Facebook Google+ Twitter

Jazz w Paryżu: Umlaut, Nik Bärtsch i Perret and The Electric Epic

Ten weekend upłynął pod znakiem jazzowej eksploracji: w Umlaucie miał miejsce wyjątkowy polsko-francuski wieczór, mieszający eksperyment z tradycją, a w Parc de La Vilette - zaskakujący, ekstremalny miks zespołów Nika i Guillaume Perreta.

Umlaut to surowa przestrzeń gdzieś w zaułkach dystryktu osiemnastego, a więc rzut beretem od kipiącej życiem, fascynującej imigranckiej rzeczywistości, w której dowolny smartfon możesz kupić od miłego pana tuż po wyjściu z metra, a na ulicy kwitnie nielegalny handel owocami, jakich nazw i smaku nie potrafimy sobie nawet wyobrazić. W kamienicy z blaszanymi drzwiami nie widać żywego ducha - nikt nie otwiera, nikt nie wychodzi, więc narastający tłumek artystów i naukowców zaczyna kręcić papierosy, wyjmować butelki i wdawać się w rozmowy z nieznajomymi, aż w końcu malarz, właściciel przybytku składającego się z przestrzeni wystawowej. Dalej surowy, betonowy labirynt prowadzi do różnych dziwnych pomieszczeń, obowiązkowej palarni (we Francji wszyscy palą) i sali koncertowej, niewielkiego pokoju pełnego starych drewnianych krzeseł, z brązowym dywanem i kilkoma lampami dającymi ciepłe, przytłumione światło. Zaskakująco liczna, bardzo skupiona publiczność przywitała Olgę Kozieł, śpiewaczkę tradycyjną z Lublina, która opanowała repertuar z Lubelszczyzny, Ukrainy, Rosji i Kurpiów.

Olga zaprezentowała geograficznie i stylistycznie bardzo zróżnicowany repertuar, w którym można było usłyszeć pewnie charakterystyczne cechy dzielące lokalnych śpiewaków - pieśni z okolic Lublina są wyraźniejsze i bardziej stonowane od tych na przykład z Kurpiów, z resztą jak dowiedzieliśmy się we wstępie, kurpiowskie pieśni miały to do siebie, że przystosowywano je do wielkich przestrzeni i echa rezonującego z otaczającego lasu, stąd donośność muzyków. Najbardziej magiczna była jednak rosyjska piosenka opowiadająca o ptaku szukającym swojej drugiej połowy - utwór aż pulsował od ozdobników, ornamentów wokalnych, które idealnie obrazowały opowieść, towarzyszące jej trele. I nawet jeśli estetycznie różnice między utworami były dość wyraźne, to tematy wszystkich pieśni prezentowały się zaskakująco spójnie: mnóstwo nieszczęśliwych, wymuszonych małżeństw, trochę obrzędów, zakazane miłości nastolatków, wreszcie kobiece rozpaczania nad losem. Wokalistka przez kilkadziesiąt minut podróżowała z nami po różnych regionach, pokazując właściwości okolicznej muzyki i opowiadając historie za nimi ukryte - a francuska publiczność, pomimo braku znajomości tajników lokalnej polszczyzny i innych języków, wyraźnie świetnie się bawiła ich słuchając.

Drugą część wieczora wypełnił medytacyjny sekstet klarnecistów - niewiarygodne, jak ten instrument zredukowany do dźwiękowego minimum potrafi przeniknąć zmysły i ciało, dając się odczuwać niemalże fizycznie. Trudno ten koncert opisać inaczej, niż jako eksplorację estetycznych horyzontów, wykraczających poza tradycyjne rozumienie tego, czym jest muzyka. Rozpoczynające się od najcichszych dmuchnięć przedstawienie opierało się bardzo prostej kombinacji bardzo długich, cichych dźwięków, z rzadka urozmaicanych czymś w rodzaju echa melodii, szczątkowych i ulotnych. Koncert był czymś w rodzaju 20-minutowej mantry, podczas której publiczność leżała lub siedziała z zamkniętymi oczami, oddając się kompletnie tej muzycznej modlitwie. Oczyszczające i wyciszające doświadczenie.



