Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

12221 miejsce

Jarek Westermark: „Piszę, kiedy mogę”

Jarek Westermark z wykształcenia jest prawnikiem. Śmieje się, że ostatnią prawdziwą styczność z prawem miał na studiach. Frontman zespołu KRÓLDUCH, a także autor książki "Opowiadania, które napisałem".

Prawnik? Pisarz? Wokalista? Do czego jest Panu najbliżej?

-Zależy kiedy… rankami bliżej mi do pisarza, wieczorami do wokalisty. Za dnia oddalam się od obu; tłumaczę seriale, robię zakupy i prasuję.

Śpiewający prawnik, który pisze książki. Jak odbierają to znajomi, czytelnicy, słuchacze? Czy nie zadziwia ich czasem to połączenie?

-Znajomi wiedzą, że ostatnią prawdziwą styczność z prawem miałem na studiach, nie są więc zbyt zaskoczeni. Czytelnicy i słuchacze reagują głównie rozbawieniem. Pamiętam, że kilka osób „z branży“ zwyzywało mnie od najgorszych, że pakuję się w wydawanie dźwięków zamiast „kosić pieniądz” w kancelarii.
Moje studia wspominam bardzo miło. Cieszę się, że stanowią teraz dodatkowy element, który może zaciekawić potencjalnych odbiorców tego, co robię.

Wyobraża Pan sobie porzucenie którejś z tych dziedzin na rzecz drugiej, czy trzeciej?
KRÓLDUCH - zespół Jarka Westermarka / Fot. Fot. Zdjęcie nadesłane przez Jarka Westermarka
-Zawodowo zajmuję się tłumaczeniami. Pozwoliły mi rozwinąć język, wyrobić umiejętność panowania nad tekstem (unikanie powtórzeń, nieustanna walka z interpunkcją.,). Uważam to za bazę, z której raczej nie zrezygnuję. Wybór musiałby więc dotyczyć pisania i muzyki, które z kolei traktuję jako dwa przejawy tego samego dążenia: próby wyrażenia swoich pomysłów i emocji. Mam nadzieję, że któraś z tych form zaciekawi publiczność. Jeśli okaże się, że tylko jedna, być może trzeba się będzie wyspecjalizować.

Co w Pana życiu pojawiło się pierwsze? Muzyka, czy zamiłowanie do pisania?

-Rodzinna legenda głosi, że zacząłem nucić zanim nauczyłem się mówić... więc chyba muzyka. W liceum i na studiach zająłem się raczej pisaniem, ku radości znajomych, którym zależało na ciszy i spokoju. Teraz wszystko się wyrównało.

Jeśli o pisanie chodzi, zadebiutował Pan jakiś czas temu książką „Opowiadania, które napisałem“. Kto namówił Pana do napisania książki?

-Żona zasugerowała mi, by zapisać się na studia podyplomowe „Szkoła Mistrzów. Studia technik pisarskich i prezentacji tekstu literackiego“ – coś między kursem creative writingu, a nauką o nurtach w literaturze XIX, XX wieku i współczesnej. Udało mi się wygrać organizowany na koniec studiów konkurs, nagrodą w którym był właśnie debiut. Zgłosić można było krótką powieść, zbiór wierszy, dramat, lub opowiadania. „Opowiadania, które napisałem“ to zestaw tekstów, które powstały podczas studiów, wzbogacony o teksty starsze, które przerobiłem tak, by – mam nadzieję – nie odstawały poziomem od reszty.

Pisał Pan kiedyś do szuflady, a teraz pojawiła się ochota wydania tego w wersji książkowej, czy było inaczej?

-Pierwsze opowiadania zacząłem pisać w wieku 12 lat, więc przez lata trochę się tego nazbierało. Zawsze odkładałem próbę debiutu na później. Ochota była zawsze, brakowało jednak zdecydowania. Studia podyplomowe i związana z nimi szansa na publikację okazała się znakomitą motywacją!

Do jakich czytelników skierowany jest Pana debiut pisarski?

-Mam nadzieję, że zajrzą do książki ci, którzy widzą w opowiadaniach tryumf pomysłu – możliwość przekazania w zwięzły sposób emocji czy obrazów. Chcę pokazać, że krótka forma może zawierać w sobie kompletną fabułę, wyczuwalny nastrój, ciekawą pointę. Z założenia chcę trafić do czytelników, którzy lubią tekst klarowny, z humorem, dający jednak pole do własnych przemyśleń.

Jakie były pierwsze recenzje czytelników?

-Moi dziadkowie byli zachwyceni!

Czy w chwili obecnej organizuje Pan spotkania z czytelnikami?

-Jak najbardziej. Pierwszy wieczór autorski zorganizowano w marcu w Domu Literatury na Starym Mieście w Warszawie. Następny – połączony z koncertem mojego zespołu Królduch – odbędzie się 24 kwietnia w klubokawiarni Kicia Kocia. Będzie dyskusja, odczyty fragmentów książki, no i trochę (wspaniałej!) muzyki. Serdecznie zapraszam.

Myśli Pan już o kolejnej książce?

-Bardzo intensywnie! Słyszałem głosy, iż następnym krokiem powinna być dłuższa forma, na razie piszę jednak kolejne opowiadania. Chcę jeszcze trochę potrenować, zanim porwę się na wielotomową powieść o dziewczynie zakochanej w demonicznym jednorożcu.

