Pozycja materiału w rankingach:

Posłowie parlamentu Europejskiego obradowali w czwartek w Berlinie w sprawie licznych petycji, dotyczących dyskryminacyjnych działań niemieckich Jugendamtów. Chodzi o zakaz używania języka polskiego w Niemczech.
Jedna z uczestniczek misji dotyczącej Jugendamtow i dyskryminacji Polaków w Niemczech, polegającej na urzędowym zakazywaniu im używania języka ojczystego, pani prof. Lena Kolarska Bobińska, która w programie „Warto Rozmawiać” z 4 lutego 2010 r. wypowiedziała się przeciwko tej antypolskiej dyskryminacji, nazywając ją po imieniu, wzięła udział, w jak to ujęła w skierowanym do mnie liście, w „fact-finding mission”. Jak gdyby fakty były parlamentarzystom PE i jej nieznane. Fakty, które zostały przedstawione w dziesiątkach petycji i potwierdzone w dokumencie roboczym Komisji Petycji PE z 11 stycznia 2009 r.Zobacz także:
Artykuły
(21)
Galerie
(0)
Średnia ocen
(2.27)
Wiek: 60 | Miejscowość: Duisburg | Kraj: Niemcy
O mnie: Od stanu wojennego za granicami Polski. Głównie w Niemczech, gdzie po wycofaniu się alianckich okupantów rekonstruuje się niemiecką tradycję i kulturę. Zalozyciel organizacji Stowarzyszenie Polskie Rodzice przeciw Dyskryminacji Dzieci T.Z. w... więcej
Ostatnie artykuły autora:
Sortuj komentarze:
Hagen Lux 02.12.2011 15:43
@ M.Kraszewski
Proszę sobie przeczytac wpis p.Laubert z 30.11.2011 11:0,to bardzo madra propozycja,napewno pomoże.
Miroslaw Kraszewski 01.12.2011 19:28
Grzegorz Wink Dzisiaj 14:14
Ocena: 1 0
Cytuję z Pana wypowiedzi:
Czyli to nie jest działanie antypolskie tylko w ogóle urząd nadużywa swojej władzy. Nawet w stosunku do Niemców.
Czyli nie należy tego postrzegać jako zorganizowanej akcji antypolskiej, tylko jako działanie niezgodne z aktualnym statutem owego urzędu.
Oczywiście, że administracja polska mogła by zadziałać energiczniej w tej sprawie i nie należy tego zostawiać odłogiem, ale trzeba porzucić "dramatyczny" ton i zająć się konkretnymi przypadkami zamiast pisać o "germanizacji od czasów Bismarcka".
=======================================
Oczywisci e ze jest to dzialanie wymierzone przeciwko Polakom wiec antypolskie (i nie tylko antypolskie). Teraz biora sie rowniez za asymilacje innych narodowosci. Pod plaszczykiem "koniecznosci integracji". Jak juz wspomnialem za czasow Bismarcka zakazywano tylko odmawiania pacierza po polsku. Teraz ida dalej. Za przyzwoleniem Ex minister sprawiedliwosci Zypries i pelnomocnika rzadu Prof. Gesine Schwan stosowana jest dyskryminacja. Jest to wiec działanie zgodne z aktualnym statutem polityki niemieckiego rzadu, tym samym Jugendamtu.
Grzegorz Wink 01.12.2011 14:14
Cytuję z Pana wypowiedzi:
"W rozmowie z "Naszym Dziennikiem" deputowana przyznała, że skargi na urzędy ds. dzieci i młodzieży rzeczywiście ciągle napływają, ale jest ich znacznie mniej niż kilka lat temu. - To nie są tylko polskie skargi, to są także skargi francuskie, włoskie, a nawet niemieckie - tłumaczy poseł. W tej chwili w Komisji Petycji nie ma żadnych polskich spraw otwartych. - Niemcy są bardzo świadomi reakcji, jakie wynikają z zainteresowania innych krajów działalnością tych instytucji, w związku z tym starają się bardziej skutecznie działać. - Niemcy z jednej strony bronią Jugendamtów, ale z drugiej strony mają świadomość wielu nieprawidłowości - zaznaczyła Kolarska-Bobińska."
Czyli to nie jest działanie antypolskie tylko w ogóle urząd nadużywa swojej władzy. Nawet w stosunku do Niemców.
