Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

30689 miejsce

Jan Urban kontra babcia Kowalczyka

Legia w europejskich pucharach. Dlaczego gra tak tragicznie? Czy to wina piłkarzy? A może trenera Urbana?

 / Fot. PAP/Bartłomiej ZborowskiLegia Warszawa zanotowała pięć porażek w fazie grupowej Ligi Europy. Eksperci są tym wynikiem oburzeni, kibice zresztą również i już wszyscy krytykują, wyszydzają i wytykają palcami mistrza Polski, który gry w europejskich pucharach nie jest godzien. Zastanówmy się jednak gdzie tak na prawdę leży wina katastrofy, jaka spotkała Legię w europejskich pucharach.

Nam strzelać nie kazano

Na pierwszy rzut oka szwankuje skuteczność. W dotychczasowych pięciu spotkaniach legioniści oddali 26 celnych strzałów (dane według squawka.com). Jak to się stało, że żaden z nich nie zakończył się golem? Głównym żądłem Legii w pucharach Europy miał być Władimir Dwaliszwili, ale w Europie zupełnie się nie sprawdził. Niemal w każdym kolejnym spotkaniu był jednym z najsłabszych zawodników meczu, był zbyt wolny i rzadko dochodził do sytuacji strzeleckich. W lidze polskiej spisuje się całkiem nieźle, chociaż również zdarzają mu się przestoje, kiedy wygląda jak spróchniałe drzewo. Inna rzecz, że koledzy z zespołu mu w tym nie pomagają, ani nie wyręczają w zdobywaniu bramek.

Nam podawać się nie uśmiecha

Żeby stworzyć dogodną sytuację bramkową ktoś musi najpierw ją wypracować. Nie sposób nie zauważyć, że legioniści nie przywiązują wielkiej uwagi do przygotowania akcji, często rodzą się one z chaosu, lub są wynikiem błędów przeciwnika. Dośrodkowania często ograniczają się do wrzutek, o których nawet nie można powiedzieć, że są na aferę, raczej są realizowane zgodnie z zasadą "A może ktoś tam będzie stał". Wymiana kilku podań w okolicy pola karnego rywala graniczy z cudem, a zachowanie Ojamy przekracza wszelkie granice egoizmu. Żeby określić grę tego piłkarza trzeba wymyślić nowe słowo, bo w słowniku zwyczajnie brakuje odpowiednich przymiotników.

Nam współpracować się nie godzi

Ale Ojama to wierzchołek góry lodowej. Współpraca piłkarzy Legii wyglądała, jakby właśnie ktoś wziął ludzi stojących w kolejce do lekarza i kazał im grać ze sobą w piłkę. Na twitterze pojawiła się zresztą ciekawa opinia, według której piłkarza nadają się właśnie na takich "staczy". Sądząc po meczu z Lazio gdyby piłkarze zamienili się rolami z ludźmi stojącymi w kolejce do lekarza, różnica na pierwszy rzut oka nie byłaby widoczna.

Nam stałe fragmenty nie są do niczego potrzebne

Zespół, który ma problem z konstruowaniem akcji bardzo często wypracowuje do perfekcji stałe fragmenty gry. W Legii wyglądały one, jakby były złem koniecznym. Najczęściej wykonywał je Furman, który zupełnie sobie z tym nie radził. Zresztą, jak mogło być inaczej, skoro jeden z zawodników przyznał się, że piłkarze nie mają ochoty zostawać po treningach by ćwiczyć ten stały fragment gry.

Nam myśleć nie wypada

Momentami wydawało się, że piłkarzom niczego nie brakuje, spisywali się lepiej, ale w decydujących momentach dopadał ich jakiś dziwny paraliż. Pod bramką przeciwnika większość piłkarzy podejmowało złe decyzje. W efekcie wyglądało to wyjątkowo chaotycznie, kiedy osamotniony Kosecki usiłował podać w pole karne, kiedy najlepszym rozwiązaniem byłoby zwolnienie akcji i zaatakowanie większymi siłami liczebnymi. Tutaj należy się zastanowić, czy była to słabość zawodników, czy może wynikało to z wytycznych sztabu szkoleniowego.

A na co nam k... trener?

Podsumowując, Legia była słaba w ofensywie, nie wykorzystywała stałych fragmentów gry, do znudzenia używała nic nie wnoszącego do gry Ojamę, nie grała zespołowo i nie szukała innych rozwiązań niż te, które nie zdawały egzaminu a pod kątem taktycznym piłkarze przypominali dzieci we mgle, w dodatku upojone wysoko procentowym alkoholem. Te argumenty uderzają bezpośrednio w trenera. Tak, Jan Urban nie udźwignął ciężaru gry w europejskich pucharach. Wydaje się, że broni go liga, bo przecież Legia jest na pierwszym miejscu. Problem jednak w tym, że ta Legia się nie rozwija, co widać nawet w meczach z Podbeskidziem czy Piastem. Czyżby więc najsłabszym punktem mistrza Polski był trener? Bo przecież podobny chaos zapewniłaby nawet słynna babcia Kowalczyka.

Ostatnia miłość na ziemi

Niektórzy dziennikarza zaczęli wygadywać brednie, że Maciej Skorża radził sobie lepiej. Nie prawda, Skorża był bardzo podobny do Urbana i w obecnej sytuacji niewiele by zmienił. Są jednak tacy, którzy wierzą, że Urban daje radę, a nawet tacy, którzy typowali go na selekcjonera reprezentacji Polski. Tyle, że to Urban wystawia Jodłowca na środku obrony, to Urban upiera się przy Ojamie, choć już nawet zawodnicy mają Estończyka dość, to Urban nie widzi, że Lado to nie jest poziom Ligi Europy. Wiadomo, że kontuzje mocno utrudniły mu pracę, ale tu wcale nie chodzi o personalia, a o proste posunięcia, których powinien być świadomy każdy szkoleniowiec, który choćby otarł się o piłkę nożną, albo przynajmniej raz zagrał w Football Managera. Tak, uważam, ze winny tej całej katastrof jest Jan Urban i moim zdaniem Legia za jego kadencji będzie grała tak samo. Nie lepiej, nie gorzej, a bez zmian. Kto stoi w miejscu ten się cofa, głosi odwieczna prawda. Tyle, że w lidze polskiej cofają sie wszyscy. Nie bądźmy naiwni i nie przechodźmy obojętnie wobec tego, który odnosi sukcesy tylko dlatego, że stoi w miejscu.

PS: Oglądałem ostatnio ciekawy film - Ostatnia miłość na ziemi - i po jego zakończeniu miałem nieodparte wrażenie, że jest to film o zwolennikach Jana Urbana - nic nie widzą, nic nie słyszą i nie mają smaku. Gorzej, że ta choroba rozprzestrzenia się dalej i powoli dotyka już kibiców mistrza Polski. No bo kto inny chciałby oglądać piłkarzy w takiej formie jak w meczu z Lazio, jeśli nie osoby niewidzące i niesłyszące. Film polecam, szczególnie prezesowi Leśnodorskiemu. Może chociaż on przejrzy na oczy.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.