Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

48026 miejsce

Języki obce na uczelni

Nauka języków obcych wpisana jest w większość programów szkół wyższych. Oczywiście zupełnie za darmo. A jak to wygląda w rzeczywistości?

Kiedy zaczynałam studia, do kwestii lektoratu z języka obcego podchodziłam z dużym dystansem. Nauczyły mnie tego doświadczenia szkoły podstawowej i średniej. Wówczas bardziej skupiałam się na prywatnych lekcjach angielskiego, niż tym, co w ramach nauki języków proponowała mi szkoła. Na moim kierunku (polonistyka, specjalność: komparatystyka; Uniwersytet Jagielloński) obowiązywały mnie dwa lektoraty, w tym jednego języka wolno mi było uczyć się od podstaw. Jeśli chodzi o to, co proponuje UJ, oferta kursów jest naprawdę bardzo bogata: poza angielskim, niemieckim i francuskim można bez problemu podjąć naukę włoskiego, hiszpańskiego, rosyjskiego czy... chińskiego. A jeśli studenci przejmą inicjatywę i zbiorą grupę chętnych marzących o nauce któregoś z rzadszych języków, to również da się zorganizować. Mało tego: zgodnie z przepisami, od roku akademickiego 2005/2006 grupa lektoratowa może liczyć maksymalnie piętnaście osób. Świeżo upieczeni studenci są zatem pełni entuzjazmu: zapowiada się ciekawie. Pora na zimny prysznic.

Poszłam na test kwalifikacyjny z języka angielskiego, organizowany w dużej auli w Kampusie UJ. Jedna z pań prowadzących całą imprezę oświadczyła, że po napisaniu testu dostaniemy kartę odpowiedzi i... mamy sami siebie sprawdzić, zapisując na kartce liczbę zdobytych przez siebie punktów.
- Jeśli ktoś da sobie za dużo punktów, to po prostu będzie w trudniejszej grupie - wyjaśniła.

Test napisałam, nawet całkiem nieźle, ale zniechęcona lekko lekceważącym podejściem do tematu ze strony lektorki, postanowiłam zapisać się na niemiecki. Tu również czekał mnie test: dostałam się do najlepszej grupy, przed sobą miałam zatem dwa lata nauki na najwyższych obrotach. Tak się wydawało. Z podręcznika, który polecono nam kupić, w ciągu tych dwóch lat przerobiliśmy aż... kilkanaście stron. Trudno powiedzieć, czemu zawdzięczaliśmy tak zawrotne tempo. Wiem jedno: jeśli chodzi o moją znajomość języka niemieckiego, tych dwóch lat na uczelni mogłoby tak naprawdę nie być.


Jako "wspomagacz" wybrałam Instytut Goethego w Krakowie. Kursy nie należą do tanich - płaci się ok. 800 zł za semestr (istnieje możliwość zapłaty w ratach). Mimo to, chętnych jest sporo - liczba osób w grupie często odpowiada maksymalnej dopuszczanej przez Instytut. Przeważają studenci, w sytuacji podobnej do mojej. Zajęcia polegają głównie na mówieniu i poszerzaniu słownictwa. Mimo iż prowadzą je Polki, praktycznie całe zajęcia są po niemiecku. O samych kursach świadczy najlepiej to, że wielu uczących się po zakończeniu danego poziomu decyduje się na kontynuację nauki. Co ciekawe, w Instytucie Goethego przerabiałam tę samą książkę, która obowiązywała mnie na UJ - tyle że w ciągu jednego semestru opracowaliśmy ponad połowę zawartego w niej materiału.

Moim drugim językiem na studiach był włoski. Do dziś pamiętam przede wszystkim chłód poranków, ósme piętro Collegium Paderevianum, a wszystko to w atmosferze oczekiwania na lektorkę, która spóźniała się na każde zajęcia średnio piętnaście minut. Kilka razy po prostu nie przyszła. Osoby, które chciały pójść do niej na dyżur, modliły się o to, by ją w ogóle zastać. Pamiętam SMS-a od przerażonej koleżanki, która była umówiona z lektorką na termin egzaminu ustnego i ponad godzinę czekała na nią przed drzwiami pustego gabinetu.
Jeśli chodzi o wartość merytoryczną kursu, było kiepsko - z materiałem szliśmy ostro do przodu, za to bardzo pobieżnie. Dlatego, nie chcąc zmarnować dwóch lat i mając przed sobą wizję egzaminu, sięgnęłam po kursy korespondencyjne ESKK. Kosztowało mnie to około 45 zł miesięcznie, za to pozwoliło gruntowanie i bez stresu przygotować się do egzaminu. Tę metodę nauki odkryłam jako pomocną zwłaszcza na początkowym etapie nauki języka: wymaga częstych powtórek, zakłada również kontakt z nauczycielem korygującym nasze błędy.

Lubię się uczyć języków, nie tylko w ramach przygotowania do egzaminów, ale przede wszystkim dla czystej przyjemności. Ta rozrywka nie należy jednak do tanich. Chciałabym kiedyś dowiedzieć się, że na jakimś uniwersytecie, lektorat z języka obcego był prowadzony solidnie - oczywiście w stosunku do warunków, ograniczonych wymiarem godzin i często zbyt dużą liczbą osób w grupie. Chciałabym uwierzyć w ideę darmowej nauki języka. Na razie spotkały mnie same rozczarowania. Może źle trafiałam...?

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (3):

Sortuj komentarze:

Beato: oczywiście zakładam, że słucham nagrań.
Co do uczenia: masz rację... zresztą, dotyczy to nie tylko języków obcych, ale w ogóle nauczania.

Komentarz został ukrytyrozwiń

To chyba nie jest wyjątek. Na UŚ podobnie jest. Ale ja nie narzekam;)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Beato, sądzę, że dużo zależy od naszej metody nauki - ja powtarzałam bardzo dużo na głos, to wiele daje. Sądzę, że korespondencyjnie nie można się NAUCZYĆ języka, ale opanować jego podstawy - owszem. Na pewno nie jest to jednak dobra metoda dla kogoś, kto szuka jednej skutecznej metody nauki, takiej na dłuższą metę.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.