Facebook Google+ Twitter

Justyna Steczkowska zatańczy w „Tańcu z gwiazdami”

  • Źródło: Polska
  • Data dodania: 2007-09-04 16:22

W maju wydała swoją najnowszą płytę „Daj mi chwilę”, a już w najbliższą niedzielę wystartuje w 6. edycji popularnego programu TVN „Taniec z gwiazdami”. Jej partnerem będzie Stefano Terazzino, który w parze z Kingą Rusin wygrał 4. edycję tego programu.

Piosenkarka Justyna Steczkowska na mole w Sopocie. / Fot. PAP/Barbara OstrowskaTwój najnowszy album „Daj mi chwilę” to płyta bardzo dojrzałej i świadomej swoich wartości kobiety, która wiedziała, co chce na niej zawrzeć. Ile czasu nad nią pracowałaś?

Justyna Steczkowska: Samo nagrywanie trwało kilka miesięcy, ale mieliśmy bardzo dużo pracy wcześniej: odsłuchiwanie kompozycji, rozmowy z tekściarzami, szukanie muzyki. Ale jak się chce zrobić coś dobrego, to taki proces zawsze długo trwa. Było bardzo dużo twórczych dyskusji i tarć między artystami.

Na potrzeby nowej płyty zmieniłaś wizerunek. Ścięłaś włosy, postawiłaś na delikatniejszy makijaż, inaczej się też ubierasz...

- Żeby zmienić wizerunek, trzeba samemu wewnętrznie tego potrzebować. Zaczęłam się obawiać, że nie mam miłości ludzi, że widzą we mnie tylko niedostępną gwiazdę. Zawsze marzyłam o tym, żeby ludzie doceniali mnie za to, co potrafię. W dzisiejszych czasach gwiazdą może być każdy. Nie mówię, że to źle. W końcu niech każdy ma swoje pięć minut. Lubię, kiedy ludzie widzą we mnie po prostu wokalistkę. Słowo „gwiazda” źle na mnie działa. Zależało mi na tym, żeby pokazać, że jestem zupełnie normalną dziewczyną taką jak oni, mającą takie same problemy. Młodzi ludzie kiedyś patrzyli na mnie jak na jakąś diwę w cekinowych sukniach. To było nie dla nich... Nie chcę być monumentem ani tym bardziej wieszczem. Chcę tylko śpiewać i wzruszać ludzi, żeby się cieszyli jak tego słuchają, by się kochali, przytulali, spowodować, żeby pomyśleli nad czymś głębiej. Bo muzyka zawsze temu służyła. Mam nadzieję, że udało mi się to osiągnąć dzięki nowej płycie.

Czujesz się dziś osobą spełnioną? Bo twój nowy krążek dowodzi, że jesteś szczęśliwa, przynajmniej w życiu prywatnym.

Na pewno. Poza tym ja naprawdę nie mam na co narzekać. Dostałam od losu bardzo wiele. Rodzinę, o której marzyłam, męża... Mieszkamy sobie na wsi, mamy spokojny dom. Każde z nas wykonuje pracę, jaką lubi. On jest architektem, ja jestem dziewczyną, która śpiewa.

Czy mąż jest twoim pierwszym krytykiem?

Słucha, oczywiście. I ocenia to bardzo uczciwie. Nowa płyta bardzo mu się spodobała, czego nie mógł powiedzieć o albumie „Femme fatale”. Stwierdził: „Owszem, śpiewasz świetnie i twoje interpretacje są bardzo interesujące, ale ja bym sobie takiej płyty nie włączył w domu” (śmiech). Cieszę się, że podchodzi do tego normalnie i nie próbuje uszczęśliwiać mnie na siłę.

Czy wasze dzieci są obciążone artystycznymi genami?

Na jednego syna obciążenie trafiło po mężu. Jest uzdolniony muzycznie, ale przede wszystkim ma zdolności do konstrukcji budowli i rysunku. Czasem zachwyca nas, jak dziecko w wieku trzech lat potrafi zbudować konstrukcję z klocków. Natomiast młodszy synek, który ma dwa lata, jest chyba bliższy muzyce. Zaśpiewał kiedyś kawałek kołysanki. Jest maleńki, a zrobił to w miarę czysto. Byłam w szoku, że w tym wieku dziecko wydaje takie dźwięki, które są kompatybilne z tym, co słyszy.