Czyli nie należy tego postrzegać jako zorganizowanej akcji antypolskiej, tylko jako działanie niezgodne z aktualnym statutem owego urzędu.
Oczywiście, że administracja polska mogła by zadziałać energiczniej w tej sprawie i nie należy tego zostawiać odłogiem, ale trzeba porzucić "dramatyczny" ton i zająć się konkretnymi przypadkami zamiast pisać o "germanizacji od czasów Bismarcka".
Miroslaw Kraszewski 01.12.2011 08:51
Marcin Gall, prezes Międzynarodowego Stowarzyszenia Przeciw Dyskryminacji Dzieci w Niemczech, w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" powiedział, że jego organizacja w tej chwili prowadzi kilkanaście nowych spraw, w których pokrzywdzeni są rodzice pochodzenia polskiego lub polscy obywatele. Jego zdaniem, Kolarska-Bobińska pomimo znajomości tematu do tej pory nie zrobiła nic w tej kwestii. - Moim zdaniem, wysiłki polskich władz są jedynie pozorowane, bo z ich dotychczasowych działań wynika, że polscy urzędnicy ciągle bagatelizują problemy polskich rodziców w starciu z niemieckimi urzędami - zaznacza nasz rozmówca.
Problemem jest także bezczynność naszej dyplomacji. Mirosław Kraszewski przedstawił nam kopie dokumentów, z których wynika, że na przykład polski konsul w Kolonii Jacek Frączek zapewniał niemieckich urzędników o tym, jakoby nie znał żadnych wyroków sądowych zakazujących używania w kontaktach z dziećmi polskiego języka. - Problemem jest jednak fakt, że po pierwsze, sam przekazywałem panu konsulowi informacje o minimum trzech takich wyrokach, a po drugie, pisała o nich polska i niemiecka prasa - powiedział Kraszewski. Przewodniczący stowarzyszenia jest zdania, że polscy urzędnicy wręcz sprzyjają niemieckiej stronie i próbują nakłaniać Polaków, aby ci nie występowali przeciwko Jugendamtom, gdyż tylko mogą pogorszyć swoją sytuację.
Inny skarżący się do PE (tym razem Niemiec), Thomas Porabka, któremu urzędnicy niemieccy odebrali niepełnosprawnego syna, przyznaje, że jedynym sposobem zmiany zasad działania Jugendamtów są naciski z zewnątrz. - Od dawna wiemy, że jakakolwiek pomoc w walce z maszyną Jugendamtów nigdy nie nadejdzie z Berlina. Naszą nadzieją są wszelkie działania na arenie międzynarodowej - mówi Porabka.
- Od ośmiu lat osobiście próbuję władzy zasygnalizować ten problem. Robię to nie tylko ja, ale także inne pokrzywdzone osoby i organizacje pozarządowe. Zawsze otrzymujemy tę samą odpowiedź z ministerstw i Bundestagu: władza wykonawcza i ustawodawcza nie chce w tym zakresie żadnych zmian - dodaje.
Mecenas Stefan Hambura, od wielu lat reprezentujący Polaków walczących w sądach o prawa rodzicielskie, którzy zostali pozbawieni przez byłych współmałżonków prawa kontaktu z dziećmi lub zostało ono drastycznie ograniczone, nie ma wątpliwości, że sytuację może poprawić jedynie zmiana prawa. Nawet poprzez zmiany zapisów w konstytucji. Hambura nie wyklucza także konieczności likwidacji tych urzędów. - Praktycznie Jugendamty nie podlegają żadnej kontroli. Należałoby się poważnie zastanowić, czy urzędy te rzeczywiście wywiązują się z powierzonej im roli, być może nadszedł czas na przeprowadzenie w Niemczech dużej reformy administracyjnej, która objęłaby obowiązkowo także te urzędy - tłumaczy.
