Jerzy Jeszke to aktor musicalowy, który obecnie występuje w spektaklu Romana Polańskiego "Taniec Wampirów", wcielając się w rolę Chagala.
Bywały czasy, gdy jadłem chleb z cukrem, uczyłem się przy świeczce, czytałem, słuchałem muzyki i byłem szczęśliwy, że dano mi szansę uczyć się w teatrze! Nie chciałem obarczać rodziców kosztami, bo byłem zbyt dumny i wiedziałem, że tylko tak mogę się zahartować i poznać prawdę o życiu w teatrze, życiu artysty. Byłem bez pieniędzy. Żyłem „na kreskę” - w sklepie, w jadalni. Za pieniądze, które zarabiałem, spłacałem „długi”. Także te, które miałem za wynajmowanie pokoju na pierwszym roku studiów. Później wynajmowałem z kolegami z teatru mieszkanie. Koszt łóżka w pokoju wynosił ponad 1500 zł, a moja pensja-1800 zł. Za kanapki i cieple jedzenie w teatralnym bufecie czasami płaciłem do 600 zł, więc pozostało mi wałczyć „z dumą na twarzy” o przeżycie i o wiedzę. U prof. Toczyskiej, prof. Bunscha i prof. Muszyńskiego dorabiałem w bibliotece lub odnawianiem im mieszkanie. Czasami uczyłem się aż do zemdlenia, np. na zajęciach z tańca lub stepu brakowało mi sił i mdlałem. Chciałem pracować dodatkowo w nocy w hotelu „Bałtyk” i zmywać naczynia, ale pani Danuta Baduszkowa zaprosiła mnie na rozmowę i ostro skarciła za takie życie i pomysł ze „zmywakiem”. Jako dyrektor teatru pomogła mi, udzielając pożyczki. Oddawałem teatrowi miesięcznie po 100 zł. Gdy pani Baduszkowa zmarła, znowu wylądowałem w długach, bo teatr kazał mi spłacić wszystko od razu. Koledzy chodzili na chałtury, ja nie. Żadnych koncertów, występów, tylko praca i nauka. Skupiłem się na rozwoju, a nie na konsumpcji. Z dzisiejszej perspektywy to były piękne czasy! Paradoksalnie to, że było mi ciężej, stało się receptą na sukces w przyszłości. Wszystkie te chwile wziąłem ze sobą, by móc z tego skarbca czerpać do dzisiaj. Jadałem w „Słoneczku”. Bar znajdował się blisko mojego byłego mieszkania, które wynajmowałem. Zazwyczaj jadłem zupę warzywną, czasami była z ratkami świńskimi, czasem z kawałkami ugotowanej gazety „Dziennik Bałtycki”, albo kotlety z gotowanych jaj ze skorupkami w środku. Żyłem za 5 zł dziennie i z tego jeszcze oszczędziłem parę złotych na jedną w miesiącu czekoladę. Był jeszcze bar mleczny na rogu ul. Bema. W teatrze natomiast-super kantyna pani Stefanii, która miała smaczne bułki z pieczenia rzymską. Tam głównie żywiłem się „na kreskę”. Gdy byłem już solistą w Teatrze Muzycznym, to w 1981 roku Józef Muszyński - mój mentor i profesor śpiewu - pomógł mi i zabrał mnie do swojej rodziny do Niemiec, do Lubeki, gdzie przez miesiąc pracowałem w fabryce przetworów warzywnych. Stałem po 14 godzin przy taśmie sortując kartofle. Zaoszczędziłem tyle pieniędzy, ile w teatrze musiałbym zbierać przez rok. Taka była przepaść między zarobkami „tam i tu”.
Co myślisz o przejęciu - współprowadzeniu - Studium przy Teatrze Muzycznym przez Uniwersytet Gdański?
- To ciekawa inicjatywa. Ale pomysł ma dwie strony. Z jednej - Studium nabierze rangi i wybije się w końcu także w hierarchii „szczebla akademickiego”. Teraz adept kończący studium ma oczywiście tytuł zawodowy aktora musicalowego, ale nominalnie „tylko” średnie wykształcenie. To niedorzeczne! Ogrom pracy, jaką musi wykonać młody człowiek, jest nie mniejszy niż osoby kończącej szkołę wyższą z tytułem zawodowym licencjata. Natomiast ta druga strona–negatywna–to podporządkowanie się w strukturze ograniczeniom. To jakby chciało się połączyć Teatr „Laboratorium” Jerzego Grotowskiego z Państwową Wyższą Szkołą Teatralną w Warszawie. Brak oryginalności i metodyki. „Studio” Baduszkowej to było swego rodzaju „laboratorium”-z własną„filozofią”, w zależności od tego, jakich mamy pedagogów, jakich mamy w danym roku studentów. Duża elastyczność. Metodyka pracy z adeptem aktorstwa to nie tylko nauczenie go zawodu aktora scenicznego, ale aktora „pełnego”, który powinien mieć szeroki wachlarz umiejętności, mam tu na myśli np. cechy aktora scenicznego, telewizyjnego, filmowego. Będzie miał wtedy szansę zagrać rolę każdego rodzaju, a tym samym na egzystencję. Nie będzie obsadzany przez swój wygląd czy przez przynależność do różnych „lobby”, ale przez swoje zdolności. Zazwyczaj są w szkołach wyższych systemy wdrażane przed profesorów, którzy z praktyką sceniczną nie mają styczności–są teoretykami. W takiej szkole aktorzy powinni mieć możliwość dostosowania się do współczesnego–może nieładnie powiem–rynku pracy. Tu widzę zagrożenie.