Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

24735 miejsce

Janusz Głowacki: - Polska jest ciągle skansenem

  • Źródło: Dziennik Łódzki
  • Data dodania: 2007-06-07 07:12

- To, co robi w tej chwili minister edukacji, to na pewno znowu będzie jakiś news za granicą – wykreślanie znakomitych, może i największych polskich pisarzy z listy lektur. Absurd. No i to „Zero tolerancji”. Kiedy przyszedłem do fryzjera w Warszawie, ten spytał: Czy ostrzyc pana na „Zero tolerancji”? - mówi Janusz Głowacki, pisarz

Anna Pawłowska: W autobiograficznej książce „Z głowy” wspomina pan, że w dzieciństwie mieszkał przy Piotrkowskiej w Łodzi. Czy oprócz prostytutki Ali, która pracowała w bramie, ma pan jeszcze jakieś inne łódzkie wspomnienia?
Janusz Głowacki: – Mieszkałem przy Piotrkowskiej 73 chyba, bardzo blisko „Grandu”, ale ten dom został zburzony, było tam przejście na „Andrzeja” (ul. Andrzeja Struga – przyp. red.). Wspomnienia mam typowe dla dziecka. Podwórko, które było dla mnie całym światem, tam grałem w piłkę. Pierwsze wagary, bo w Łodzi chodziłem przez kilka lat do szkoły. W siódmej klasie przeniosłem się do Warszawy. Potem mam trochę wspomnień związanych ze szkołą filmową. Przyjaciele, przyjazdy, oglądane filmy.

Łódź stara się o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury. Myśli pan, że mamy szansę?

– Są tu wspaniałe miejsca do kręcenia filmów. Parę osób już się zorientowało, m.in. David Lynch. Jest szkoła filmowa o światowej marce. Odbywa się festiwal Camerimage, który też ściąga wielu ludzi. Ale czy może być stolicą kultury? Chyba za mało wiem o tym, co się dzieje w tej chwili w Łodzi. Przeszedłem się ulicą Piotrkowską. Taki deptak jest strasznie fajny, nie ma czegoś takiego w Warszawie. Domy są bardzo ładne, niezniszczone przez wojnę, ale widać, że to wszystko się troszeczkę sypie.

Czyli Piotrkowska zrobiła na panu dobre wrażenie?
– Tak, gdyby ją odmalować. Ale nie tak, jak w Moskwie – kiedy Nixon przyjechał tam z wizytą, odmalowano wszystkie domy na trasie jego przejazdu. Ale tylko do wysokości, którą się widzi, siedząc w samochodzie. Trzeba by włożyć trochę pieniędzy w Łódź. Reszta miasta jest ponura i ciemna. Jakieś fabryki, które byłyby dobre do kręcenia horrorów. I, kurczę, może by wam drogę do Warszawy zrobili. To jest paranoja, co się odbywa na tych szosach. Co chwila wszystko jest rozkopane, co chwila czeka się na światłach. Jak można cztery godziny jechać z Warszawy?!

 / Fot. Gazeta WrocławskaMieszka pan w Nowym Jorku, ale bywa często w Polsce, choć głównie w Warszawie. Czym różnią się oba społeczeństwa?
– Amerykanie są bardzo dumni z Ameryki, natomiast Polska ma bardzo wiele kompleksów. Do Ameryki się emigruje, a z Polski się ucieka. Polska żyje w tej chwili rozrachunkami z przeszłością, a Ameryka myśli głównie o przyszłości, o tworzeniu, budowaniu. Wpieprzyła się w okropną wojnę w Iraku, za co republikanie ciężko zapłacą. Nie wiem, do jakiego stopnia Polacy się interesują polityką. Słyszę o tym strasznie dużo w telewizji, ale nie jestem pewien, czy tak rzeczywiście jest. Uważam, że trzeba łączyć, a nie dzielić. Budować, a nie skupiać się na przeszłości.

