Jerzy Jeszke to aktor musicalowy, który obecnie występuje w spektaklu Romana Polańskiego "Taniec Wampirów", wcielając się w rolę Chagala.
Jak wyglądały Twoje pierwsze kroki w teatrze?
- Jeszcze po 4 roku, po ukończeniu "Studia", wolno było mieć przez jeden rok lekcje śpiewu solowego, więc skwapliwie przychodziłem do mojego profesora Józefa Muszyńskiego. Pierwsze kroki stawiałem w chórze. Chórmistrzem był wtedy świetny dyrygent Stanisław Królikowski. Po pewnym czasie udało mi się otrzymać etat solisty. Pierwsze swe role śpiewałem w Teatrze Muzycznym w Gdyni–grałem Jontka w „Krakowiakach i Góralach”, Fryderyka w „Piratach” Sullivana, występowałem także w „Uciechach staropolskich”. Przeżyciem był dla mnie udział w „Mohagony” Brechta oraz w "Kolędzie-Nocce" w roku 1980, kiedy po spektaklu aktorzy i pracownicy teatru w tych szczególnych chwilach polskiej historii dzielili się opłatkiem w kantynie (bufecie), a podczas „Kolędy-Nocki” -z widownią. To wspomnienie zostało we mnie do do dziś. Teatr był wtedy szczególnie rodzinny.
Atmosfera stworzona przez Danutę Baduszkową–atmosferą prawdziwego teatru. Najświętszą rolę grała atmosfera rodzinna-wspólnej pracy, wspólnego tworzenia. A subiektywne pragmatyczne interesy jednostek odsuwane były na drugi plan. Ideą naczelną była radość tworzenia nowych form teatru w Polsce. Było to bardzo trudne w tamtych czasach. Gdyby nie osobowość pani Baduszkowej, jej możliwości i szeroki światopogląd od Moskwy po Leningrad, od Nowego Yorku (Broadway) po Londyn, to nie byłoby w Polsce pojęcia „teatru muzycznego”!
Zatem czujesz się kontynuatorem tej filozofii?
- Oczywiście! Jestem żywym przykładem tego powołania, które zaszczepiła we mnie i moich kolegach pani Baduszkowa oraz ludzie, którzy z nią współpracowali w okresie, gdy byłem w „Studio”. Pani Baduszkowa mawiała: „Teatr jest jak narkotyk, bardzo silny narkotyk. Jeżeli teatr się kocha, wtedy jest w nim dobrze. Ale jeżeli ma się do teatru stosunek obojętny, to nie ma w nim czego szukać”.
Na czym polegał fenomen teatru Baduszkowej? Połączenie operetki z musicalem?
- Teatr pani Baduszkowej od początku był bardzo kontrowersyjny. Przede wszystkim nie należy wstydzić się operetki. Nie śmiejmy się z operetek. One są dokumentem obyczajów, znaczeń i „snobizmów” swojej epoki. Gdyński teatr nie odszedł całkowicie od formy czystej operetki. Warunki, w których przyszło pracować pani Baduszkowej, skłoniły ją do oszczędzania klasycznej operetki, której nie służyła mała wtedy scena i brak zaplecza - bazy aktorskiej. Dlatego stworzyła „Studio”. Kształciła młodych artystów, którzy spełniali wszystkie wymagania teatru musicalowego, a więc: mówić, śpiewać w naturalny sposób, bez maniery operetkowej oraz swobodnie poruszać się i tańczyć. Absolwenci wychodzili ze „Studia" bogatsi o bagaż 4 lat, które przepracowali na scenie, użyczając jej uroków swoich dwudziestoletnich twarzy, głosów, nóg. W innych teatrach tak młody artysta mógł być co najwyżej statystą, bo etaty mieli ludzie po 40-ce.
Tego nie było w „Nowościach” Śliwińskiego. Zbieżność formuł z teatrem, który legendarną pozycję wywalczył sobie przed 70 laty, była uznawana za chęć deprecjonowania zasług sceny gdyńskiej. Pani Baduszkowa nawiązywała do tradycji rdzennie polskiej. Konkurujące kiedyś ze Śliwińskim placówki Wiednia, Berlina, Budapesztu inaczej rozstawiały sobie estetyczne akcenty. Tam właśnie wokalistyka górowała. W Polsce priorytet aktorstwa wynikał ze specyficznej pozycji teatru dramatycznego w życiu społecznym, gdzie obowiązki aktualnej satyry były co najwyżej markowane.
Następcy Śliwińskiego zmarnowali kapitał jego doświadczeń. Operetkę zdominował kult wstawek rewiowych i baletowych oraz „drewnianego” aktorstwa. Balet ruszał się za solistę. Ten musiał jedynie śpiewać. Do tych zapomnianych tradycji nawiązywała pani Baduszkowa, czyniąc to bardzo twórczo. Stary model uległ modernizacji, repertuar był własny i w większości polski! Interpretacja aktorska i reżyserska zdynamizowana. Zatem nie Wiedeń, nie Broadway–ale autorski Teatr pani Baduszkowej!