Zatem Teatr Muzyczny pani Baduszkowej był teatrem nowatorskim?- Tak, był teatrem nowoczesnym. Kluczem nie było oparcie się na tradycyjnej linii przedstawień wiedeńskich i broadwayowskich. Pani Baduszkowa zredukowała zwyczajowe „ozdobniki” operetki i musicalu do granic spartańskich. Orkiestra–właściwie kameralna, balet sprowadzony właściwie do rozmiarów przerywnikowych, sceny zbiorowe–tak, ale jeżeli funkcjonują w dramaturgii widowiska. Na scenie pozostaje tylko aktor i tylko tekst. Tekst służy aktorowi, muzyka mu nie przeszkadza. Pani Baduszkowa tworzyła zarys tematu, o którym tekst traktował. Była wierna wzorom „Nowości” Ludwika Śliwińskiego, który prowadził teatr nieznający telewizji. Ludzie głód informacji, komentarza i plotki zaspokajali w teatrze. Teatr operował okolicznościowym kupletem, aluzyjną dygresją, improwizowanym naprędce „zwischenrufem”. Pani Baduszkowa koncentrowała się na takim doborze całostek, by współbrzmiały one z nastrojem chwili.
Aktor w Teatrze Muzycznym pani Baduszkowej miał „co mówić publiczności. Przemnożenie tego tworzy rytm i kolor przedstawienia. Tą droga poszedł też Gustaw Holoubek inscenizując w swoim teatrze dramatycznym widowiska muzyczne. Współczesny musical broadwayowski stanowi modernizację–„amerykanizację”–starej operetki. Gershwin stworzył typ teatru, gdzie muzyka i taniec są środkiem, nie celem. Dramatyzacja fabuł ukłonem do publiczności, która na scenie chce oglądać swoje życie. Gdyński Teatr Muzyczny tworzył polski repertuar musicalowy. A pani Baduszkowa to matka polskiego musicalu. Stworzyła swój własny teatr w sensie dosłownym–gmachu–ale też w sensie swojego własnego stylu musicalowego.
W Teatrze Muzycznym w Gdyni cały czas czuć „ducha” pani Danuty Baduszkowej. Jakie masz osobiste wspomnienia związane z tą osobowością?- Osobiście bardzo wiele jej zawdzięczam. Przyszedłem do „Studia" jako młody chłopak, a ona mnie przyjęła pod swoje skrzydła i przekazywała mi intensywnie poprzez swoją silną osobowość całą wiedzę o teatrze, mimo że w tym czasie była już ciężko chora. Kazimierz Górski mawiał, że „piłka jest okrągła, a bramki są dwie”, a pani Baduszkowa powtarzała, że
„aktor to taki człowiek, który potrafi zagrać, zaśpiewać i zatańczyć”. W
„Studio” nabrałem wrażliwości scenicznej. Była wymagająca, ale sprawiedliwa. Przede wszystkim–ludzka. Była dla mnie–dla nas–matką. Nie byłbym w tym miejscu, gdzie jestem–gdyby nie pani Baduszkowa.
Mogę jeszcze opowiedzieć małą anegdotkę. Zajęcia odbywały się w „Studio” przez cały tydzień, jedynie niedziela była dniem wolnym z „tylko” wieczornym spektaklem. Zdarzyło się tak, że koledzy „zabalowali” i przyszli w poniedziałek na poranne zajęcia „nie w pełni sił”. Pani Baduszkowa wzięła nas na stronę i powiedziała: „Mnie nie interesuje, co piliście, mogliście pić wczoraj nawet mleko, mnie interesuje, byście mieli rano trzeźwy umysł”. Chcę powiedzieć, że pamięć o tej osobie i wielu innych osobowościach scenicznych i pedagogicznych, które napotkałem na swojej drodze w gdyńskim teatrze, oraz nauka przekazana mi przez tych ludzi tkwią we mnie do dziś dnia.
W Gdyni mieszkałeś w Hotelu Aktora?- Okazyjnie. Niestety, hotel ten został oddany do użytku już po moim dyplomie. Mieszkałem „wszędzie”-takie były czasy! Np. na strychu w willi "Szczęść Boże" na ul. Bema, koło obecnego Teatru Dramatycznego (do roku 1979 właśnie tam mieścił się ówczesny Teatr Muzyczny–przyp. aut.). Tam zamieszkiwali starsi ludzie. Obok willi było całe „gospodarstwo teatralne”, gdzie mieściły się pokoje, sale, studia. Później wszystko zostało zburzone i nie ma tam nic, tylko moja-nasza energia i pot. Bywało, że „mieszkałem” w piwnicach, w windach. Na schodach przy restauracji „Polonia”. Przytulając się w nocy do cieplej ściany komina restauracji. U kolegów, jeśli było miejsce na podłodze. W garderobie, w kostiumach. Korzystając z gościnności u profesora Bunscha, profesor Toczyskiej. Nawet zimą w małym campingu na parkingu w Gdyni na Witominie, przy wieżowcu na ul. Konwaliowej. Pod koniec gdyńskiego angażu - w mieszkaniu, z wieloma osobami, gdzie codziennie było „party”. Było ciężko, ale była to też dla mnie prawdziwa szkoła życia! W willi mieszkałem na strychu, gdzie była suszarnia teatru. Spałem w starym, ogromnym akwarium o stalowej konstrukcji. Na górze, zamiast szyby, była płyta pilśniowa, a na niej koce. Czasami budziłem się z małymi soplami pod nosem. Byłem grubo ubrany, bo w zimie na strychu też nie było szyb. Tam było tylko małe „półokno". Od frontu, po lewej, małe okno–to „moje”. Było obite foliowym workiem, nogi wisiały mi nad kartonem z książkami ze studiów i zeszytami. Budziłem się rano o godz. 6. Schodziłem ze strychu, kiedy sprzątaczki przychodziły do pracy. Godzinę, dwie ogrzewałem się w garderobie między kostiumami, by w miarę wyspany pojawić się na sali baletowej „przy drążku”.