Jaki jest obraz Polski i Polaków za granicą? Czy faktycznie Amerykanie śmieją się z tego, że polski premier nie ma konta w banku?
– Amerykanie nie poświęcają Polsce dużo uwagi. Historia z kontem premiera pojawiła się jako ciekawostka. Pieniądze, obracanie nimi, inwestowanie – są tym, co stworzyło Amerykę i jej sukces. Dlatego wiadomość, że polski premier nie ma konta, była dla nich czymś niezwykłym. Ale na co dzień mają znacznie poważniejsze sprawy.

Czy IV RP jest rzeczywistością, w której mógłby się pan osiedlić?

– Ja myślę o Polsce, a nie o IV RP. Myślę, że to po prostu minie. Nie dzielę na trzecią, czwartą i piątą. To, co mnie ściąga do Polski, to język. Z rozkoszą mówię po polsku. Poza tym jeszcze żyje trochę moich przyjaciół i głównie w związku z tym przyjeżdżam. Ale żeby śledzić to wszystko, co się tutaj odbywa, to broń mnie Panie Boże.

Nie chce pan do Polski wrócić na stałe?
– Bujam się nad oceanem. Mam mieszkanie w Warszawie, mam mieszkanie w Nowym Jorku. Kiedy grają moje sztuki w Europie, to z Polski mam bliżej, by pojechać do Belgradu, Kijowa, Moskwy czy Paryża. Jeżeli coś się dzieje w Ameryce, pracuję nad jakimś projektem, to siedzę w Nowym Jorku. Znajduję się w komfortowej sytuacji, że mogę mieszkać tu i tam.

Mam wrażenie, że jest pan bardziej popularny w Ameryce i Europie niż w Polsce, tam częściej wystawiają pana sztuki niż w kraju. Jak pan myśli, dlaczego tak się dzieje?
– To duża przesada. Parę rzeczy mi tutaj bardzo dobrze zrobiono. „Antygona w Nowym Jorku” nawet była w Łodzi, w szkole filmowej, jeśli dobrze pamiętam. Na świecie widziałem jakieś piętnaście produkcji, ale najbardziej podobała mi się „Antygona” zrealizowana w Nowym Jorku. Było w niej bardzo wyraźne połączenie śmieszności z tragedią, a to jest komedia o rozpaczy. W Łodzi nie wszystkie role były dobrze zagrane, ta sztuka wymaga znakomitych aktorów, ale spektakl odbywał się w fajnym miejscu, w jakiejś fabryce przy szkole filmowej.

Jakieś pana sztuki są obecnie grane w Polsce?
– „Kopciuch” idzie ciągle w Teatrze Małym w Warszawie. Fajnie zrobił go Will Pomerantz, młody nowojorski reżyser, którego tu przywiozłem. Ale recenzje miał średnie. Świetnie grała, zresztą ciągle gra, Agnieszka Grochowska. Teraz Stacy Keach, amerykański aktor, który również reżyseruje, ma robić „Antygonę” pod koniec roku, też w Teatrze Małym. Więc nie narzekam. Trochę grają, trochę nie, trochę się podoba, trochę nie.

„Antygona w Nowym Jorku” i „Polowanie na karaluchy” przynoszą ponury obraz polskiej emigracji. O nowej fali emigracji, młodych ludziach, którzy wyjeżdżają głównie na Wyspy Brytyjskie, mówi się, że to już zupełnie inna emigracja, świadoma swoich praw. Że oni kiedyś wrócą do Polski i będą się domagać u siebie europejskich standardów.

– Bardzo możliwe. To rzeczywiście coś zupełnie innego. Chociaż w Nowym Jorku się tego w ogóle nie odczuwa. Tam potrzeba wiz, których Polacy nie mają, jest dalej i trudniej. Natomiast byłem niedawno w Londynie i rzeczywiście bardzo wielu kelnerów mówi po polsku, ale znają angielski. To dobrze. W Stanach mieliśmy różne fale emigracji. Pierwsza, zarobkowa – to ta stara emigracja, która dorobiła się i mieszka głównie w Chicago, trochę w Nowym Jorku na Greenpoint. Potem była solidarnościowa, bardziej uniwersytecka. Ta najnowsza do Nowego Jorku jeszcze nie dotarła.

