Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

9538 miejsce

Jerzy Pilch: czekam, żeby kogoś sponiewierać jak psa

  • Źródło: Dziennik Bałtycki
  • Data dodania: 2006-12-15 09:15

Jerzy Pilch nie chce być pisarzem jednorazowym... Mówi się o nim, że to intelektualny morderca, który bezwzględnie rozprawia się z dyskutantami.

Chcę, by pies mojej matki wyzdrowiał - takie życzenie do złotej rybki wypowiedział pan w programie „Duże dzieci” prowadzonym przez Wojciecha Manna. Wyzdrowiał?
- Tak.

Fot. Tomasz Bołt/ Dziennik BałtyckiA lubi go pan?
- Aj, za daleko idziemy.

Zastanawiam się tylko, czy za tym życzeniem stała rzeczywista sympatia do psa, czy prośba o odzyskanie przez pana matkę spokoju?
- Niepodobna, bym nie był z psami matki blisko. Są inaczej wyedukowane, niż ja bym wyedukował swojego psa. Co z drugiej strony jest zupełną abstrakcją, bo ja jestem przecież kociarzem. Toleruję te psy z bardzo dużą przychylnością. A to ważne dla matki.

O wyższości kotów nad innymi stworzeniami pisze pan w swoich książkach. Ma pan kota w domu?
- Najpierw jedna uwaga - jak ja mówię, że kocham koty, to nie znaczy, że nienawidzę psów. A kota nie mam. Jestem uczulony, mam kłopoty ze snem, a kot w nocy dziwnie się zachowuje, atakuje stopy itd. Pod jednym dachem z kotem - z bólem - ale żyć nie mogę. Miałem kota, ale został w Krakowie u mojej byłej żony.

O kim, pana zdaniem, są te słowa? „Ostatecznym celem twórczości mistrza jest napisanie wybitnej powieści, arcydzieła prozy obsypanego licznymi nagrodami, w którym - wbrew kanonom i zdrowemu rozsądkowi - nie będzie w ogóle fabuły, ani bohaterów. (...) Wszystkie postacie będą krewnymi autora, a świat przedstawiony (...) będzie ograniczał się do wielkiej kuchni, znajdującej się w jednym z granatowogórskich domów. Powieść nie sprowokuje do głębszych przemyśleń, a mimo to czytelnik pochłonie ją jednym tchem, porażony alchemią humoru, omotany mistrzowską frazą jak czarodziejskim zaklęciem“.
- Przez te „granatowogórskie domy” wiem, że o mnie. Kto to napisał?

Anonimowy recenzent pana twórczości. Trochę w tej opinii dziegciu, trochę uwielbienia, a prawdy?
- To jest miłe oczywiście, ale dalekie od prawdy. Pobrzmiewa tu wzgardliwy ton, który plasuje to, co ja piszę w jakichś rejestrach czysto rozrywkowych, z braku poważniejszej myśli. Zapewniam panią, że nie ma czegoś takiego, że człowiek czyta literaturę wyłącznie dla rozrywki. Od tego są komedie filmowe. Moje książki nie są komediami, bo problemy, które poruszam, to elementarne problemy ludzi - życie i śmierć, pożądanie, miłość. To elementarne kwestie, które składają się na codzienność życia. I to jest, jak sadzę, źródło mojej popularności, a nie to, że książki są wesołe.

Krytycy rozpływają się nad pana nową powieścią „Moje pierwsze samobójstwo”, stawiają pana twórczość obok twórczości Gombrowicza, Iwaszkiewicza. A pan mówi, że najszczęśliwszy był wtedy, gdy jako 30-latek marzył o zostaniu pisarzem.
- Mechanika życia, nie tylko mojego, jest taka, że wspomnienia z niespełnienia pisarskiego są wspomnieniami z młodości, a wspomnienia z młodości są najlepsze, najżywsze. Człowiek jest bardzo beztroski, bardzo szczęśliwy. Młodość jest zawsze trochę jaśniejsza. Teraz jestem zawodowo spełniony, ale na ogół nieszczęśliwy. Choć z tym też również bywa.

