Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

25855 miejsce

Jednomandatowość wyborcza – różnorodność polityczna

W niniejszym artykule nie będę zajmował się niuansami działania JOW-ów; postaram się pokazać jedynie logikę mechanizmów w nich zachodzących.

W kryteriach ich porównania z systemem proporcjonalnym ograniczę się do stopnia zagrożenia podziałem sceny politycznej na dwa kierowane wodzowsko obozy.

Krytyka
JOW-om zarzuca się gównie że:
1. Dzielą scenę polityczną między dwie największe partie.
2. Wykluczają z udziału w wyborach dużą część społeczeństwa, zamieszkującą okręgi, w których tradycyjnie wygrywa kandydat z jednego obozu politycznego – i to niezależnie od tego, czy odrzucają ten obóz czy popierają (po co iść na wybory, gdy wiesz, że twój kandydat i tak wygra).
3. Pozwalają zagarnąć całą scenę polityczną partii, która zdobędzie tylko 50%+ głosów.

Podział sceny politycznej
W systemie jednomandatowym, gdzie nie liczą się połowiczne zwycięstwa, rozsądnym jest łączenie się w coraz większe twory bliskich sobie ideologicznie ugrupowań (i nierozsądne w dużo większe niż połowa sceny politycznej), co faktycznie prowadzi do powstania dwóch ideologicznych bloków, Ani jednak nie prowadzi to do powstania dwóch „partii” (w naszym rozumieniu tego słowa), bo bloki te nie są partiami, ani nie dzieli między owe bloki sceny politycznej.

Ponieważ w systemie jednomandatowym miernego kandydata może zastąpić każdy lepszy od niego (inteligentniejszy, uczciwszy, pracowitszy) pretendent o zbliżonych poglądach ideologicznych, władze partyjne nie mają swobody wystawiania kandydatów niezależnie od ich umiejętności. Fakt, że rzadko taki pretendent się znajduje, świadczy tylko o tym, jak silną presję wywiera na partie możliwość takiego zajścia, i jak duże są podejmowane przez nie kroki zapobiegawcze w postaci silniejszej selekcji kandydatów lub zastępowania ich takimi pretendentami. Stąd w świecie anglosaskim funkcjonuje idea prawyborów, do których może stanąć każdy, również spoza danej partii, i w których większości czynne prawo wyborcze również nie ogranicza się do członków danej partii. Dlatego anglosaskie partie nie są partiami w naszym rozumieniu lecz bardziej ideowymi blokami, spajanymi przez poglądy a nie władze partyjne i liderów.

Co jednak ważniejsze, o dwóch takich blokach ideologicznych funkcjonujących w systemach jednomandatowych trudno powiedzieć, jakoby zagarniały dla siebie całą scenę polityczną. Bowiem to nie fakt braku na scenie politycznej obok takich dwóch ugrupowań mniejszych ugrupowań świadczyłby o owej sceny podziale, lecz brak na niej opcji ideologicznych innych niż wyrażane przez te dwa ugrupowania. Tymczasem w systemie jednomandatowym zdominowanym przez dwa ugrupowania łatwiej jest wdrożyć w życie swoje idee zarówno pomiędzypartyjnemu centrum jak i opcjom skrajnym, a nawet stanowiskom wykraczającym poza dotychczasowe podziały polityczne (np. nie mieszczącym się na osi prawica-lewica, czy w żadnym z wymiarów liberalizm-socjalizm, konserwatyzm-progresywizm). Bowiem wobec bezkompromisowej rywalizacji między dwoma ugrupowaniami krytyczne dla nich staje się takie ulokowanie w swojej części sceny politycznej, by to co stracą na skraju zyskać w centrum i odwrotnie, a także by nie przegapić żadnej wykraczającej poza bieżące podziały idei, której zwolenników można wchłonąć bez jakiejkolwiek straty w ramach dotychczasowej architektury politycznej.

Dużo się mówi o tym, jak JOW-y odbierają reprezentację pewnym segmentom społeczeństwa, zapominając o tym, że to liderom i członkom małych partii a nie wyznawcom niszowych poglądów zależy na obecności reprezentantów tych poglądów w parlamencie. Ich wyznawcom zależy natomiast na realizacji ich postulatów a nie oglądaniu swoich reprezentantów na mównicy sejmowej. Wiele z tych niszowych poglądów znajduje zresztą swoje wysoko nadreprezentatywne przedstawicielstwo poza mównicą sejmową – chociażby nachalnie popularyzowany w mediach feminizm, którego postulaty prokobiece znajdują respekt w każdej partii, a którego partia, Partia Kobiet, uzyskała w wyborach 0,15% głosów.

Wykluczenie
Oskarżenie systemu okręgów jednomandatowych o przyznanie władzy nad wynikami wyborów wycinkowi wyborców głosujących w okręgach nieprzekonanych do jednej z partii, jest stwierdzeniem prawdziwym, ale zarzutem nietrafnym.

