Facebook Google+ Twitter

Jeden bez jaj, drugi bez ojczyzny

  • Źródło: Nasze Miasto
  • Data dodania: 2006-10-21 11:14

Rozmowa z Jasonem Goodwinem, autorem bestselleru "Drzewo janczarów"

Jak czuje się pan w Polsce?
– Teraz? Jestem szczęśliwy, że tu jestem. Pierwszy raz przyjechałem do Gdańska, kiedy byłem naprawdę młody, na początku kariery, i na horyzoncie widziałem Stambuł. Tak, jakbym pierwszy raz popatrzył z wieży bazyliki Mariackiej na moje przeznaczenie. Tak przynajmniej mi się wydawało. Poza tym przyjechałem tu z moją dziewczyną, Kate, i tak się rozpoczęło moje dorosłe
życie.

To ta, która później urodziła panu czwórkę dzieci i której dedykował pan "Drzewo janczarów"?
– To właśnie ta.

Rzeczywiście, przeznaczenie. Skoro jesteśmy pierwszy raz w Gdańsku, nie mogę nie spytać o tę szaloną podróż z Gdańska do Stambułu.
– Tak naprawdę zainteresowała mnie Polska, zanim tu przyjechałem. Pierwszy mój przyjazd miał miejsce jeszcze w 1984 roku, wtedy pojechałem do Krakowa. A moja pierwsza robota dziennikarska, za którą zresztą dostałem nagrodę, była przeprowadzeniem rozmowy z rządem polskim na uchodźstwie. I kiedy pojawiła się możliwość zobaczenia Europy, która wkrótce miała stać się po prostu Europą, zdecydowaliśmy się przyjechać by przed przejściem przejść i wchłonąć ją, że tak powiem, od stóp.

Ależ to można zedrzeć nogi do kolan!
– Wszyscy nam to mówili: "nogi będą boleć", ale my byliśmy młodzi. Wyruszyliśmy z Gdyni z bardzo ciężkimi plecakami, ale już w Malborku były one o połowę lżejsze. Niemniej, było to doświadczenie wręcz niesamowite, bo na polskiej wsi nie zmieniło się nic od wielu lat, poznaliśmy tradycyjną wieś, niewiarygodnie gościnną niezależnie, dokąd poszliśmy.

Szliście może rubieżami wschodnimi?
– Raczej środkiem Polski, z biegiem Wisły, jak najkrótszą trasą. Gdańsk, Toruń, Częstochowa, Kraków.

A, pewnie was traktowano jak pielgrzymów do Częstochowy...
– Tak, choć jestem protestantem.

Specjalnie chyba się pan tym nie chwalił. A Czarnej Madonny z Częstochowy nie bał się pan?
– Nie nie, nie chwaliliśmy się, ale chcieliśmy zobaczyć Czarną Madonnę. Nasza wędrówka miała coś w sobie z pielgrzymki, niekoniecznie w sensie religijnym. Ale gdy się przechodzi jakiś kraj pieszo, jest w tym rodzaj pokory poznawczej. Dotarliśmy tam we dwoje, choć wyruszyliśmy z Gdańska we trójkę. Był z nami jeszcze przyjaciel, ale trójka, okazało się, to zły pomysł na wędrówkę.

Zwłaszcza gdy jest tylko jedna dziewczyna... Dlaczego wyruszyliście z Gdańska, a nie np. ze Szczecina czy Kaliningradu?
– Po pierwsze: Gdańsk był słynny w owym czasie – był rok 1990. Tu się wszystko zaczęło, stąd ruszyły zmiany. A poza tym było wygodnie: statek startował na Tamizie i zawijał wprost do Gdańska. No i jeśli się projektuje taką romantyczną wyprawę (pieszo z Gdańska do Stambułu), raczej przypłynie się statkiem niż prymitywnie – doleci samolotem do punktu wyruszenia.

Czyli szliście właściwie szlakiem bursztynowym.
– Tak, to było tak. Ale bursztynu w plecakach nie dźwigaliśmy. To mogło być niebezpieczne. Na przykład w takim dziwnym kraju, jak Rumunia. Nie można tam było kupić mapy kraju. Był tylko zarys granic, a w środku nic. Obojętnie w jakiej skali: w środku jedna biała plama.

No cóż, widocznie były w sprzedaży tylko mapy dla wroga.
– Cha, cha, cha. Cała ta podróż nie była przez nas przemyślana. Szliśmy bursztynowym szlakiem raczej instynktownie, najkrótszą i najłatwiejszą trasą. Myśli pan, że Turcy docierali do Gdańska?

