Facebook Google+ Twitter

Jakub Szela – pierwszy polski „słoik”? Recenzja dygresyjna

Czy przywódca chłopskiej rebelii z XIX w. to antenat dzisiejszych „słoików”? Twórcy spektaklu „W imię Jakuba S.” wystawianego na deskach Teatru Dramatycznego zdaje się nie mają co do tego wątpliwości. I dowodzą tego przy pomocy świetnego czarnego humoru i zaglądaniu nieco głębiej niż lubimy w „zbiorową psychikę” społeczeństwa…

 / Fot. Bartłomiej Sowa, Teatr Dramatyczny, mat. prasoweCzy przywódca chłopskiej rebelii z XIX w. to antenat dzisiejszych „słoików”? Twórcy spektaklu „W imię Jakuba S.” wystawianego na deskach Teatru Dramatycznego zdaje się nie mają co do tego wątpliwości. I dowodzą tego przy pomocy świetnego, czarnego humoru i zaglądaniu nieco głębiej niż lubimy w „zbiorową psychikę” społeczeństwa…

Każdy z nas w dzieciństwie otrzymuje zestaw mitów. Mitów założycielskich swojej tożsamości. Z nimi wyrusza w świat, czyli życie. Tak oto przeważnie jesteśmy np. księżniczkami i rycerzami na białych koniach. Każdy musi się przejrzeć w tej napisanej językiem bajek swojej roli i zmierzyć z jej konsekwencjami.

Bajki i mity kształtują także naszą społeczną tożsamość. I tak mierzymy się (lub ignorujemy) z mitem Polaka Sarmaty, Polaka-Powstańca, Polaka-antysemity, Polaka-Sybiraka i całym katalogiem podobnych. Niejeden z nas, kierowany snobizmem, poszukuje w herbarzach i w annałach parafialnych oraz na zakurzonych strychach dowodów na istnienie zacnego drzewa genealogicznego potwierdzającego szlachetne pochodzenie. Jakoś po lekturze romantycznych czy pozytywistycznych dzieł literatury szukamy swoich przodków wśród światłej i patriotycznej arystokracji, a nie w chłopskich masach.

I tu niespodzianka: otóż większość z nas, choćby kopało najgłębiej, nie ma najmniejszych szans dokopać się do źródeł swojej urojonej błękitnej krwi – bo takie źródła zwyczajnie nie istnieją…

O tym dosadnie przypomina reżysersko-autorski duet Strzępka – Demirski, zapraszając widzów do Teatru Dramatycznego.
Publiczność zasiada na zasnutej sztuczną mgłą widowni, przyglądając się zasypanej sztucznym śniegiem i ogarniętej chaosem scenie. Na chaos składa się nieskomplikowana, a jednak robiąca imponujące wrażenie sterta porozrzucanych starych mebli (przemieszanych „gratów” z przeszłości i biurowej teraźniejszości). Wszędzie ślady krwi. W tych mrocznych, zimowych okolicznościach pojawia się charyzmatyczny Szela w kożuszysku (rola jakby skrojona na miarę odtwarzającego tę postać Krzysztofa Dracza).

Teoretycznie przenosimy się w czasie do galicyjskiej rebelii z pierwszej połowy XIX wieku. Czy oby na pewno?

 / Fot. Bartłomiej Sowa, Teatr Dramatyczny, mat. prasoweNo właśnie. Przez scenę przebiegają aluzje i analogie. A to pańszczyzna przeplata się ze spłatami rat kredytu hipotecznego, a to urzędniczka bankowa przemawia nowomową trącącą PRL-em, to znowu instytucje finansowe porównane są do „grubego Pana Ekonoma”, co to go trzeb ugłaskać i oszukać.

Wszak tak zdroworozsądkowo analizując, to czym różni się katorżnicza praca w korporacji (by zarobić na raty przerastające jakiekolwiek możliwości „przeciętnego Kowalskiego”) od sytuacji chłopów pańszczyźnianych?

Młodzi bohaterowie sztuki zrywają kontakty ze wszystkimi znajomymi posiadającymi mieszkania, nienawidząc ich i zazdroszcząc jednocześnie. Wyśmiana zostaje i „kultowa” IKEA – sklep-marzenie klasy prawie-średniej, osławione sojowe cafe latte i gruszkowa tarta z sieciowych kawiarni rozsypanych po galeriach handlowych kraju.

