Facebook Google+ Twitter

Jedyny taki Robin Hood

Najnowszy film Ridleya Scotta na długo przed premierą został przez wielu krytyków okrzyknięty dziełem nietuzinkowym. Obraz ściąga do kin tłumy. Geniusz, czy przykład owczego pędu?

 / Fot. materiały promocyjne12 maja na festiwalu w Cannes debiutował najnowszy film Ridleya Scotta zatytułowany "Robin Hood". Przedpremierowy pokaz w warszawskich Złotych Tarasach, który odbył się dzień po canneńskiej premierze, przyciągnął tłumy, sala była praktycznie w całości wypełniona. Po projekcji dało się słyszeć rozentuzjazmowane opinie widzów. Takie same opinie zamieszczali krytycy filmowi w licznych gazetach. Czy naprawdę najnowszy "Robin..." jest tak dobrym dziełem? Czy może ma tylko dobrych speców od reklamy?

By odpowiedzieć na to pytanie, musiumy postawić jasno kilka spraw. Pierwszym, najważniejszym szczegółem, na który trzeba zwrócić uwagę, jest fakt, że banita w wersji Scotta nie ma nic wspólnego z wcześniejszymi produkcjami traktującymi o tym XII-wiecznym, jednoosobowym ośrodku pomocy społecznej. Autorzy filmu skorzystali z będącej ostatnio na fali tendencji do tworzenia prequeli, tj. historii opowiadających to, co działo się "przed". I tak, najnowszy "Robin..." opowiada o tym, jak Hood stał się ukrywającym się w lasach wojownikiem o dobro prostej ludności. Pokazuje również dlaczego nim został i kim był przedtem. Ciekawe, prawda?

Scottowski Robin jest łucznikiem w armii króla Ryszarda Lwie Serce. Armia jest oczywiście poza granicami Anglii, walcząc o chwałę królestwa, w imię Boga. Hood szybko popada w niełaskę króla, który niebawem ginie. W czasie różnych fabularnych zawirowań postać grana przez Russella Crowe staje się sir Robertem Loxleyem i trafia do Anglii. W królestwie władzę przejmuje Jan, syn Ryszarda. Gdzieś na uboczu Francuzi knują spisek. Więcej nie mam serca wam zdradzać, ponieważ fabuła jest naprawdę mocną stroną tego filmu i warto poznać ją osobiście.

Jeśli chodzi o kreację postaci nie jest ona zbyt przekonująca. Niestety wszystkie występujące tu charaktery można podzielić na dwa zbiory: tych dobrych i tych złych. Zero niejednoznaczności, czarno-białość. Jednak wchodząc w szczegóły, warto przyjrzeć się królowi Janowi, którego gra Oscar Isaac. Ten władca, jest w historiografii znany jako Jan bez Ziemi i jest jednym z najgorzej ocenianych władców wyspiarskiego państwa. I to naprawdę widać w tym filmie! Podobnie jak od mieszkającego w Nottingham zakonnika wieje jednoznaczną dobrocią. Cóż, taki los dzieł popkultury, które mają podbić, tudzież zarobić, miliony.

Bardzo dobrze zrealizowano tutaj sceny batalistyczne. Oglądając je, klimat brutalnego średniowiecza otacza nas, jest tak gęsty, że aż można go kroić. Naprawdę, kawał świetnej roboty! Naturalnie musimy wziąć poprawkę na fakt, że to tylko popularny film, więc w tych mrocznych czasach musiało znaleźć się miejsce dla patosu, bohaterskiej, i oczywiście o włos wygranej, walki w finale. Przejścia "tych złych" na dobrą stronę również nie mogło zabraknąć, ale czym byłby film bez pokazania dobrej strony z pozoru niewrażliwych ludzi? W "Robinie..." jest też coś dla przestawicielek tej ładniejszej płci. Zgodnie ze starą zasadą głoszącą, że każdy film winien mieć wątek miłosny, Scott ukazuje nam długą drogę Hooda/Loxleya do serca niechętnej mu (a jakże!) kobiety.

Czy warto wydać pieniądze na bilet do kina? Film z pewnością ma miejscami naiwną i przewidywalną, wypełnioną patosem fabułę. Czarno-białe postacie i oczywiste zakończenie. Jednak broni się świetnie zrealizowanymi scenami walk, bardzo dobrą grą aktorską i nieszablonowym podejściem do tematu. Wreszcie, oglądając go, nie mamy czasu na rozmyślania o jego wadach, ponieważ obraz wciąga widza z niesamowitą mocą. Zdecydowanie warto wybrać się na seans!

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.