Na pewno. Gdańsk był miastem wielonarodowym, do dziś mamy tego resztki. Tyle, że my specjalnie Turków nie kochaliśmy. Daliśmy im nawet łupnia pod Wiedniem, trochę Kaszubów pod Sobieskim tam było. Jego pomnik zdobi plac przed naszą redakcją...
– Myślę, że to taki stosunek miłości–nienawiści.

I szacunku, bo jak się od kogoś dostanie w kość, to się go szanuje. A poza tym my, Polacy, nie kochamy sąsiadów. Nam by najlepiej było na wyspie, jak wam.
– Chyba pan przesadza...

Więc kończmy ten wasz przemarsz przez Europę. Religijnie to byłoby od Bazyliki Mariackiej do Hagia Sofia w Stambule. A kulturowo?
– Od chrześcijaństwa do islamu. Rzeczywiście, szliśmy przez kultury, które na siebie się nakładały, a czasem zwalczały.

Po szesnastu latach od tamtej wędrówki czuje się pan już ekspertem w sprawach osmańskich?
– Owszem. Choć nie jestem pracownikiem naukowym. Gdybym był, trudno byłoby mi napisać taki uczony kryminał. Zresztą, przesadzony w niektórych momentach.

Jasne, pracownikowi naukowemu nie wypadałoby... Może jeszcze tomik wierszy, ale kryminał?
– Czemu? A taki Umberto Eco... filolog z wykształcenia.

Mam wrażenie, że pańska książka ma większe ambicje niż tłuc kasę. Odczytuję trochę wstydliwie schowaną misję: tłumaczenia nam tamtej kultury, kompletnie obcej.
– Naprawdę?

Tym bardziej, że mamy kłopoty z islamem. My, Europejczycy. Każdy sposób przybliżenia tej kultury wydaje się godny poparcia.
– Tłumaczenie to jedna sprawa. Chodziło mi jednak i o to, żeby pokazać, iż między naszymi kulturami od wieków były silne interakcje, a to, co wydaje się egzotyczne, jest w gruncie rzeczy normalne. Historia Turcji nie jest jakaś osobna, to przecież historia Europy. Nie muszę wymyślać żadnego morału czy przesłania. A swoją drogą nie mam nic przeciwko temu, żeby książka przyniosła mi kasę.

Turcja obecnie stara się wejść do Unii Europejskiej. Jest pan tedy kimś w rodzaju agenta wpływu...
– Jeśli to nie jest obraźliwe, co pan mówi. Uważam, że Turcja powinna być w Europie, która nie może być klubem niemiecko–francuskim. Tak sobie myślę, że bezpieczniej jest dla UE i dla Polski w niej: być trochę płytszą, ale szerszą.

W powieści występuje pomocnik głównego detektywa, Polak Palewski, ambasador nieistniejącego kraju. Jak dr Watson, pomocnik Sherlocka Holmesa. To z sympatii dla Polski?
– Nie zgadzam się na dr Watsona, który był po prostu głupi. Palewski jest mądrzejszy, jak Marlowe z powieści Chandlera. I gra na skrzypcach, jak sam Holmes. A podoba się panu postać Palewskiego?

Owszem, czemu nie.
– A nie uważa pan, że za wiele pociąga? Islamski kraj, a on zawsze ma przy sobie jakąś butelczynę lub dwie.

No cóż, taka jest prawda. Piliśmy i pijemy za dużo. Na szczęście Rosjanie piją więcej.
– Dlaczego?

A bo ja wiem? Piją więcej i tyle. Choć to marna pociecha. Detektyw Jeszim jest kastratem. Nie pamiętam: całkowitym, tzn. zmuszonym nosić w turbanie srebrną rurkę dla oddania moczu?
– Nie niecałkowitym. Dlatego nie może pilnować haremu. Może to i dobrze, bo świetnie spełnia się w innym zajęciu. Nie uważa pan, że dobrałem ich z humorem? Jeden bez jaj, drugi bez ojczyzny, razem tworzą świetny duet. Cha, cha, cha.

Następna książka jest już na ukończeniu. Będzie to coś zupełnie nowego, kontynuacja?
– Kontynuacja. Dzieje się dwa lata później, rzecz jasna w Stambule. Pojawią się Jeszim i Palewski. Ta druga powieść nakierowana jest bardziej na bizantyjskość kultury tureckiej. I greckość. Na wydobycie tradycji, która spiera się, walczy ze współczesnością. Walczyć będą dwa miasta, jedno zbudowane na drugim.

Życzę zatem, by i druga książka osiągnęła taki sukces, jak "Drzewo janczarów" dostępne już w trzydziestu językach.
– Dziękuję, wszystkiego dobrego również wam.

[Rozmowa z udziałem Małgorzaty Grabarczyk]
Tadeusz Skutnik

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.