakupów i kredytów, wyróżniały się plakaty właśnie tej fundacji, promujące akcję „Pomóż rodzinnym domom dziecka”. Jako jedyne opierały się na wyobrażeniu prawdziwego świętego Mikołaja. Także kościół katolicki stara się dbać o przetrwanie tradycji. Szerokim echem odbiła się akcja portalu www.wiara.pl , ze słynnym banerem: "Uwaga na oszusta! Szukaj... prawdziwego świętego Mikołaja".

W śledztwie pomogły mi następujące osoby: Ewa Żołnowska-Najar (nauczycielka jęz. angielskiego o niebywałej znajomości brytyjskiej kultury i historii), Adam J. Pisula (nasz fantastyczny korespondent z Niemiec, bez którego nigdy nie przedarłabym się przez aspekt niemiecki), społeczność portalu www.forumnorwegia.net, której zawdzięczam cenne wskazówki na temat aspektu skandynawskiego, Beata Knop (doskonały ekspert ds. francuskich) oraz mój mąż Daniel Wieszczycki, który pomagał mi w zbieraniu, tłumaczeniu i weryfikacji materiałów.

Główne źródła: A New Year's Present, to the Little Ones from Five to Twelve, autorstwa Williama Gilleya, A Visit From Saint Nicholas, którego autorem najprawdopodobniej jest Clement Clarke Moore, Knickerbocker’s History of New York by Washington Irwing, www.gutenberg.org,
Saint Nicholas Center, Urban legends reference pages, www.snopes.com, www.thecoca-colacompany.com, Oxford Dictionary of English Folklor, www.german.about.com, www.islandia.org.pl, www.arthuriana.co.uk, Wikipedia.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (34):

Sortuj komentarze:

tf78
  • tf78
  • 23.12.2010 15:23

Bardzo ciekawe. Ale przydałby się jeszcze artykuł, jak to się stało, że ten kransal w czerwonym stroju tak zdominował Święta w Polsce! Ciekawe byłoby prześledzenie, kiedy to nastąpiło i w jakich okolicznościach.

Komentarz został ukrytyrozwiń
maggie1922
  • maggie1922
  • 15.10.2010 10:41

sweet

Komentarz został ukrytyrozwiń

B. dobry tekst. Wlozylas duzo pracy, by go przygotowac. Plus oczywiście:)

Komentarz został ukrytyrozwiń
  • Autor usunął profil
  • 21.12.2007 20:06

+

Komentarz został ukrytyrozwiń

+

Komentarz został ukrytyrozwiń
  • Autor usunął profil
  • 13.12.2007 11:01

Fajny temacik :) Gratuluje :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dziadek Mróz?
Jak chcecie, to mogę Wam opowiedzieć i o Dziadku Mrozie :)
Po wstępnym rozeznaniu doszłam do tego, że:

Historia dziadka Mroza szła odmiennym torem, aczkolwiek wg podobnego schematu. Pamiętajmy, że w Rosji święty Mikołaj, prawdziwy święty Mikołaj był zawsze niezwykle istotną postacią i świętym bardziej... całorocznym niż u nas. Jednocześnie w tej nie da się ukryć w dużym stopniu zimowej krainie w pewnym momencie zaczęła się klarować postać władcy zimna i mrozu (ponoć po raz pierwszy wystąpił w literaturze w 1840 roku). Bez związku ze świętym Mikołajem. Potem wykorzystali go komuniści do stworzenia nowej świeckiej tradycji. Nadawał się, bo już istniał w folklorze i w baśniach, a był najbardziej... dopasowany do tej roli.

DZIADEK MRÓZ A SANTA CLAUS

Można przyjąć, że początkowo ani Dziadek Mróz nie miał wpływu na Santę (DM był postawny, w końcu władca, w płaszczu białym lub błękitnym - w końcu mróz, zatem nieco karykaturalnego i ciążącego w kierunku czerwieni krasnoludka by z niego nie wydestylowano ;)
ani Santa nie miał wpływu na dziadka Mroza (komuniści szukali postaci osadzonej w rosyjskim folklorze (skuteczność) i w żadnym razie nie... pochodzącej ze zgniłego zachodu (ideologia) ;)

A teraz? Hmm, jeśli porównamy Santę z Rovaniemi z typowym Cola-Clausem, czy obrazkami, które widzicie w moim artykule, to zauważymy, że fiński Santa jest... postawniejszy i jednak nieco przesuwa się we władczym kierunku, w odróżnieniu od typowego przerośniętego krasnala z nadwagą. Można przyjąć, że to wpływy rosyjskie - Finlandia przez wiele lat była częścią Rosji, a jak jeszcze uświadomimy sobie, że w zasadzie Rovaniemi jest miejscem zastępczym dla Korvatunturi (które niestety stało się w pewnym momencie punktem granicznym)... to można w tej różnicy dopatrzeć się elementów Dieda Moroza.

Z drugiej strony, jeśli pewnego dnia pojedziecie do Rosji i zrobicie tam zdjęcia Dziadka Mroza w... czerwieni, to będziecie wiedzieli, kto wygrał ;)

DZIADEK MRÓZ A ŚWIĘTY MIKOŁAJ

Osobiście nie przypuszczam, żeby Dziadek Mróz zdołał w Rosji wykolegować świętego Mikołaja, choćby dlatego, że dla Rosjan jego rola nie ograniczała się do rozdawania prezentów w grudniu. Nie wydaje mi się zatem, żeby Rosjanie, tak masowo mówili "święty Mikołaj" na ewidentnego Dziadka Mroza, jak my robimy to z Santa Clausem. Zatem podejrzewam, że obie te postacie istnieją tam niezależnie. Ale ja się tam nie znam ;)

Natomiast w Polsce Died Moroz się nie przyjął (w odróżnieniu od Santy, co pokazuje wyższość
reklamy nad propagandą ;)
Przyjęła się natomiast jego wnuczka Śnieżynka (co pokazuje, ile w propagowaniu czegokolwiek daje ładna dziewczyna - tyle, że nikogo w gruncie rzeczy nie interesuje, co ona propaguje ;).

Komentarz został ukrytyrozwiń

Nagroda tygodnia

Komentarz został ukrytyrozwiń

+ moje gratulacje, świetny tekst.
:)

Komentarz został ukrytyrozwiń

+

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.