Facebook Google+ Twitter

Jestem w czepku urodzona

Śledząc doniesienia o lepszym lub, co się często zdarza, gorszym losie młodych rodaków szukających chleba poza granicami Polski, wspominam epizod, który każdemu zapadłby w pamięć na zawsze.

fot. AKPAWejście kraju do UE ułatwiło wyjazdy za granicę, znosząc bariery, które przez wiele lat były trudne do pokonania. Nasilone bezrobocie stało się nie tylko powodem, ale często koniecznością do szukania zarobku poza ojczyzną.

Podobna sytuacja, wiele lat temu była także moją dolą.

W 1987 r. wykonałam skok na główkę, czyli zarobkowy rajd za ocean, wylądowałam na Long Island u znajomej, gdzie miałam lokum,  wyżywienie i zimną wodę do dyspozycji. Mogłam tam mieszkać, dopóki nie nauczę się poruszać, a przede wszystkim nie „złapię” praktycznie języka w jakimś wystarczającym do życia zakresie.

Na początek, dzięki telefonom znajomych do znajomych wylądowałam jako „ pomoc biurowa” u emerytowanej profesor Hofstra University, co wiązało się z dość skomplikowanym dojazdem trzema autobusami. Odbyłam ze znajomą przyspieszony kurs posługiwania się precyzyjnym rozkładem jazdy, dostałam dokładny opis przystanków przesiadkowych i wyruszyłam zarabiać zielone.

Pani Profesor

Pani Profesor, której narodowości nikt ze znajomych dokładnie sprecyzować nie potrafił, była osobą, która znała język rosyjski, serbski, chorwacki i czeski, lecz brakowało jej języka polskiego. Bywała zatrudniana  jako tłumacz policyjny i sądowy w sprawach emigrantów.

Mieszkała w  Hempstead. Miasteczko uchodziło za najbardziej „czarne” na wyspie, a dom pani profesor stanowił w nim jedyną białą  enklawę. Żeby zapewnić sobie bezpieczeństwo, pani profesor trzymała na stancji w suterenach domu ciemnoskórych studentów, zatrudniała ciemnoskórą sprzątaczkę i chodziła ubrana jak siódme dziecko stróża. Plotkowano zarówno o jej dziwactwach jak i  bogactwie. Nikt nie wiedział, jak wygląda prawda, bo pani profesor z własnej woli udzielała sprzecznych informacji, np. jeżdżąc swoim beżowym buickiem do jadłodajni dla ubogich. A jeździła tak, że włos się jeżył na głowie. Uznawała bowiem wyłącznie pedał gazu, hamulca i kręcenie kierownicą w prawo lub lewo. Głupotami w rodzaju kierunkowskazów czy świateł głowy sobie nie zawracała. Wypadku nie miała nigdy, inni kierowcy, znający jej sposób jazdy, raczej ją omijali.

W mieszkaniu, na honorowym miejscu wisiał portret ostatniego cara Rosji, w sypialni - ikonostas.

Właśnie u tej ekscentrycznej damy znalazłam zatrudnienie.

Po pierwszym spotkaniu stanęło na tym, że pomogę przy porządkowaniu stosów papierów, zalegających półki oraz pudła po butach. Będziemy się przy okazji nawzajem uczyć: pani profesor mnie - podstaw angielskiego, ja ją – polskiego. Praca posuwała się w leniwym tempie, obie poznawałyśmy obce dotąd słowa, dwujęzyczny bełkocik nabierał powoli treści ku zadowoleniu obu stron.

Niebagatelną rolę we wzajemnej nauce odegrała zapowiadana już wówczas wizyta Jana Pawła II w Stanach.

Przekorna staruszka zaczęła bowiem ekwilibrystycznie analizować słowo papież. Zaczęły się dyskusje: papież czy papier? – To jest ważny papier – tłumaczyła wskazując jakiś szpargał. – Czy ty będziesz się kłaniać papieru? I na co wam w Rzymie papier?

-  My nie mamy w Rzymie papieru. My mamy w Rzymie papieża.

-  Światy otiec wy na niego mówicie, ale jak papieru może być światy?

- Papier - papierowi - papierem. Papież - papieżowi - papieżem

- Nu, taka trudna gramatyka. Najtrudna ze słowianskich.

- Najtrudniejsza.

