Janek szczęśliwie wylądował w Shannon. Udało mu się znaleźć pracę, nieco się oswoił, wydał trochę pieniędzy. Poznał smak nocnego życia Irlandii, zabawił się przednio. W miarę upływu czasu powoli, powoli Janki przeistaczają się...
Są już wyjadaczami. Światowcami. Z początkowo nieśmiałych, cichych Polaczków wykluł się złoty kwiat polskiej – europejskiej – światowej(!) młodzieży. Radzą sobie nieźle - ubrani w markowe ciuchy z rozlicznych centrów handlowych, obleczeni w zapachy przednich gatunków, ze sporą sumką na koncie w banku, powoli zaczynają czuć się, jak u siebie. Zabawa, moda, wydawanie garściami – o tak, przy nawet najniższej pensji Janków na to stać.
Plecaki, tak przydatne na początku „irlandzkiej” przygody, dawno już zakurzone, spoczywają w najgłębszym kącie domu. Nosić je, to przecież obciach... Nastąpiły teraz przecież nowe, przebojowe czasy! Zawsze można rozpoznać „naszych”, gdy widzisz jednego z drugim wystrojonego jak na wybiegu mody, w czyściutkim, nowiutkim, nierzadko „krzyczącym” ubranku, zachowującego się, jak co najmniej właściciel tejże wyspy! Niektórych Polaków rzeczywiście cechuje nadmierna pewność siebie, nonszalancja z lekką zadziornością. Jakby chcieli powiedzieć „jesteśmy z Polski, jesteśmy lepsi, bogatsi, lepiej się ubieramy, podziwiajcie Nas, albo bójcie się”. Chodząc po mieście wolnym, spokojnym, rozbujanym krokiem rozglądają się na boki, oceniając innych: "Popatrz jak ten koleś wygląda! A zobacz tam, ci Irlandczycy to bezguścia totalne! A obczaj tego gostka z Polski, ale wieśniak!". W swym gwiazdorstwie, dochodzą niektórzy do rzeczywiście wielkiej formy.