Tymczasem dzień później zajrzałam na koncert w ramach Jazz a la Villette, festiwalu, który ma w tytule "Jazz nie jest martwy, tylko śmiesznie pachnie" - "smells funny". Ryzykowne i prowokacyjne stwierdzenie, być może jednak jest to dobry początek rozmowy o tym, jaką rolę spełnia nowoczesny jazz, w jakich kierunkach ewoluuje, będąc gatunkiem o skomplikowanym społecznym rodowodzie, z rewolucyjną historią i snobistyczną etykietą. Świetnym polem do eksploracji było przedstawienie Nika Bartscha, szwajcarskiego pianisty, z jego projektem Ronin, w którym wraz z basistą i perkusistą eksperymentują gdzieś na granicy jazzu i funku. Godzinny koncert składał się bodajże z czterech kompozycji wypełnionych improwizacjami: na ogólnym, ustalonym szkicu odbywała się bezustanna rozmowa pomiędzy promieniującymi radością muzykami, którzy komunikowali zmiany i kolejne ruchy, a to mimiką, a to pokrzykiwaniem Nika, ewidentnego dyrygenta tej orkiestry. Charakterystyczną cechą utworów projektu Ronin jest ich transowa prostota i powtarzalność motywów - basista powtarza te same elementy, na których dodatkowo piętrzy się minimalistyczne pianino, przypominające nieco warsztat i styl Philipa Glassa. Tu jednak znacznie częściej dochodzi do bombastycznych, energetycznych kumulacji, łatwo zapadających w pamięć melodii, wreszcie funkowych basów skontrastowanych z klasycznie brzmiącymi pasażami na pianinie. Mniej więcej w tym duchu przebiegał ich sobotni występ - spójność naszpikowana zwrotami akcji.

Ewidentnie jednak gwiazdą wieczoru był Guillaume Perret z jego Electric Epic - absolutnie zaskakujące podejście do jazzu. Po pierwsze, ilość nawiązań i zapożyczeń, na których opiera się ten niesamowity jazzowy koncept, jest nieskończona - można dosłuchać się u nich ech reggae, w stylu gry i rytmice, saksofon ucieka się tradycyjnych, dalekowschodnich, tęsknych melodii czy może klezmerskich brzmień, mnóstwo jest też estetyki progresywnego rocka, którą traktują nas basista i gitarzysta przede wszystkim. Dzięki temu między utworami pojawiają się istotne różnice, co jednak nie narusza spójności całego konceptu. Najbardziej istotne jest w tych koncertach zadanie Perreta, saksofonisty, który podpiął swój instrument do dziesiątków efektów, dzięki czemu jego brzmienie jest często kompletnie nierozpoznawalne, przywodzące na myśl a to syntezatory, a to smyczki, a to gitarę elektryczną. A to wszystko skąpane jest w jazzowym duchu wolności. Publiczność reagowała na te niezwykłe kompozycje z niesamowitą energią - przeciętną wieku trudno stwierdzić, ale widok tańczących matek i babć obok hipstersko ubranych, wytatuowanych chłopców kiwających się do muzyki świadczył o tym, że eksperyment działa. Dwa bisy to także dobry znak ogromnej popularności Guillaume Perreta i jego zespołu we Francji. Fantastyczny, trwający ponad godzinę show, który pokazał nową twarz eksperymentalnego jazzu, radykalnie zapominającego o wszelkich granicach. I to chyba właśnie mieli na myśli autorzy dziwnego plakatu festiwalu - śmiesznie pachnie, i to nie dlatego, że coraz bliżej jest kompletnej deterioracji, ale raczej znaczącej transformacji, dzięki której publiczność płacąca za jazz jest zróżnicowana i kolorowa.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.