Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

181654 miejsce

Jesienne smutki

Pada. Kolejny dzień pada. Szum deszczu wraz z wyciem wiatru uświadamia, jak bardzo jesteśmy związani z naturą. I jak bardzo tęsknimy za słońcem.

Nawet dom nie zapewnia poczucia bezpieczeństwa, kiedy na zewnątrz jest mokro, zimno i ponuro. Po chodnikach przemykają się pochyleni, walczący z wiatrem ludzie. Ich ciała już sygnalizują ogromne zmęczenie, mimo iż jest dopiero szósta rano. Nawet po beznadziejnej walce z niesfornym i wyginającym się na wszystkie strony parasolem widać bezradność wobec natury. Marne światło latarni pozwala dostrzec, jak sine z zimna usta wypowiadają bezgłośnie straszliwe przekleństwa. Nie trzeba umieć czytać z warg, by pojąć, że winny porannemu nieszczęściu jest cały świat, władze, sąsiedzi i oczywiście dziennikarze. Współczuję biedakom, którzy musieli wstać przed piątą rano, aby pojawić się w pracy o szóstej lub siódmej rano, ale przypominam sobie, że tym pięknym, świadczącym o altruizmie uczuciem powinienem objąć także siebie, gdyż także jestem od godziny na nogach.

Jest szósta rano, w ciemności, w której pogrążony jest świat, słychać kościelne dzwony wzywające ludzi na poranną mszę. Kiedyś napisałem, że poranne dzwony nie odróżniają snu człowieka wierzącego od niewierzącego. Wtedy, kilka lat temu bardzo mnie one denerwowały, teraz wsłuchuję się w ich dźwięk bez emocji. Wiem tylko, że brzmią przeraźliwie smutno. Kto wstanie w tak ponury dzień, by pójść na spotkanie z Bogiem w zimnym kościele?

Patrzę znowu przez okno. W domu naprzeciwko, na kilkadziesiąt kuchennych okien, światło zapaliło się tylko w kilkunastu. Powinienem być optymistą i powiedzieć, że widocznie mieszkańcy poszli już do pracy. Ale wiem, że tak nie jest. Większość moich sąsiadów jeszcze słodko śpi. Dźwięk dzwonów tylko na chwilę wybił ich z rozkosznych marzeń.

Zazdroszczę im, chociaż od wielu lat budzę się bardzo wcześnie z poczuciem winy, że znowu czegoś w terminie nie zrobiłem, że ktoś czeka na internetową konsultację pracy licencjackiej lub magisterskiej, że obiecana wydawnictwu recenzja książki ciągle czeka w komputerze na dokończenie. Próbuję pocieszyć się, że po stronie „zrobione” jest jednak więcej pozycji, ale jest już za późno. Kompletnie rozbudzony, z mocno bijącym sercem, spocony i przerażony ustalam w myślach, co mnie dzisiaj czeka. Lista zadań jest bardzo długa, a jutrzejszych jeszcze dłuższa. Niedobrze, leżenie w ciemności pokoju niewiele pomaga, kiedy zaczyna się kolejny ponury, listopadowy dzień.

Poranne, krótkie rozważania nad życiem rzadko przynoszą pociechę. Jest depresyjnie. W tym właśnie okresie w wielu gazetach i czasopismach pojawiają się artykuły o niebezpieczeństwie jesiennego załamania nastroju. Brak słońca, ciemności pokrywające ziemię, krótki dzień, deszcze, wiatry, paskudni przełożeni i nadmiar pracy powodują, że nachodzą nas czarne myśli.

I znikąd pociechy. Politycy szaleją, na Bałtyku sztorm, autobusy i pociągi się spóźniają, remont mieszkania się przedłuża, gdyż prawie wszyscy fachowcy wyjechali za granicę. Koszmar, nic - tylko wziąć sznur i poszukać mocnego haka. Na szczęście wszystkie są słabe, a i o sznur trudno. Nie jestem aż tak konsekwentny, by czekać do dziesiątej na otwarcie specjalistycznych sklepów. Są przecież w domu jeszcze żyletki. Ale one są tak mało estetyczne. Przydałaby się broń krótka, ale pozwolenie na nią otrzymują tylko biznesmeni, politycy i ... gangsterzy. Nie należę niestety do żadnej z tych kategorii, nie mogę zatem wsunąć drżącej dłoni pod poduszkę, by poczuć chłodny metal kolby wiernego pistoletu. Cóż, wygląda na to, że będę musiał jednak przeżyć kolejny dzień.

Świta, z nocnego mroku wyłania się obrzydliwy świat. Już niestety widzę, jak psy sąsiadów srają do piaskownicy i na trawnik. Nie mam siły histerycznie interweniować, jak bohater „Dnia świra”. Za dużo energii straciłem wczoraj walcząc z trojgiem pijanych bezdomnych próbujących zamieszkać na stałe w naszej klatce schodowej.

Pocieszam się, że już niebawem wybory samorządowe, to zawsze jest radosne przeżycie. A potem miesiąc błyskawicznie minie i nadejdzie Boże Narodzenie. Ono zawsze, i to od wczesnego dzieciństwa, dodaje sił na przetrwanie.

Ohyda, ołowiane chmury pokrywają niebo. Wiem, że nad nimi świeci słońce. Pojawi się dopiero za kilka miesięcy. I może ono przyniesie odrobinę nadziei. Warto czekać?

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (4):

Sortuj komentarze:

Kiedy jakiś rok temu zobaczyłam w GW ogłoszenie o spotkaniu z prof. Bartoszewskim, ze smutkiem stwierdziłam, że na nie nie zdążę. Ale, ale, najważniejsze z tego zaproszenia było jednak (hmm, chyba semiotyczne) rozróżnienie profesrora: "warto" nie znaczy "opłaca się". Pytanie dotyczące czekania na słoneczny dzień mogłoby równie dobrze być pytaniem o: studia, wiarę, miłość, a w Polsce niejednokrotnie nawet o opłacalność albo wartość pracy zarobkowej.
Stąd moja odpowiedź na Pańskie retoryczne (a jakże) pytanie: Warto, ale czy się opłaca?

Komentarz został ukrytyrozwiń

Warto czekać, choćby na kilka minut słonecznej pogody. Kurczę, jak ja już dawno nie widziałem bezchmurnego nieba...dopiero kilka dni - a już tęsknie za słońcem.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Warto! i proszę nie zapominac o marzeniach, bo one często pozwalają przetrwać te złe chwile.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Warto.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.