Nie po raz pierwszy wraca pan na łamach powieści do świata ewangelików ze Śląska Cieszyńskiego. Czego zabrakło w pana dorosłym życiu, że tak pan tęskni do dzieciństwa?
- Ja wracam do dzieciństwa nie z braku jakichś ważnych elementów w moim dorosłym życiu, a dlatego, że moje dzieciństwo okazuje się takim rozszerzającym się kosmosem, przestrzenią kosmiczną, która coraz bardziej mnie absorbuje. Pamięć jest elastyczna, nie jest tak, że człowiek wyczerpie czaszkę ze wspomnień. Starzeję się, a starzenie polega na pewnym otępieniu, ale też na coraz żywszej przeszłości. Kiedy przychodzi jakiś obraz z dzieciństwa, który jest na tyle mglisty, że muszę go uzupełnić, dopisać dialogi, bo mam tylko zarys, to dręczy mnie to tak długo, że siedzę godzinami, aż to zapiszę.

Z pana książek rodzinna Wisła wyziera jako miejsce nietknięte peerelowską zgnilizną. To optymistyczne przetworzenie wspomnień czy obraz bliski prawdzie?
- Mnie się zdaje, że małe miejscowości, wioski, miasteczka, to peryferie, w których wolność od polityki jest większa i to bez względu na reżim. Ale nie wszystko było takie jasne. Moi współbracia luteranie nie mają najczystszych kart, jeśli idzie o niezależność. Władza komunistyczna była przeciwko kościołowi katolickiemu i sprzyjała jakimś pokładom walki religijnej. W latach 60. w rejonie Wisły przeważali ewangelicy. To była rolnicza gmina, robiło się swoje, ciężko pracowało jak Pan Bóg przykazał. Wie pani, na wiosenną orkę system polityczny ma wpływ bardzo nikły.

Jest pan samotną osobą.
- To już nieaktualne, jest przy mnie kobieta.

Ale nie przeszkadza to panu nadal poprzez książki uwodzić kobiety.
- Pisarz musi być w jakiejś mierze uwodzicielem. Z drugiej strony może nie powinien, bo uwodzenie książkami jest niebezpieczne. Bo co to jest uwodzenie? Lekkość brania i porzucania. Uwiedziona czytelniczka szybko może porzucić książkę, może porzucić mnie. Nie chcę być jednorazowy. Literatura zaczyna się od tych książek, do których się wraca. Literatura zaczyna się od tego, że jest związek stały. Rzecz jasna pisarz trochę musi uwodzić - ciekawością, jak się skończy książka, ciekawością dla stylu, musi się starać podobać.

A pan do jakich książek wraca?
- Mam dziesiątki takich książek, ale nie wymienię, bo mam dziury w mózgu.

Mówi się o panu - trudny rozmówca, intelektualny morderca. Lubiany to pan raczej nie jest.
- Tak, słyszałem. Nie wiem, skąd się to bierze. Ja tego nie bardzo rozumiem. Myślałem sobie, że może mnie tak się postrzega przez jadowite, agresywne felietony, w których miażdżę tych i owych. Tyle, że ja coraz rzadziej je piszę, co z bólem stwierdzam. Czekam, żeby kogoś sponiewierać jak psa, ale nic mi takiego ostatnio nie podchodzi. A jak już podejdzie, to taka starcza wyrozumiałość mnie nachodzi. Ja nie mam groźnego oblicza, jak już mnie zaproszą do telewizji, to nie po to bym brał udział w swarach. Tylko na spokojne pogaduchy. Ale jak dziś zobaczyłem swoje zdjęcie w jednej z gazet, to pomyślałem - ale ze mnie ponury buc. Może przez takie właśnie zdjęcia tak jestem postrzegany.

