Facebook Google+ Twitter

Jeden ratował dzieci przed rekinem, drugi wrócił w śpiączce

Wypoczynek to żywotna potrzeba i konieczność pozbycia się zmęczenia w pracy każdego człowieka. Jedni więc wypoczywają w domu na kanapie, inni w ogródku lub na siłowni, a jeszcze inni jadą jak najdalej od domu, np. do Australii czy Egiptu.

 / Fot. Marc Ryckaert (MJJR)/CC 3.0Lepiej pływać w oceanie u brzegów Australii, albo w wodach morskich Egiptu, niż nudzić się na swoich starych śmieciach, na wersalce czy w ogródku, obok niezbyt lubianego sąsiada. Najwyraźniej tak też pomyśleli – Polak i Brytyjczyk. Pewien Brytyjczyk niedługo myślał, nim zdecydował: jedziemy z żoną na urlop do Australii. Wzięli manatki i pojechali. Paul Marshallsea, kąpiąc się pewnego dnia rozkosznie w ciepłym, słonecznym, szumiącym bajecznie oceanie, miał niezwykłą okazję ratować dzieci przed rekinem. Udało się, uratował.

Dzieci wydarte ostatkiem sił sprzed szczęk rekinów, odstawił na brzeg, strzepnął się z wody, po czym ciężko, ale szczęśliwie westchnął. Dosłownie w chwilę potem stał się bohaterem. Bohaterem zdjęć telewizyjnych i notatek australijskich gazet i portali internetowych. W globalnym świecie rychło informacja obiegła planetę. Bohater z Australii, rodem z Wielkiej Brytanii, nagle otrzymuje wieść o stracie, ściślej wyrzuceniu z pracy. Jak się okazało - wypoczywał w Australii w trakcie zwolnienia lekarskiego.

Historię Walijczyka (Paula Marshallsea) opisał brytyjski dziennik "Daily Mail". Było o czym pisać, wszak dzielny 62-letni mężczyzna, w chwili gdy do grupy dzieci podpływał rekin, bez wahania wskoczył do wody - "chwycił za ogon rekina" i odciągnął go dalej od brzegu. Te dramatyczne sceny sfilmowała ekipa telewizji australijskiej, która akurat była obecna na plaży. I nagranie telewizyjne obiegło świat.

Paul stał się bohaterem również w swoim walijskim mieście Merthyr Tydfil, gdzie razem z żoną pracowali w organizacji charytatywnej, niosąc pomoc dzieciom. Pracodawca po ich powrocie stwierdził, że małżeństwo Marshallsea nadużyło jego zaufania, gdyż udali się na wypoczynek do Australii w czasie dwumiesięcznego zwolnienia lekarskiego. Oboje też wylecieli z pracy. Paul – w rozmowie z gazetą – nie wie jeszcze co teraz będzie robił. Jak uważa - w mieście Merthyr Tydfil, raczej nie znajdzie się praca dla takiego kogoś, kto potrafi walczyć nawet z rekinem.

Małżeństwo Sobczaków z Kalisza – w ramach wakacji rodzinnych - wyjechało na urlop do kurortu Szarm el Szejk w Egipcie. Wkrótce po przyjeździe wakacje stały się ich koszmarem. W kilka dni po zawitaniu do kurortu, Robert Sobczak dostał wylewu i znalazł się w szpitalu. No i tragedia gotowa. Życie pana Roberta poważnie zagrożone a tu nie ma pieniędzy na leczenie. W cenie wycieczki, ubezpieczenie "pokryło jedynie koszt operacji". Za każdy dzień w szpitalu należało płacić z własnej kieszeni. Urosła suma niebotyczna. Teraz rodzina zbiera pieniądze, aby spłacić dług.

Robert Sobczak, 43-letni nauczyciel WF-u w szkole podstawowej, nigdy – jak twierdzi jego matka - nie miał kłopotów ze zdrowiem. Aż tu nagle, po przylocie do Egiptu, zaczęła go wściekle boleć głowa. Bolała z każdym dniem coraz bardziej. Stan zdrowia zaczynał się dramatycznie pogarszać. Ale, kiedy pan Robert zaczął powoli mówić i zdrętwiała mu prawa ręka, pojechał z żoną Kamilą do szpitala. Po badaniu okazało się, że ma wylew krwi do mózgu, choć był jeszcze przytomny. "Gdy zapadł w śpiączkę, lekarze podjęli decyzję o operacji".

Ubezpieczenie na 15 tys. euro nie wystarczyło. Trzeba było natychmiast szukać pieniędzy i pokryć wszystkie opłaty szpitalne. Należało też zdobyć konieczne środki własne na powrót Roberta w specjalnej karetce powietrznej do domu. W tydzień po operacji Robert Sobczak w śpiączce został przewieziony do domu w Kaliszu. Koszty transportu i pobytu w egipskim szpitalu wyniosły 150 tys. złotych.

Morału, ani wniosków czy uogólnienia w tej drugiej sprawie, nie ma i nie będzie. Nie wypada. Bez wątpienia wypoczynek w kraju byłby tańszy. Ale trudno wyrokować, czy klimat egipski w lutym 2013 roku, mógł wpłynąć negatywnie na zdrowie człowieka w średnim wieku, dobrze zaprawionego w ruchu i zapewne wysportowanego. Natomiast w przypadku pierwszej sprawy: lepiej nie kombinować w kryzysie, jak się ma pracę i lekarskie zwolnienie na poratowanie zdrowia, bo można – jak łapanie dwóch srok za ogon - złapać inne zwolnienie i nieoczekiwanie wyfrunąć przez pierwsze, z pracy.

Stanisław Cybruch

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.