To już nie są tacy emigranci jak z pańskich dramatów...
– Moi emigranci w „Polowaniu na karaluchy” mówili po angielsku bardzo dobrze, bo to była para pisarz i aktorka, tylko oni mieli kłopoty ze znalezieniem się w tamtej rzeczywistości. Oczywiście, mieli polski akcent, stąd to zdanie...

„W Ameryce straciłam wszystko poza akcentem”...
– To jest bardzo autobiograficzna sztuka. To historia moich bezsennych nocy i próby przebijania się do normalnego życia, do normalnego teatru. A dookoła czaiły się polskie i amerykańskie demony, które trzeba było jakoś pokonać. Ameryka jest krajem emigrantów i ta sztuka się bardzo podobała. Grano ją w ponad pięćdziesięciu teatrach. Mam nadzieję, że stanie się tak, jak pani mówi, że ta młoda emigracja wróci i coś zrobi z tym skansenem, ponieważ Polska jest ciągle skansenem. To smutne.

Interesuje mnie pana spojrzenie z boku, z dystansu. Dlaczego Polska jest skansenem?

– To nieustanne grzebanie się w przeszłości... W samochodzie co jakiś czas słucham Radia Maryja, bo ma potężne nadajniki i to jest, zdaje się, główny dyktator stanu umysłów w Polsce. To przygnębiające. Kiedy rok temu do Polski przyjechał John Malkovich, to chociaż on mieszka w Los Angeles, wiedział, że tutaj panuje antysemityzm i antygeizm. To, co robi w tej chwili minister edukacji, to na pewno znowu będzie jakiś news za granicą – wykreślanie znakomitych, może i największych polskich pisarzy z listy lektur. Absurd. No i to „Zero tolerancji”. Kiedy przyszedłem do fryzjera w Warszawie, ten spytał: Czy ostrzyc pana na „Zero tolerancji”? Grozę budzi ta cała Młodzież Wszechpolska. Za granicę nie docierają rzeczy, które są normalne, tylko te ekstremalne. Niestety, taka jest prawda, a to nam nie pomaga.

Anna Pawłowska
a.pawlowska@dziennik.lodz.pl

Janusz Głowacki


Urodzony w 1938 r. dramaturg, prozaik, felietonista, autor scenariuszy filmowych. Wyrzucony z wydziału aktorskiego Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Warszawie, ukończył filologię polską na Uniwersytecie Warszawskim. W czasie studiów pisał recenzje teatralne. Z Markiem Piwowskim stworzył kultowy film „Rejs” – kwintesencję PRL. Światowy sukces przyniosły mu jednak sztuki teatralne. W grudniu 1981 roku, na kilka dni przed wprowadzeniem w Polsce stanu wojennego, wyjechał do Londynu na premierę swojej sztuki „Kopciuch” i nie wrócił do kraju. Zamieszkał w Stanach Zjednoczonych. Do jego najbardziej znanych dramatów należą napisane tam: „Fontynbras się upił”, „Polowanie na karaluchy”, „Antygona w Nowym Jorku”, „Czwarta siostra”. Wszystkie te dramaty wydane zostały ostatnio w zbiorze „5 i 1/2”, który autor promował w księgarni „Świat Książki” przy ul. Piotrkowskiej 51. Głowacki jest także autorem napisanej ciętym językiem, humorystycznej autobiografii „Z głowy”. Obecnie mieszka w Nowym Jorku i Warszawie.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (2):

Sortuj komentarze:

i wszystko z głowy :))))

Komentarz został ukrytyrozwiń

czy J. Głowacki jest łatwym rozmówcą?:)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.