Co pchnęło pana do pracy w „Hustlerze”?
- Pani to pamięta!? Cóż, to był czas, kiedy z głodu zdychaliśmy wręcz z moją byłą żoną. To były upokarzające sytuacje. I pojawiła się ta oferta. Przyznam, że zbyt pośpiesznie podjąłem tę decyzję. Napisałem do „Hustlera” ze cztery felietony o języku, o przekleństwach. To mnie ciekawiło. U mnie jest ogromna różnica między językiem pisanym a mówionym. Mówię raczej plugawą polszczyzną, uważam, że nawet straciłem nad tym kontrolę. Kiedyś mi się wydawało, że ta rzucona k... doda smaku. Nie dodaje. Trochę ten „Hustler” skomplikował mi życiorys, no wie pani człowiek z „Tygodnika Powszechnego”, „Polityki”, a tu ten „Hustler”... To element komplikujący wizerunek, ale z drugiej strony dodający lekkiej dwuznaczności.

Nie drażni pana to plugastwo wypływające ostatnio z Wiejskiej?
- Nie jest to niczym sensacyjnym, prędzej czy później można się było tego spodziewać. Ja jestem z formacji „Tygodnika Powszechnego”. To była moja szkoła myślenia o różnych rzeczach, o literaturze, o redagowaniu gazety, ale też o Polsce. I do dzisiaj podziwiam przenikliwość wielkich starców. Pamiętam Jerzego Turowicza, był jeszcze w dobrej formie, przed osiemdziesiątką. Kiedyś na zebraniu mówiliśmy o Lepperze. To były jego początki, biegał w tej swojej czapce, ale był już słyszalny. Turowicz mówił o nim - to jest facet, którego trzeba natychmiast zamknąć w kryminale i nie puszczać. Myślałem wtedy, co on pier..., o co chodzi, to pewnie jakaś starcza histeria, tak nie wolno. Teraz rozumiem, że Turowicz to był ktoś, kto widział dalej, więcej, jaśniej, bo nie na takich prekursorów Leppera napatrzył się w życiu. To jest ta formacja, która jest nieedukowalna. Barbarzyńca nie przestaje być barbarzyńcą, nawet jak włoży garnitur za tysiące euro.

Jerzy Pilch

(ur. w 1952 r.), góral z Żywiecczyzny, mieszka w Warszawie, prozaik, laureat nagrody literackiej Nike, mistrz lekkiego pióra, człowiek trunkowy, palacz od 25 lat, autor niezliczonych felietonów i 13 książek m.in. „Spisu cudzołożnic” (1993), „Innych rozkoszy” (1995), „Pod Mocnym Aniołem” (2000), „Miasta utrapienia” (2004), „Mojego pierwszego samobójstwa”(2006).

Renata Moroz, r.moroz@prasa.gda.pll: - Mówi się o nim, że to intelektualny morderca, który bezwzględnie rozprawia się z dyskutantami. Tymczasem rozmowa z Jerzym Pilchem przebiegała w zaskakująco miłej atmosferze, o on sam nie unikał nawet kłopotliwych dla siebie tematów.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (5):

Sortuj komentarze:

Dorota
  • Dorota
  • 22.03.2011 20:13

Nie jest Góralem z Żywiecczyzny. Wisła może blisko, ale to nie ten region ;P

Komentarz został ukrytyrozwiń

Książkom J.Pilcha można zarzucać, że nie mają fabuły....ale język niesamowity.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Ja go lubię właśnie za tą Wisłę sprzed lat i luteran. No, ale ja się w tym regionie urodziłam :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Huh, choćbym nie wiem jak się starała, nie potrafię polubić Pilcha...

Komentarz został ukrytyrozwiń

Litości! "góral z Żywiecczyzny"? Wisła leży na Śląsku Cieszyńskim

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.