I tak powoli szła wzajemna nauka zarówno języka, jak obyczajów: zostałam zaproszona na piękne, prawosławne nabożeństwo i dopuszczona do urządzenia stołu na  paschalne przyjęcie dla przyjaciół pani profesor.

Moja pracodawczyni okazywała też autentyczne zatroskanie moim bezpieczeństwem  w czasie samotnych powrotów do domu. Każdego wieczoru słyszałam: „nu, czarni wiedzą, że ty u mienia robisz, nie ruszą, ale uważaj. Ameryka niebezpieczna”.

Takie same zresztą przestrogi słyszałam od znajomej i jej przyjaciółek. Miałam więc wbite na amen w głowę, że czarny ćpun może zrobić krzywdę, ale niekoniecznie. Tak czy inaczej, mam uważać, w oczy typom różnym broń Boże nie patrzeć. Ani na żadną egzotykę. Żeby nie wiem jak była egzotyczna.

U zbrojona w przestrogi i dobre rady,  wracając do domu po kilku tygodniach pracy, wysiadłam jak zwykle na przystanku tranzytowym przy olbrzymim, pustym, wielopiętrowym parkingu.

Widmowy budynek, deszcz i ani żywej duszy wokół. Zabrzmiało w uszach: „wystrzegaj się pustych miejsc, staraj się być zawsze między ludźmi…" Łatwo powiedzieć!

Pięć minut do przyjazdu autobusu i oto jak spod ziemi wyrasta obok  uśmiechnięty od ucha do ucha gnom. Pomarszczona twarz, metr pięć w kapeluszu. Coś mówi. Powtarza. I jeszcze raz, już bez uśmiechu. Usiłuje złapać za rękę. Mobilizując całą swoją znajomość języka zaczęłam pojmować: Ja mu się podobam i będę jego dziewczyną. Od teraz. Bardzo, bardzo.

Ze zdrętwiałym językiem i włosami na sztorc bez żelu, próbowałam amatorowi swej urody wyjaśnić, że jestem głuchoniema. Nieważne. I tak mu się podobam. Latynos nie ustępował, nogi ze strachu zaczęły mi się uginać i w tym momencie, jak w serialu telewizyjnym o aniele podeszła do przystanku piękna, wysoka murzynka z parasolem (tak jeszcze wtedy można było mówić na Afroamerykanów). Błyskawicznie zorientowana w sytuacji podeszła, przywitała mnie jak znajomą, przytuliła do siebie i  stwierdziła – nie wzięłaś parasola.

Latynos zniknął w  gdzieś w ciemnościach, nadjechał  autobus, wsiadły obie. „Głuchoniema” Polka z nerwowym szlochem, łamanym angielskim usiłowała wyrazić podziękowanie swojej wybawicielce. A ta, kiwając głową, ni to z politowaniem, ni to ze współczuciem pożegnała zapłakaną, białą kobietę na którymś tam przystanku. 

Moja znajoma słysząc relację zbladła. "Nawet nie zdajesz sobie sprawy, w jakiej sytuacji byłaś".

Z takiej przygody nie uchodzi się cało. Albo masz więcej szczęścia niż rozumu, albo jesteś w czepku urodzona.

Minęło wiele lat. Coraz więcej osób emigruje szukając zarobków, lepszego losu dla rodziny, spełnienia marzeń które w kraju pozostałyby tylko marzeniami zgorzkniałych, zawiedzionych ludzi. Ciągle wśród tych, którzy wyruszają w świat są tacy jak ja wówczas - "zieloni", bez języka i minimalnej znajomości obyczajów. Jest im ciężko, często przypłacają to zdrowiem, wolnością, a zdarza się, że i życiem. Większość jednak jedzie świadomia swego wyboru, gotowa na przystosowanie się do nowego kraju. Z fachem w ręce, zawzięci i inteligentni, z conajmniej podstawową znajomością języka. Jest im łatwiej. Co nie znaczy, że różowo. Każdy z nich przeżywa swoje własne przygody, które będzie wspominać po latach. Szkoda, że nie jest to tylko turystyka.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

Długie, ale dobre. Wyjeżdżaja, maja przygody, uczą sie języka. Po latach wspominaja z rozrzewnieniem, czasami z obrzydzeniem...
*piękna, wysoka murzynka z parasolem* - chyba *Murzynka*
Każdy jest kowalem swego L. AK także mogła iść inną prostszą drogą. Wybrała i cierpi a nas ośmiesza w świecie. I pół biedy jeśli uznają jej prawdę.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.