W centrum akcji pozostaje natomiast „człowiek i milion” (…długu z jakim przychodzi mu zmierzyć się w wypełnionym zarabianiem na spłatę kredytów życiu). Jednostka, która w gruncie rzeczy niczym nie różni się od swojego chłopskiego przodka sprzed kilkunastu, kilkudziesięciu czy kilkuset lat.

Chłopi Szeli są tu symbolem buntu. Może i podszywanego prowokacją, ale nie o to wszak najbardziej chodzi. Chcieli uderzyć w „system”. A dziś? Kto się buntuje? Kto z tych, których stać na płacenie kartą kredytową za cafe latte i zakupy w sieciowych sklepach myśli o sobie, jako o niewolniku systemu?

Od Jakuba Szeli i młoda para i „były dyrektor marketingu” dostają 24 godziny na zmianę świata według swojego widzi-mi-się. Ale co oni mogą zmienić, skoro myślą jedynie o utrzymaniu (względnie przywróceniu) utożsamianego z bezpieczeństwem i dobrostanem status quo…

I nie chodzi o wyciąganie wideł i mordowanie neo-samozwańczej-ekonomo-szlachty. Ale o wysiłek intelektualno-duchowy, by zanegować pełną wyzysku rzeczywistość i zrobić coś, by „wylogować się z niej”. A bez uczestników absurdalna rzeczywistość chyba nie da rady trwać… ?

Co warto dodać? Słowo o aktorach: znakomita ekipa, która wykreowała świat warty zobaczenia. Na marginesie podkreślę, że tym razem nie zabrakło ciekawych ról kobiecych. Szczególne ukłony w stronę Pań: Klary Bielawki i Anny Kłos – Kleszczewskiej.

Autentyczność pierwszej z wymienionych, jest absolutnie bezcenna w czasach kultury gwiazdeczek-celebrytek, które poza pomysłem na własną kreację medialną wykazują totalny brak pomysłu na kreacje sceniczne.
Anna Kłos natomiast jest tak histerycznie irytująca w swojej interpretacji granej bohaterki/bohaterek, że ma się szczerą ochotę zapchać jej usta tabletkami uspokajającymi, o których desperacko wspomina w wielu scenach. Podobnie zresztą, jak większość bohaterów – lustrzanych odbić nas samych, którzy zamiast spokojnego snu po uczciwej i satysfakcjonującej pracy za dnia, musimy aplikować spokój „na zawołanie”, w coraz silniejszych medykamentach.
I alkoholu, który oczywiście bez przerwy „przelewa się przez scenę”. Dlaczego? Może dlatego, że w pogodni za „lepszym jutrem”, zupełnie brakuje troski o sensowne dziś… Bo „dziś” jest na kredyt. Ale czy w tych okolicznościach w ogóle będzie jakieś wartościowe „jutro”?

I taki oto obraz nas – społeczeństwa - malują autorzy „W imię…”. Topią nas we własnym wstydzie – wstydzie za „ojców” ze wsi, za brak kasy, za niedocenienie… Za to, że ciągle jesteśmy ileś-tam-dziesiąt lat za „zachodnim niebem”. Ostatni w samolocie na ciepłą plażę. Ostatni w kolejce po benefity z kapitalizmu…

Atmosferę spektaklu można porównać do klimatu filmów Smarzowskiego. Taka sama beznadzieja i dusząca zgnilizna, bez szans na ratunek. Jest i miejsce na (uzasadnioną artystycznie) wulgarność i nieestetyczne obrazy. Ale też na ciekawie wmontowaną narrację z rzutnika multimedialnego, interesująco zaaranżowaną muzykę dopełniającą całości i - (UWAGA!) – genialną improwizację z udziałem publiczności. „Współczesny performance nie zna granic” – jak odnosi się do tej interakcji z widzami jeden z bohaterów. Właśnie przekroczenia bezpiecznych granic gry z publicznością trzeba spodziewać się kupując bilet na spektakl;)

A naprawdę warto „zmierzyć się z nim”!

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.