Jugendamt to relikt polityki narodowo-socjalistycznej. Urząd w założeniu ma dbać o dobro dzieci. W rzeczywistości ma tak ogromne kompetencje, że ingeruje bardzo głęboko w życie tysięcy rodzin, najczęściej cudzoziemców. Każda władza Landkreisu (odpowiednik polskiego województwa), a także każda władza wolnych miast (Kreisfreiestaedte, np. Hamburg, Berlin, Monachium, Norymberga, ale także Frankfurt (Oder) - w zasadzie wszystkie powyżej 100 000 mieszkańców) ma obowiązek powołać Jugendamt. Z jednej strony Jugendamt powoływany jest przez Jugendhilfeausschuss, czyli komisję pomocy młodzieży, w skład której wchodzą wybrani radni gminy, miasta lub województwa, a z drugiej przedstawiciele poszczególnych administracji (wojewódzkich czy też wolnych miast). Do 1952 roku Jugendamty podlegały MSW. Teraz są jednostkami zależnymi jedynie od lokalnych urzędników, którzy finansują ich działanie, ale jak pokazuje praktyka, mają niewielki wpływ na ich postępowanie. Teoretycznie dużo do powiedzenia w kwestiach Jugendamtów ma burmistrz lub odpowiednik polskiego wojewody, ale w praktyce władza ta jest symboliczna.
Waldemar Maszewski, Hamburg Nasz dziennik Czwartek, 1 grudnia 2011, Nr 279 (4210)
Miroslaw Kraszewski 01.12.2011 08:43
Nasz Dziennik: Jugendamty do raportu
Będzie nowy raport na temat dyskryminującej działalności Jugendamtów. Na ten temat w Berlinie rozmawiali deputowani z Komisji Petycji w Parlamencie Europejskim.
Do niemieckiej stolicy przybyła siedmioosobowa delegacja Komisji Petycji Parlamentu Europejskiego (KPPE), złożona z europosłów, którzy spotkali się z przedstawicielami ministerstwa sprawiedliwości, sędziami sądów rodzinnych oraz członkami Bundestagu. Rozmowy miały pomóc w pracach nad nowym raportem komisji dotyczącym skarg na Jugendamty. Jednymi z pierwszych skarżących byli Polacy, którym zakazywano komunikowania się z dziećmi w języku polskim. W 2007 r. poszkodowani złożyli do Komisji Petycji PE skargi na urzędników Jugendamtów. Opisywali przypadki utrudniania im kontaktów lub wręcz zakazywania rozmowy w języku polskim z dziećmi. Komisja postanowiła zbadać sprawę, uznając, że w opisanych przypadkach zachodzi bardzo duże prawdopodobieństwo możliwości złamania prawa unijnego. W 2009 r. wydała pierwsze sprawozdanie, w którym stwierdziła, że Jugendamty wielokrotnie naruszały prawa rodziców, ale dokument nigdy nie otrzymał rangi formalnego stanowiska Parlamentu Europejskiego.
Od tego czasu do komisji wpłynęło 119 petycji ze skargami, co potwierdził w jednym z wywiadów dla niemieckiej prasy uczestnik rozmów w Berlinie, francuski eurodeputowany z Komisji Petycji Philippe Boulland (członek Europejskiej Partii Ludowej). Trochę łagodniej do tematu podchodzi polska europosłanka z PO, która także brała udział w berlińskich spotkaniach, prof. Lena Kolarska-Bobińska, która przyznała, że skargi skierowane do PE często dotyczą utrudniania przez Jugendamty kontaktów z dziećmi rodzicom z małżeństw mieszanych, po rozwodzie. Jej zdaniem, misja deputowanych była bardzo delikatna, bo dotyczyła oskarżeń o dyskryminację w jednym z krajów unijnych, a sprawę Jugendamtów należałoby wyjąć z kontekstu politycznego i historycznych resentymentów. I spojrzeć na problem z punktu widzenia rozwiązań instytucjonalnych.
W rozmowie z "Naszym Dziennikiem" deputowana przyznała, że skargi na urzędy ds. dzieci i młodzieży rzeczywiście ciągle napływają, ale jest ich znacznie mniej niż kilka lat temu. - To nie są tylko polskie skargi, to są także skargi francuskie, włoskie, a nawet niemieckie - tłumaczy poseł. W tej chwili w Komisji Petycji nie ma żadnych polskich spraw otwartych. - Niemcy są bardzo świadomi reakcji, jakie wynikają z zainteresowania innych krajów działalnością tych instytucji, w związku z tym starają się bardziej skutecznie działać. - Niemcy z jednej strony bronią Jugendamtów, ale z drugiej strony mają świadomość wielu nieprawidłowości - zaznaczyła Kolarska-Bobińska.
