Jerzy Jeszke to aktor musicalowy, który obecnie występuje w spektaklu Romana Polańskiego „Taniec Wampirów” wcielając się w rolę Chagala.
Ale istnieją jeszcze ci średni, prawda?
- Tak, ale oni, ponosząc ogromne koszty, biorą lekcje prywatne i pracują nad sobą. Koszty są naprawdę duże. Bywają też tacy, którzy nie mają solidnych podstaw. Różnymi nieczystymi zagrywkami, układami towarzyskimi robią szum wokół siebie. Chcą bez ciężkiej pracy, metodą łokcia osiągnąć wszystko, tu i teraz, szybko. Uważają się za wielkie gwiazdy, ale rzeczywistość redukuje ich schizofrenię. Chcą zbierać laury w szybki sposób i wyprzedzić ludzi, którzy naprawdę zasługują na poważanie w zawodzie. Ale to się im udaje tylko na krótką metę, bowiem szanuje się ludzi dobrze przygotowanych merytorycznie. Scena pokazuje im ich miejsce w szeregu. Prawdziwe piękno teatru polega na tym, że jest to sztuka z prawidłami. Tu kłamstwa nie maja miejsca. Nie można oszukać widza. Albo jest się dobrym aktorem, albo nie. Albo się potrafi śpiewać, albo nie. Są też tacy, którzy nie potrafią współpracować z zespołem, udają, że śpiewają, markując ruch ust.
Tacy szybko są eliminowani, bo reżyser nie pozwoli sobie na taka fuszerkę, a poza tym widzowie to inteligentni ludzie i nie dają się omamić przerostowi ambicji pozujących na gwiazdy ludziom. Scena uczy pokory. Trzeba być skromnym wobec niej i czekać cierpliwie na swoją szansę. Ważne, by zawsze być krytycznym nie tylko wobec siebie, ale też wobec innych i treści, jakie nam oni przekazują. Nie wszystko złoto, co się świeci. Ludziom wmawia się coś, a oni w to uwierzą, nie szukają źródeł, przyczyn, czy to prawdziwe, czy nie. A teraz wszystkie informacje są przecież na wyciągnięcie ręki, choćby w Internecie.
Od kiedy grasz koncerty musicalowe?
- Zawsze moim marzeniem było wykonywać autorskie koncerty musicalowe. Najpierw robiliśmy koncerty z Grażyna Brodzińską, w Polsce byliśmy właściwie pionierami pojęcia aktor musicalowy wykonuje solowy koncert. Nawet stołeczna Estrada sprzedawała nas jako duet musicalowo-operetkowy. Układaliśmy sobie repertuar solowy, składaliśmy sobie taki wieczór. Ale zapotrzebowanie na tego typu koncerty w latach 80-tych było niewielkie. Nie mieliśmy też bazy na tego typu solowe występy i prawidłowy rozwój takiego wieczoru. Później podobny stepowy program próbował układać sobie debiutujący wtedy Janusz Józefowicz, ale zaniechał tego i poszedł inną drogą zakładając teatr Buffo.
Mnie dopiero po latach pracy udało się zdefiniować i przygotować takie solowe występy, najpierw w Niemczech, a następnie na scenach całego świata. Wykorzystywałem do tego celu różne media, obecnie też nowoczesne medium-Internet, gdzie jestem niezależny od różnego rodzaju lobby czy też monopolu agencji artystycznych. Przez Internet docieram do wszystkich, którzy chcą mnie posłuchać i zobaczyć. To, co teraz wykonuję, jest jakby ukoronowaniem moich marzeń o występach solowych z autorskimi wieczorami koncertowymi. Od 12 lat wykonuję różny repertuar, mniej lub więcej klasyczny, w różnych językach i konwencjach, prezentując go na całym świecie.
Jak przez tyle lat kariery być w dobrej formie? Skąd czerpiesz energię?
- Gdy się urodziłem, byłem bardzo słaby i miałem umrzeć. Później zdarzył się cud i zacząłem szybko się rozwijać To jest zależne od psychofizycznej konstrukcji człowieka. Dużo medytuję. Jeżeli miałbym zwariować teraz, w związku tą pracą, pod tą presją, to prawdopodobnie w ogóle nie pracowałbym w tym zawodzie. Jestem tak zbudowany, że największe góry są dla mnie małymi pagórkami. Jeżeli jest siła woli, siła przetrwania, siła pracy, to zdobywa się szczyty. Nie ma to nic wspólnego z potrzebą zdobycia glorii sławy czy chciwością materialną, jest to po prostu spontaniczne, ogromne wewnętrzne poczucie spełnienia się zawodzie - w pełnym tego słowa znaczeniu. To zawsze denerwuje ludzi, że mam tyle energii. A ja po prostu spełniam się w zawodzie!