Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

132898 miejsce

Jim Morrison - psychodeliczny Edyp

Płyta o tyle niezwykła, że pierwsza. To za jej sprawą narodził się ten młody bóg, a zarazem przeklęty poeta. Narodził się, by za 4 lata konać po przedawkowaniu heroiny, na kiblu jednego z paryskich klubów.

Okładka albumu "The Doors" / Fot. The DoorsJak łatwo się domyślić (przeważnie zespoły nazywają swój pierwszy album swoją nazwą - taka mała kryptoreklama), płyta "The Doors" jest autorstwa The Doors. Doorsi powstali w 1965 roku. Rok później ruszyły prace nad pierwszym krążkiem. We wrześniu 1966 roku wszystko było nagrane. Teksty do niemal wszystkich utworów (8 na 10) napisał Jim, szkolny poeta. Z wydaniem czekano do stycznia 1967. Początkowo nic nie zapowiadało, że płyta sprzeda się w 3,5 mln egzemplarzach. Winę zrzucano na zły wybór singla.

Na pierwszy ogień poszedł bowiem "Break On Through". Choć po latach utwór emanuje niezaprzeczalnym geniuszem Morrisona, wówczas przeszedł bez większego echa. Trzeba było wyciągnąć najcięższe działa. Wybór drugiego singla padł na "Light Me Fire". I wiemy co się stało. Bum! Amerykanie oszaleli na punkcie The Doors. Refren ze słowami: "Come on baby, light my fire" ("Chodź, kochanie wznieć we mnie ogień") zdobi dziś dziesiątki tysięcy koszulek. Klawiszowiec i założyciel zespołu, Ray Manzarek gra jak natchniony. Utwór, choć skrócony o część instrumentalnego solo, sprzedał się jako singiel w liczbie ponad miliona egzemplarzy! The Doors znów byli w grze.

Oprócz dwóch wspomnianych utworów na płycie znajdziemy jeszcze kilka godnych waszego czasu. "Alabama Song" wyraźnie odstaje od innych kompozycji. Ale właśnie tą innością przyciąga. Przyciąga bardziej niż przyciągają się przeciwieństwa. Piosnka z Alabamy, znana także jako "Whisky Bar" nie jest autorstwa Doorsów. Muzykę skomponował Kurt Weill. Słowa napisał niemiecki poeta Bertolt Brecht. Na brecht się może nie zbiera, ale na uśmieszek już tak. Morrison śpiewa: "For if we don't find | The next whiskey bar | I tell you we must die" ("Jeśli zaraz nie znajdziemy | Tego whisky-baru | Powiem ci, że będziemy musieli umrzeć"). Całość brzmi jak piosenka z francuskiego kabaretu. Poprzedzając na płycie "Light Me Fire", wprowadza przyjemny powiew świeżości.

Spore kontrowersje wzbudził i wzbudza tekst "Back Door Man" ("Facet tylnich wejść"). "Yeah, I'm a back door man | I'm a back door man" ("Yeah, Jestem facetem tylnych wejść | Jestem facetem tylnych wejść") - i już wszystko jasne. Do tego te dzikie ryki i okrzyki Morrisona. W końcu ubóstwiał Zygmunta Freuda, który wszystkie ludzkie działania sprowadzał do seksu. Doorsi szokują, ale nie po raz ostatni…

Muzycznie i tekstowo na kolana powala ostatnia propozycja, "The End". Pozostawiona na deser, stanowi esencje tego zespołu, ich muzyki, tej płyty i rocka psychodelicznego. Młody Morrisom podkochiwał się w swojej… matce. Równie mocno nienawidził ojca. Znajdziemy tutaj wyraźne aluzje do tej zakazanej miłości: "And he came to a door... | And he looked inside | Father, | yes son, | I want to kill you | Mother...I want to...f*ck you" ("Podszedł do drzwi | I zajrzał do środka | "Ojcze?" | "Tak synu?" | "Chcę cię zabić" | "Mamo, chcę cię..."). Po takim wyznaniu na końcu można zaniemówić. Zwłaszcza, że z początku nie wiemy, że kobieta do której śpiewa Jim, to jego matka. Odważne słowa, których wyśpiewanie wymagało sporej odwagi. Pomyśleć, że gdy Morrison zaczynał swoją przygodę z muzyką, był nieśmiałym, wpatrzonym w ziemię wstydnisiem. Wszystko to przepełnione goryczą, smutkiem, żalem.

Oprócz tego na płycie znajdziemy kilka ładnych ballad, jak "The Crystal Ship", przepiękne "End Of The Night" czy odrobinę żywsze "I Looked At You". Płyta kończy się po upływie 43 minut, zostawiając nas w szoku, po wysłuchaniu „The End”. Naturalnie jeśli rozumiemy podstawowy angielski ("Mother...I want to...f*ck sou") lub czytaliśmy tą recenzję. Mimo, że bardzo cenię wydaną kilka lat później "L.A. Woman", "The Doors" to najlepsza płyta w dorobku grupy. Zachwyca, choć minęło już prawie pół wieku od jej premiery. To płyta pełna. Rozpoczyna się żywo i z animuszem, kończy się tak, że brakuje słów. Środek wypełnia nadzienie, które powoli wyciskane wprowadza nas w klasykę rocka psychodelicznego. Tylko róbmy to powoli, by nas nie zamuliło. Polecam.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (4):

Sortuj komentarze:

boo
  • boo
  • 19.05.2011 00:48

Tak Morrison umarł z przedawkowania w kiblu klubu niedaleko hotelu gdzie mieszkał takie są najnowsze ustalenia. Po stwierdzeniu że umarł przeniesiono go do pokoju i umieszczono w wannie. O ironio przenieśli go ci sami którzy sprzedali mu czystą heroinę, którą się zaćpał na śmierć. Klub chciał uniknąć skandalu, o prawdzie wiedziało tylko kilka osób a było późno(około 3 rano). To właśnie skrucha jednej osoby stojącej na skraju życia rozświetliła tą całą zagadkę.

Komentarz został ukrytyrozwiń
Mateusz K
  • Mateusz K
  • 27.02.2011 10:16

kiblu? w wannie zmarł!

generalnie artykuł godny przeczytania.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Fajny artykuł, lekko się czyta, no i fajnie jest od czasu do czasu poczytać o klasyce rocka wśród zalewających nas zewsząd newsach o kakofonii...:) 5*

Komentarz został ukrytyrozwiń

Świetny artykuł -5 gwiazek

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.