Komisja Petycji PE przygotowuje oficjalny raport, w którym zostanie poruszona kwestia stosowania przez niemieckich urzędników nagannych praktyk dyskryminujących. - Tym razem doprowadzimy do tego, że będzie to oficjalny raport Parlamentu Europejskiego, gdzie wytkniemy różne problemy, które stwarzają Jugendamty - zapewnia deputowana. - Mamy liczne skargi z wielu krajów mówiące o działaniach dyskryminujących niemieckich urzędników - dodaje. Kolarska-Bobińska przyznaje, że właśnie takie będzie stanowisko KPPE pomimo sprzeciwu europosłów niemieckich, którzy próbowali bronić Jugendamty, twierdząc, że omawiane przypadki są jedynie zdarzeniami incydentalnymi.
W skuteczność działań komisji nie za bardzo wierzy Mirosław Kraszewski, członek Stowarzyszenia Polskiego Rodzice przeciw Dyskryminacji Dzieci T.Z. w Niemczech. Przypomniał on, że na około 400 różnych petycji, jakie otrzymała, KPPE do tej pory zdążyła rozpatrzyć jedynie... jedną. Kraszewski zaznaczył, że lekceważący stosunek eurodeputowanych do sprawy spowodował, iż polscy rodzice zniechęcili się do składania tego typu petycji. wiecej ND Czwartek, 1 grudnia 2011, Nr 279 (4210)
Miroslaw Kraszewski 30.11.2011 21:07
edek Dzisiaj 18:12
Ocena: 1 0
Pan Grzegorz mało co rozumie. Żyje sobie w swoim wyimaginowanym utopijnym lewicowym świecie i idaje Greka.
========================================
Nie jestem pewny. Mysle ze jest to wyjatkowo gleboko niedoinformowany Pan, ktory zapytuje mnie o pewne sprawy nie wiedzac zapewne o tym, ze powinien zapytac w MSZ, oraz polskim i niemieckim urzedzie statystycznym, Polskiej Ambasadzie w Berlinie.
edek 30.11.2011 18:12
Pan Grzegorz mało co rozumie. Żyje sobie w swoim wyimaginowanym utopijnym lewicowym świecie i idaje Greka.
W Niemczech żyje od dwóch do nawet 3 milionów Polaków. Ilu dokładnie trudno zliczyć bo "demokratyczne" państwo niemieckie nie uznaje ich za mniejszość. Proszę sobie za to wyobrazić wrzask gdybyśmy zdelegalizowali mniejszość niemiecką w Polsce.
Miroslaw Kraszewski 30.11.2011 18:00
PS. Pan Sikorski MUSI posiadac i podac panu te dane. Prosze opublikowac jego dane w W24. bedzie o czym dyskutowac.
Miroslaw Kraszewski 30.11.2011 17:59
Grzegorz Wink Dzisiaj 14:18
Nie lubie sie powtarzac. Pan nie zrozumial problemu, wiec powtorze troche inaczej: jezeli na (nielegalne, dyskryminujace) pojedyncze zakazy jezyka polskiego Polakom w Niemczech przez niemieckie sady i urzedy dozwala pisemnie niemieckie ministerstwo sprawiedliwosci, pani Dr. Brigitte Zypries oraz pelnomocnik do stosunkow polsko-niemieckich Prof. Gesine Schwan, tlumaczac ze nalezy to respektowac - nie podajac podstawy prawnej, to nie ma dla samej sprawy znaczenia to, czy w jednostki samorzadu teryterialnego pozostajace bez jakiejkolwiek kontroli panstwa i niezalezne sady rodzinne Jugendamty w "terenie" beda to stosowaly w jednym czy w setkach tysiecy przypadkow. One to stosuja. Stosuja bezprawie pod egida niemieckiej kultury i polityki. Za pozwoleniem pana ministra Sikorskiego.
Na pewno pan minister Sikorski odpowie panu lepiej niz ja na pytania dotyczace statystyki. Jest do tego zobowiazany w ciagu 30 dni. Prosze o to oficjalnie wniesc do MSZ.
Izkarioza 30.11.2011 16:17
Mój kolega z narodu wybranego powiedział, że jeśli w Polsce choćby jeden starszy brat nie mógł kultywować tradycji narodowych, to tak jak by wszyscy ludzie na świecie byli zniewoleni. Były by to przejawy nazizmu, w narodowym opakowani. Radek = Zdradek - suwerenności?!
Piękno i... dziwaczność w drzewach zaklęte [Galeria]
(odsłon: +266)