W systemie jednomandatowym przeważająca część rywalizacji wyborczej faktycznei decyduje się w nielicznych niezdecydowanych okręgach (np. swinging states), ale dzieje się tak tylko dlatego, że te właśnie okręgi charakteryzują się typową dla kraju strukturą preferencji politycznych i tarć między nimi. Gdyby tak nie było, scena polityczna przesunęłaby się w takim kierunku (lewym, prawym; liberalnym, socjalnym), by swingujące okręgi wypadały właśnie w tych miejscach, które oddają strukturę preferencji narodu.

Co więcej, przesadne znaczenie tych swingujących stanów zachęca obie strony sceny politycznej do wciągania najsłabszych bastionów konkurenta na listę owych niezdecydowanych. W ten sposób w centrum partie zaczynają zachodzić na siebie, znajdzie się np. demokratów ze stanów republikańskich, którzy są bardziej republikańscy niż niektórzy republikanie ze stanów demokratycznych. Dzięki temu każdy wyborca znajdzie nie tylko w parlamencie lecz również w partii rządzącej kogoś o mniej lub bardziej zbliżonych do niego poglądach, bardziej, gdy wygra preferowana przez niego partia, mniej, gdy jej konkurenci. Jeżeli u władzy znajdą się demokraci, republikanin znajdzie w osobie jakiegoś demokraty z Karoliny Południowej swojego przedstawiciela nie tylko w parlamencie lecz również u władzy; gdy republikanie, demokrata znajdzie w partii rządzącej swojego republikanina z Pensylwanii (DINO i RINO).

Rzekomo pozbawieni wpływu wyborczego obywatele zdominowanych przez którąś partię okręgów wyborczych jakimś cudem nie przeprowadzają się do innych okręgów; lamenty nad ich losem są więc raczej lamentami polityków nad losem własnym.

Pełnia władzy
Wreszcie utyskiwania na groźbę przejęcia całej władzy przez większość 50%+, choć szansa podobnego rezultatu jest w systemie jednomandatowym czysto teoretyczna, za to w systemie proporcjonalnym nie tylko jest większa lecz nawet czasem się zdarza, stanowi zwykłą hipokryzję. Czym innym są władze UE, te realne, nie europarlament, skoro decydują w nich przedstawiciele krajów UE w każdym wypadku oddelegowani w 100% przez obóz rządzący i w 0% przez opozycję? W Polsce wygra PiS a nie PO, w Niemczech CDU a nie SPD, w UK torysi a nie laburzyści, zatem w skład Rady Unii Europejskiej wchodzić będą jedynie przedstawiciele wyborców PiS, CDU i torysów; w okręgu Gorzowskim wygra Kowalski z Nowakiem, w Kaliskim Maliniak z Iksińskim, w parlamencie będą zatem zasiadać tylko przedstawiciele wyborców Kowalskiego i Maliniaka (tj. Kowalski i Maliniak).

Podobnie w wypadku wyboru prezydenta, swojego prezydenta ma tylko połowa Polaków (czy Czechów, Francuzów itd.), która zagłosowała na zwycięskiego kandydata. I jakoś nikt nigdy nie robił z tego afery. A raczej robił aferę z czegoś przeciwnego, z nie posiadania w urzędującym prezydencie „swojego prezydenta” jako wyrazu „obstrukcji państwa” itp.

Uwagi końcowe
Powyższe zarzuty można sprowadzić do ogólniejszego: JOW-y są korzystne dla dwóch największych partii i ich wodzów. Betonują scenę polityczną usuwając dwóm największym podmiotom konkurencję, zarówno tę po bokach jak i tę ze skraju, a nawet dzieląc między nie centrum. W większości okręgów mateczników którejś z partii pozwalają wygrywać byle komu z tej partii, kogo może mianować lider partyjny jeszcze bardziej kierując się widzimisię niż ma to miejsce w naszych warunkach...

Jednak skoro w każdym kraju istnieją dwie najsilniejsze partie polityczne, które razem posiadają nie tylko większość ale nawet większość konstytucyjną, i skoro te partie umacniają się w systemie jednomandatowym, to gdyby system jednomandatowy był dla nich korzystny, droga między systemami proporcjonalnym a jednomandatowym byłaby jednokierunkowa. Systemy mogłyby być zmieniane z proporcjonalnych na jednomandatowe, w interesie wielkich partii ale już nie mogłyby być zmieniane z jednomandatowych na proporcjonalne, przeciw interesowi jeszcze większych partii. Nie miałby kto tych systemów zmienić. Fakt, że systemy proporcjonalne w ogóle występują, pokazuje, że liderom i bosom wielkich partii czasem opłaca się zastąpić dwa duże obozy ideologiczne, dwiema nadal dużymi partiami sensu stricto, nad którymi będą sprawowali nieograniczoną władzę, a których członkowie będą zależnymi od nich miernotami.

Niech rękojmią jednomandatowych okręgów wyborczych będzie to, jak trudno jest w ich ramach faworyzować grupę społeczną, do której uprzywilejowywania wszyscy się palą, np. kobiety. Wszelkie kompromisy między konstruktywnymi a fanaberyjnymi kryteriami rozstrzygania wyborów są przez JOW-y natychmiast rozliczane. W systemie jednomandatowym nie da się do sejmu wepchnąć ludzi tylko po to, żeby było kolorowo, „ciekawie” i różnorodnie.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.