Chciałabyś, żeby któryś z nich poszedł w twoje ślady?

Chcę, żeby moje dzieci były szczęśliwe. Nie będę im niczego zabraniać i nie będę mówić, że mój zawód jest zły. To, że bywa trudny... który zawód taki nie jest? Przed niczym ich nie uchronię. Muszą sami pójść przez życie, sami się sparzyć, żeby zrozumieć, by nie iść dłużej tą drogą. Najlepiej im zaufać i chronić tam, gdzie to konieczne, by nie zrobiły sobie krzywdy. Ale muszą czuć, że to co mają zawdzięczają sobie, bo wtedy to dopiero przynosi prawdziwą satysfakcję.

Tak było w twoim przypadku.

W dużej mierze tak. Na sukces składa się oczywiście praca wielu innych ludzi. Spotkania z nimi. Przy pierwszej płycie był to Grzesiu Ciechowski, potem Nina Terentiew, Robert Kozyra, Bogdan Kondracki... Na piramidzie tego stoję ja, ale to sukces, który jest efektem pracy wielu ludzi, przypadków – mniej lub bardziej szczęśliwych.

Już wkrótce zobaczymy cię w „Tańcu z gwiazdami”. Jak bliscy zareagowali na twój udział w show?

Pozytywnie. Szczególnie moje liczne ciocie i kuzynki niezmiernie się cieszą i trzymają kciuki (śmiech). Taniec jest boski. Jest tak piękny, jak muzyka. Wyzwala we mnie tyle pozytywnej energii, że zmęczenie, które się przy tym odczuwa, jest zupełnie nieważne. Już po tygodniu prób poczułam w swoim ciele zupełnie inną energię. Zaczęłam inaczej poruszać się na scenie, grając swoje własne koncerty. Cieszę się, że w końcu dałam się namówić na udział w tym programie. Pamiętam, jak za pierwszym razem, kiedy mnie zapraszano – odmówiłam, bo karmiłam jeszcze mojego Stasia piersią i żal mi było tracić te chwile bliskości. Za drugim razem byłam skłonna powiedzieć „tak”, ale widząc, co się dzieje wokół tego programu, powiedziałam „nie”, obawiając się przypisywania mi zmyślonych romansów i przyklejania etykietek. Przy trzecim zaproszeniu powiedziałam „chciałabym potańczyć”, bo naprawdę lubię, ale boję się wszystkiego poza tańcem. I nie chodzi tu o moje uczucia, bo jestem ich pewna, lecz o media, które mają władzę nieporównywalną z moimi maleńkimi możliwościami obrony. Ale kiedy reżyser Wojtek Iwański zaprosił mnie na spotkanie, obiecał chronić i przeprowadził ze mną długą, mądrą rozmowę... powiedziałam: „OK.”

Jakim partnerem na parkiecie jest Stefano Terazzino?

Jest dobrym nauczycielem i świetnym choreografem. Mam szczęście, że trafiłam na niego, tym bardziej, że jest bardzo miłym człowiekiem. Na pierwszym spotkaniu powiedziałam Stefano, że bardzo go szanuję i podziwiam jako tancerza i nauczyciela. A przy tym obiecałam, że będę pilnym uczniem. I że mam do niego jedną prośbę... żeby nie witał się ze mną pocałunkiem w policzek, jak to jest w naszym polskim i włoskim zwyczaju i najlepiej chodził metr ode mnie (śmiech). Uśmialiśmy się oboje, ale uszanował moją prośbę i przyjął z pełnym zrozumieniem. Tak więc mam nadzieję, że wszystko będzie dobrze, a nasi ukochani paparazzi będą na tyle mili, że dadzą nam w spokoju potańczyć, dopóki będzie to możliwe.

Rozmawiała Ola Szatan
LR

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.