Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

95243 miejsce

Jamie Lidell popadł w techno - relacja z Berlina

20 marca w Kesselhausie w Berlinie odbył się jeden z w sumie nielicznych europejskich koncertów Lidella tuż po wydaniu jego nowej, kompletnie innej płyty - efekt to zaskakująca odmiana i całkiem niezły koncert.

 / Fot. jamieNa początek: trudno byłoby stwierdzić, że koncert Jamiego Lidella w ramach trasy promującej album "Jamie Lidell" to niestety nie jest reprezentatywna próba możliwości tego muzyka, przynajmniej nie dla tych, którzy "wychowali się" na jego wcześniejszych płytach. Ale to komentarz dość oczywisty - kto spodziewał się wspomnień z funkowo-soulowej kariery muzyka na tym występie, miał spore szanse rozczarować się jego ostateczną formą. Wszystkie reminiscencje zostały podporządkowane nowej logice muzyka, który porzucił melodyjne, prostolinijne, przyjemne kawałki na rzecz elektronicznego eksperymentu. I już do słuchacza należy ocena, czy chce słuchać Jamiego w wersji "techno".

Ma to swoje zalety - Jamie przekroczył samego siebie, odciął się od stylistyki, która zdążyła go już na dobre zaszufladkować (bo kto wie o tym, że kiedyś już miał projekty elektroniczne na swoim koncie? Chyba niewielu z nas.) i zdecydował się na eksperyment ze swoją wizją muzyki, i ze swoim fanem jednocześnie. Stawka spora, bo zmiana jest drastyczna.

Wadą z kolei jest to, że imanie się elektroniki nie jest obecnie niczym szczególnym - istnieje tyle zespołów wszelkiej jakości, które parają się tym gatunkiem, że naprawdę trudno innowacyjnie i twórczo podejść do tematu. Ryzyko zostało podjęte, a krytyka publiczności zdecyduje teraz o tym, na ile się ono opłacało.

Zdecydowanie jednak wybór Berlina na jedno z tych wyróżnionych miejsc, w których pierwsze koncerty Jamiego mają miejsce, było strzałem w dziesiątkę - w niemieckiej stolicy kultura techno kwitnie, elektronika jest szeroko słuchana bez stereotypowego, negatywnego pojmowania, więc i publiczności nie zabrakło. Imponujący klub Kesselhaus w Kulturbrauerei na Schonebergu był prawie wyprzedany - tłum ogromny przybył sprawdzić, co Jamie powie na żywo. I przyjął go raczej serdecznie.

Zaczął z przytupem - wyłonił się z ciemności i bez zbędnych zapowiedzi zaczął "You Know My Name", jeden z tych kawałków z nowej płyty, w której jeszcze są elementy funky, raczej w takiej połamanej formie nowoczesnego Prince'a. Otulił to wszystko w pokręcone elektro, sporo zabawy dźwiękiem na żywo, co szybko rozkręciło atmosferę. Później była podróż w przeszłość - w 2005 roku w Berlinie napisał "A Little Bit More", w sumie spinające jego przeszłe dokonania z nowymi - minimalistyczny bit i soulowy wokal jakoś przyjemnie ze sobą korespondują, i świetnie wpasowują się w nową estetykę.

Nie kazał nam też długo czekać na singiel - "You Naked" nastąpiło zaraz później, może trochę mniej melodyjne niż spodziewane, ale to wciąż solidna grzałka, skrojona na alternatywne parkiety. Zabrakło zsamplowanych instrumentów, a może przepadły przez nagłośnienie - dzięki czemu pozostała głównie ta funky oprawa rodem z lat 80-tych. Wtórne, ale skuteczne nawiązanie. "What a Shame" było manifestacją nowych brzmień, tym razem radykalniejszych - sporo skreczy, solidny beat, zdecydowanie elektroniczne nagranie z drum'n bassową dramaturgią. Ciekawym eksperymentem było posłuchanie na żywo "Music Will Not Last", które śpiewał solo i stopniowo samplował z różnymi dźwiękami - zabrakło popowo - bigbeatowej kompanii muzycznej, zamiast tego były różne pomruki, zapętlone partie wokalne, do których dołączyła szkieletowa perkusja. Zupełnie inny kawałek. Z resztą to samo, choć nie po kolei już teraz, można powiedzieć o "Another Day", jednym ze szlagierów Brytyjczyka, które rzecz jasna zostało przekształcone w elektroniczny kawałek z fajnym przejściem w popowe klawisze w refrenach.

Żeby już nie rozdrabniać się nad każdym kolejnym utworem: pojawiły się mocne akcenty elektro w "So Cold" chociażby, który przypomina mi o rewelacyjnej płycie Andre 3000 "The Love Below" - połamane, ciepłe, doskonałe na imprezowe wyciszanie. Był to bodajże najlepszy kawałek tego koncertu - złożony, pulsujący minimalnym techno przechodzącym w łagodny pop. Ogólniej - na koncercie ilość drastycznych gestów techno, hałasów, dysharmonii, jest znacznie większa niż to jest na płycie. Czasami naprawdę trudno było przemyśleć kolejne taneczne kroki. A cały efekt dopełniają lasery i geometryczne, bardzo minimalistyczne wizualizacje w tle, które maskowały też jasno ubranego Jamiego.

Jamie Lidell w Berlinie się wybronił - nierównym i dziwnym, zaskakującym wyskokiem w DJskie tereny, które to miasto chłonie i uwielbia. Szkoda tylko, że nie mogłam go sobie porównać z wcześniejszymi występami z całym instrumentarium - wtedy chyba najlepiej byłoby ocenić tę przemianę.

Jamie Lidell wystąpił 20 marca w Kesselhaus w Berlinie.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.