Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

36857 miejsce

Języki obce na uczelni

Nauka języków obcych wpisana jest w większość programów szkół wyższych. Oczywiście zupełnie za darmo. A jak to wygląda w rzeczywistości?

Kiedy zaczynałam studia, do kwestii lektoratu z języka obcego podchodziłam z dużym dystansem. Nauczyły mnie tego doświadczenia szkoły podstawowej i średniej. Wówczas bardziej skupiałam się na prywatnych lekcjach angielskiego, niż tym, co w ramach nauki języków proponowała mi szkoła. Na moim kierunku (polonistyka, specjalność: komparatystyka; Uniwersytet Jagielloński) obowiązywały mnie dwa lektoraty, w tym jednego języka wolno mi było uczyć się od podstaw. Jeśli chodzi o to, co proponuje UJ, oferta kursów jest naprawdę bardzo bogata: poza angielskim, niemieckim i francuskim można bez problemu podjąć naukę włoskiego, hiszpańskiego, rosyjskiego czy... chińskiego. A jeśli studenci przejmą inicjatywę i zbiorą grupę chętnych marzących o nauce któregoś z rzadszych języków, to również da się zorganizować. Mało tego: zgodnie z przepisami, od roku akademickiego 2005/2006 grupa lektoratowa może liczyć maksymalnie piętnaście osób. Świeżo upieczeni studenci są zatem pełni entuzjazmu: zapowiada się ciekawie. Pora na zimny prysznic.

Poszłam na test kwalifikacyjny z języka angielskiego, organizowany w dużej auli w Kampusie UJ. Jedna z pań prowadzących całą imprezę oświadczyła, że po napisaniu testu dostaniemy kartę odpowiedzi i... mamy sami siebie sprawdzić, zapisując na kartce liczbę zdobytych przez siebie punktów.
- Jeśli ktoś da sobie za dużo punktów, to po prostu będzie w trudniejszej grupie - wyjaśniła.

Test napisałam, nawet całkiem nieźle, ale zniechęcona lekko lekceważącym podejściem do tematu ze strony lektorki, postanowiłam zapisać się na niemiecki. Tu również czekał mnie test: dostałam się do najlepszej grupy, przed sobą miałam zatem dwa lata nauki na najwyższych obrotach. Tak się wydawało. Z podręcznika, który polecono nam kupić, w ciągu tych dwóch lat przerobiliśmy aż... kilkanaście stron. Trudno powiedzieć, czemu zawdzięczaliśmy tak zawrotne tempo. Wiem jedno: jeśli chodzi o moją znajomość języka niemieckiego, tych dwóch lat na uczelni mogłoby tak naprawdę nie być.


Jako "wspomagacz" wybrałam Instytut Goethego w Krakowie. Kursy nie należą do tanich - płaci się ok. 800 zł za semestr (istnieje możliwość zapłaty w ratach). Mimo to, chętnych jest sporo - liczba osób w grupie często odpowiada maksymalnej dopuszczanej przez Instytut. Przeważają studenci, w sytuacji podobnej do mojej. Zajęcia polegają głównie na mówieniu i poszerzaniu słownictwa. Mimo iż prowadzą je Polki, praktycznie całe zajęcia są po niemiecku. O samych kursach świadczy najlepiej to, że wielu uczących się po zakończeniu danego poziomu decyduje się na kontynuację nauki. Co ciekawe, w Instytucie Goethego przerabiałam tę samą książkę, która obowiązywała mnie na UJ - tyle że w ciągu jednego semestru opracowaliśmy ponad połowę zawartego w niej materiału.

Moim drugim językiem na studiach był włoski. Do dziś pamiętam przede wszystkim chłód poranków, ósme piętro Collegium Paderevianum, a wszystko to w atmosferze oczekiwania na lektorkę, która spóźniała się na każde zajęcia średnio piętnaście minut. Kilka razy po prostu nie przyszła. Osoby, które chciały pójść do niej na dyżur, modliły się o to, by ją w ogóle zastać. Pamiętam SMS-a od przerażonej koleżanki, która była umówiona z lektorką na termin egzaminu ustnego i ponad godzinę czekała na nią przed drzwiami pustego gabinetu.
Jeśli chodzi o wartość merytoryczną kursu, było kiepsko - z materiałem szliśmy ostro do przodu, za to bardzo pobieżnie. Dlatego, nie chcąc zmarnować dwóch lat i mając przed sobą wizję egzaminu, sięgnęłam po kursy korespondencyjne ESKK. Kosztowało mnie to około 45 zł miesięcznie, za to pozwoliło gruntowanie i bez stresu przygotować się do egzaminu. Tę metodę nauki odkryłam jako pomocną zwłaszcza na początkowym etapie nauki języka: wymaga częstych powtórek, zakłada również kontakt z nauczycielem korygującym nasze błędy.

Lubię się uczyć języków, nie tylko w ramach przygotowania do egzaminów, ale przede wszystkim dla czystej przyjemności. Ta rozrywka nie należy jednak do tanich. Chciałabym kiedyś dowiedzieć się, że na jakimś uniwersytecie, lektorat z języka obcego był prowadzony solidnie - oczywiście w stosunku do warunków, ograniczonych wymiarem godzin i często zbyt dużą liczbą osób w grupie. Chciałabym uwierzyć w ideę darmowej nauki języka. Na razie spotkały mnie same rozczarowania. Może źle trafiałam...?

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (3):

Sortuj komentarze:

Beato: oczywiście zakładam, że słucham nagrań.
Co do uczenia: masz rację... zresztą, dotyczy to nie tylko języków obcych, ale w ogóle nauczania.

Komentarz został ukrytyrozwiń

To chyba nie jest wyjątek. Na UŚ podobnie jest. Ale ja nie narzekam;)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Beato, sądzę, że dużo zależy od naszej metody nauki - ja powtarzałam bardzo dużo na głos, to wiele daje. Sądzę, że korespondencyjnie nie można się NAUCZYĆ języka, ale opanować jego podstawy - owszem. Na pewno nie jest to jednak dobra metoda dla kogoś, kto szuka jednej skutecznej metody nauki, takiej na dłuższą metę.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.