Twoja młodość związana jest z rzeczywistością PRL-u. Czy widzisz mentalną różnicę pomiędzy Twoim pokoleniem a dzisiejszym?
– Mieliśmy trudniej i za razem łatwiej – coś za coś. Nie było takich możliwości działania, które ma dzisiejsze pokolenie. Polska była zacofana, nie było nowoczesnych technologii, a system nie wspierał samorodnej inicjatywy. Ostatnio zdałem sobie z tego sprawę, że nie wszystko było przeliczalne na pieniądze (które tak naprawdę były fikcyjne). Pozostawały w śmiesznej proporcji do dolara, w związku z tym te wyższe dobra były niedostępne. Łatwo było przeżyć na elementarnym poziomie, ale następny cel był tak odległy, że właściwie nieosiągalny. W związku z tym wielu ludzi ciekawych świata olewało ten odległy cel robienia dużych pieniędzy i pojawiała się przestrzeń na inne rzeczy.
Na co pozwalała owa przestrzeń?– Na całe dnie dyskusji, na wchodzenie w sztukę, na chodzenie po muzeach, na roztrząsanie jakichś problemów natury „kosmicznej”, egzystencjalnej. Z mojej załogi rówieśników – jeden jest opatem benedyktynów, drugi buduje instrumenty indyjskie, trzeci jest poważanym wydawcą, ktoś inny jest rządowym doradcą w Australii. Czyli ta szkoła myślenia okazała się pomocna.
Kontestowaliście system w którym przyszło żyć?– Byliśmy tym pokoleniem, które już się nie bało. Poprzednie pokolenia zahaczyły o czasy stalinowskie, gdzie ludzi mordowano z powodów politycznych. Były różne postawy. Ta postawa, która mnie pociągnęła i moich przyjaciół, to próba wyjścia poza nawias systemu – nauczenie się funkcjonowania w taki sposób, aby stykać się z nim w absolutnie minimalnym zakresie. Żyć całkowicie poza nim. W drugiej połowie lat 70. dużo ludzi żyło w ten sposób – załatwiając fikcyjne zaświadczenia o pracy, zapisując się do jakichś związków artystycznych. Tworzyliśmy alternatywne społeczeństwo, które żyło całkowicie poza rzeczywistością PRL-u, swoim własnym życiem. Kontestowaliśmy całość, nie wdając się w jakieś polityczne historie.
Obok Pawła Kukiza wystąpiłeś na „Błękitnym marszu” Platformy Obywatelskiej. Zaśpiewałeś, że „jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie”. Co spowodowało ten ruch?– Głównym powodem było to, że po ostatnich wyborach w Polsce zaczęło dziać się coś groźnego. Gdzieś to już wcześniej widziałem i nie chcę żyć w takiej rzeczywistości. Oczywiście możemy powiedzieć, że nas to nie dotyczy, ale to jest chowanie głowy w piasek... Wierzę, że jeszcze będzie przepięknie i jeszcze będzie normalnie.
Twój ojciec – Eryk Lipiński – był uznanym karykaturzystą, dziennikarzem, autorem tekstów kabaretowych i książek. Czy jego twórczość miała wpływ na Twoją karierę artystyczną?– Moja sytuacja była skomplikowana. Poznałem ojca gdy miałem 8 lat, w pierwszych latach życia kiedy kształtuje się taki „szkielet człowieka”, jego rola była bardziej mityczna niż realna. Wiedziałem, że gdzieś tam jest, widziałem książki z jego ilustracjami, ale funkcjonowało to w sferze mitu. Natomiast moja mama jest grafikiem, siostra również, więc genetyka jednak działa...
Muzyk, aktor, felietonista, producent i twórca programów telewizyjnych, dyrektor w formie fonograficznej, projektant graficzny... Z niejednego pieca chleb jadłeś. Z samego grania ciężko było wyżyć, czy inne zajęcia były formą samorealizacji?– Po przełomie 89 roku rynek muzyczny w Polsce praktycznie umarł. Ludzie nie mieli pieniędzy a koncerty były na dalekim miejscu na liście potrzeb. Przez dwa lata było cienko z koncertami, więc trzeba było z czegoś żyć. Jednym z tych sposobów było podpisanie umowy z Telewizją Polską na robienie programów muzyczno-informacyjnych, co założenia miało tworzyć rynek muzyczny w Polsce. Polska zmieniała się bardzo szybko, pojawiały się nowe wyzwania. Nie było jeszcze wykształconych kadr, więc łatwiej było się przebić. Każdy kto miał jakieś doświadczenie i trochę „kumania” mógł wybierać. W związku z tym też próbowałem wiele rzeczy, ale niestety nie nadaję się do pracy w strukturze, gdzie mam szefa nad sobą, tak więc musiałem iść na swoje. Poza tym muzyka zawsze była mi najbliższa, ale są rzeczy które można robić równolegle z muzyką i nie stoją z nią w sprzeczności.
Jak wyglądają kontakty z innymi muzykami Twojego pokolenia?– Są takie kontakty, dosyć blisko z Tymonem, z niektórymi muzykami z Trójmiasta, ale to raczej na gruncie pozamuzycznym. A tak właściwie każdy idzie swoją drogą. Nastąpiły pewne rozwarstwienia materialne, ludzie pobudowali domy za miastem, najchętniej przebywają w swoim środowisku. Widzę to po sobie, że po tylu latach klubowania, jeżdżenia po koncertach, trochę mi się nie chce. Najchętniej czas spędzam w domu, na przykład z psem.
Patrząc na zachowanie ludzi podczas Twoich koncertów, domyślam się, że musi przynosić to artyście niemałą satysfakcję...– Oczywiście, po to daję na koncerty, aby ludziom się podobało. Niewiele jest gorszych rzeczy od nieudanego koncertu. Raz mi się zdarzył koncert z Tiltem w jakimś liceum, który okazał się tragedią. Do dziś jest to dla mnie jeden z najbardziej przykrych snów. Wychodzisz na scenę coś tam nie działa, wszystko się sypie, ludzie wychodzą...
Wiele początkujących zespołów wymienia Ciebie i Brygadę Kryzys jako drogowskazy na mapie rocka i uważa za współtwórców historii tego gatunku w Polsce. Jak to odbierasz?– Powiedziałbym, że oni też tworzą historię. Z całym szacunkiem i wdzięcznością należną im z mojej strony, byłoby najlepiej gdyby uwierzyli, że oni też w tej chwili tworzą historię. Jeżeli będą robić szczerze i prawdziwie to co robią, to za ileś lat ktoś przyjdzie i im powie to samo. Oczywiście też mam postaci, których słucham od lat, które mnie inspirowały i które miałem okazję poznać w przeszłości, więc wiem jak to jest z tej drugiej strony...
Dziękuję za rozmowę