Czy myślał Pan o tym, żeby spotkania z czytelnikami połączyć w jakimś stopniu z muzyką?

-Jak mówiłem, najbliższe spotkanie autorskie planuję połączyć z koncertem. Jeśli ta forma się sprawdzi, pomyślimy, co można z tym dalej zrobić. Myślę, że te formy przekazu – proza i muzyka – są kompatybilne i nawzajem się uzupełniają.

…Ponieważ jest Pan wokalistą świeżo powstałego zespołu – Królduch. Dla jakich odbiorców tworzycie muzykę?

-Królduch to energia, szybkie rytmy, dobra muzyka do zabawy… a przy tym często ironiczny, żartobliwy przekaz. Wymarzonym odbiorcą jest dla nas osoba, której podobają się oba te elementy. Ale tak naprawdę tworzymy dla wszystkich.

Wasza muzyka to rock and roll z domieszką punka I elementami psychodelii. Jak mieszanka stylów przyjmuje się wśród słuchaczy?

-Na razie reakcje są bardzo entuzjastyczne. Staramy się grać muzykę przystępną, ale odchodzącą od głównego nurtu „radiowego”. Zaostrzony rock and roll daje nam na to szansę, a psychodelia przychodzi bardzo naturalnie i pozwala dodać kompozycjom drugie dno. Warto wspomnieć, że istotne miejsce w aranżacjach zajmuje harmonijka ustna – instrument zwykle kojarzony z bluesem, w tym wypadku używany zgoła niebluesowo.

Jakie były pierwsze recenzje Waszej debiutanckiej płyty – “Dochodzę do siebie”?

-Moi dziadkowie byli zachwyceni nieco mniej, niż po lekturze książki…

Czy na sezon wiosenny zaplanowane macie koncerty?

-Po tym, jak zagramy na wieczorze autorskim, 12 maja wystąpimy w warszawskim klubie Fugazi. Później się zobaczy… jesteśmy otwarci na propozycje.

Albo premierę nowe materiału?

-Dopiero co umieściliśmy w sieci debiutancki krążek; chcemy najpierw pokazać materiał na żywo i zobaczyć, jaki będzie odzew. Co nie znaczy, że nie myślimy już nad nowymi numerami. Wszystko w swoim czasie.

Jeśli chodzi o wenę, przychodzi ona łatwiej w pisaniu piosenek, czy opowiadań?

-W „Szkole Mistrzów” usłyszałem od jednej z wykładowczyń, że „każdy pisarz jest solistą”. Coś w tym jest. Tworzenie piosenek to proces kilkuosobowy, zbiorowy wysiłek. Najbardziej lubię utwory, które wyrastają w sposób naturalny – na próbie. Zaczynamy grać pierwszą rzecz, jaka przyjdzie nam do głowy, melodia ewoluuje, zmienia się, rozwija. Jeśli jest „trafiona”, jeśli wzbudza konotacje, zaczynam od śpiewania w kółko pierwszych słów, które pojawią mi się w głowie. Na ich podstawie buduję dalszą fabułę.
Z opowiadaniami jest inaczej – wymagają skupienia, wsłuchania się w siebie. Ciężkiej pracy w całkowitej samotności. Cała odpowiedzialność jest na jednych ramionach, co daje sporo satysfakcji i pełną kontrolę, jest jednak trochę onieśmielające. Pomijam sytuacje, gdy pomysł na opowiadania przychodzi nagle, sam z siebie, w całkiem nieoczekiwanej sytuacji – na przykład podczas ustawiania talerzy, albo jazdy windą. To są wspaniałe chwile, stanowią jednak wyjątek, nie regułę.

Czym lubi się Pan inspirować?

-Inspiracją zawsze były dla mnie opowiadania Philipa Dicka, czy Ursuli K. Le Guin, proza Orsona Scotta Carda, Glena Cooka, Harry’ego Harrisona i braci Strugackich. Do moich ulubionych zespołów należą The Doors, Rolling Stones, Velvet Underground… a z rzeczy nowszych absolutnie uwielbiam i polecam wszystkim Th’ Legendary Shack Shakers. Są fantastyczni, a ich wokalista śmiga na harmonijce jak szatan.

Inspirujące są wszystkie sytuacje, które pozwalają odłączyć świadomość od podświadomości; skupić się na czym innym, gdy mózg generuje zaskakujące obrazy i ciekawe złożenia słów. Stanowią one świetną podstawę wierszy, opowiadań, piosenek i generalnie pojmowanych życiowych mądrości.

Jeśli chodzi o porę dnia, kiedy najczęściej Pan tworzy, pisze?

-Kiedy mogę… próby gramy zazwyczaj wieczorami, wtedy powstaje więc większość muzyki. Najbardziej twórczy czas na prozy przychodzi zazwyczaj między pierwszą a piątą po południu, albo po zmroku, kiedy przysypia Internet i łatwiej odciąć się od bombardujących zmysły bodźców.

Pytanie na koniec. Co jest dla Pana najważniejsze w życiu?

Jak mówi Conan z Cymerii, najważniejsze w życiu to: zmiażdżyć wrogów, pognać ich przed sobą i słuchać lamentu kobiet.
Jarek Westermark prywatnie / Fot. Fot. Zdjęcie nadesłane przez Jarka Westermarka
(Rozmawiała Mariola Morcinková)

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

Bardzo dobry, rzeczowy wywiad.
Pozdrawiam.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.