Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

25856 miejsce

Kaganek oświaty coraz bledszy

Prywatne czy społeczne szkoły średnie dały młodzieży szansę na pozbycie się sporej ilości gotówki z domowych skarbonek i na zdobycie nikomu do niczego niepotrzebnego dyplomu.

 

Żyję w Polsce już ponad 50 lat (tak, niektórzy ludzie żyją tak długo, choć i mnie to zdumiewa). Połowę życia spędziłem tułając się po różnych szkołach jako uczeń lub student. Nie były to lata łatwe. W Polsce nigdy nie udało się bowiem dopracować jednolitego, rozsądnego systemu szkolnictwa podstawowego, średniego i wyższego.

Nękany byłem nieustannymi zmianami w szkolnictwie. A to szkoła podstawowa liczyła sobie 7, a to 8 klas. Licea były 4- lub 5-letnie. Podobnie technika. Szkoły zawodowe funkcjonowały głównie po to, żeby w kilka lat później zakończyć swój żywot i po raz kolejny się odrodzić. Programy nauki szkolnej, lektury, podręczniki zmieniały się wraz z modą lub doraźnym interesem rządzących ministerstwem szkolnictwa. Nie zmieniały się natomiast wraz z koniecznościami wynikającymi ze zmian w otaczającym szkołę świecie.

 

„Wykształciuchy” bez wykształcenia

Podobnie wyglądała sytuacja w szkolnictwie wyższym. Przez kilkadziesiąt lat po wojnie obowiązywał w Polsce system rekrutacji na wyższe uczelnie, który określić można mianem selekcji negatywnej. Punkty za pochodzenie społeczne w wielu przypadkach promowały "ćwierćintelektualistów", eliminując osoby zdolne. Kryterium naboru na wyższe studia było pochodzenie społeczne. Z tym, że promocję otrzymywały dzieci robotników i chłopów. Potomkowie rodzin inteligenckich pozostawali w najgłębszej pogardzie.

Wiele wskazywało, że wraz ze zmianami, jakie nadeszły w 1989 roku, zmieni się również sytuacja w szkolnictwie. I rzeczywiście, choć owe zmiany nie zawsze wychodziły na dobre. Nie ulega wątpliwości, że prawo do tworzenia prywatnych czy społecznych szkół wyższych w zdecydowany sposób powiększyło, skromne do tej pory, możliwości kształcenia się młodzieży. Kształcenia napisałem? A to się nieco zagalopowałem. Prywatne czy społeczne szkoły średnie dały młodzieży szansę na pozbycie się sporej ilości gotówki z domowych skarbonek i na zdobycie nikomu do niczego niepotrzebnego dyplomu.

 

Dyplom „na krzywy ryj”

 

Zdobycie nie oznacza oczywiście napisania i złożenia pracy licencjackiej lub magisterskiej. Miałem w ciągu minionych kilku lat okazję zapoznania się z kilkudziesięcioma takimi pracami. Miałem też wątpliwej jakości przyjemność przygotowywania kilkunastu studentów do obrony ich „samodzielnie” napisanych prac.

Sodomia z gomorią, czarna rozpacz oraz najgłębsza depresja. Takimi oto określeniami mogę opisać stan swojego ducha na wspomnienie poziomu intelektualnego studentów. Przypomnę: studentów przygotowujących się do obrony pracy dyplomowej. Kilka przykładów? Służę uprzejmie.

Student politologii z niemałym zdumieniem dowiedział się ode mnie, że Liban i Libia to nie to samo. Inny student politologii gotów był uciąć sobie palec, za to że książek pod tytułami Ibidem i Op cit (co znalazło się w przypisach jego pracy magisterskiej) nigdy nie czytał. Kolejny dałby się posiekać, za to że Polską nigdy nie rządzili królowie o imieniu Aleksander. Wszyscy obronili prace, powiększając odsetek polskich „wykształciuchów”.

 

Autobus z napisem: koniec wyścigu

Nie przydaję zbytniej wagi statusowi wykształcenia. Zbyt wiele wiedzy zawdzięczam kilku niewykształconym ludziom. Nie trzeba być magistrem, doktorem, profesorem, żeby być człowiekiem mądrym, oczytanym, kulturalnym i... twórczym. Problem w tym, że znakomita część polskiej, studiującej młodzieży uznała, że wystarczającą wiedzą jest umiejętność posługiwania się komputerem. Stereotyp polskiego studenta nie prezentuje się zbyt imponująco. Typowy polski student prywatnej uczelni stara się „prześlizgnąć” przez kolejne semestry, znaleźć autora swojej pracy dyplomowej, marnie go opłacić, obronić pracę i opić ją wraz z podobnymi sobie magistrami.

 

Efekty takiego toku studiowania (w latach 70. było tylko trochę lepiej!) widoczne są gołym okiem. Polska myśl techniczna ciągnie się gdzieś w ogonie cywilizowanego świata. Zadomowiliśmy się już w autobusie z napisem: koniec wyścigu!. Polska myśl socjologiczna, politologiczna – również. Dobre imię Polaków ratują twórcy kultury. W tej akurat dziedzinie wystarczy talent, a tego Polakom nie brak.  

 

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

Artykul swietny, ale mam jedna uwage. Otoz uczelnie prywatne dalej sa stereotypowo uznawane za gorsze. Nie mozna uogolniac. Ja studiuje na obu uczelniach: panstwowej i prywatnej i bardziej zadowolona jestem z prywatnej. Nie tylko poziom wykladow i egzaminow jest wyzszy, ale takze przygotowanie wykladowcow lepsze. Na uczelni panstwowej ( a podobno nalezy ona do jednej z lepszych)wielu profesorow nie przyklada sie do zajec, nie przychodza na wyklady bo maja wazniejsze sprawy itp....Na prywatnej jest na odwrot. Profesor jest do dyspozycji studentow, ciekawie i klarownie prowadzi wyklady i cwiczenia, egzaminy sa ciezkie, ale mamy swiadomosc ze placimy za edukacje. Wiem, ze na wielu innych uczelniach jest inaczej. Ja mam takie porownanie. Nie jest wazne jaka uczelnie czlowiek konczy, wazne jest co soba prezentuje. Nie mozna uogolniac. Nie wszystkie uczelnie panstwowe sa rewelacyjne, nie wszystkie prywatne sa zle. Ja jestem zadowolona. Radze sobie na obu, choc studiuje dziennie. Ale wiecej musze nameczyc sie na uczelni prywatnej. Ale tak poza tym to material Pana bardzo mi sie podoba i z pozostalymi kwestiami sie zgadzam:)Przepraszam za brak polskich znakow, ale pisze z Niemiec i nie mam tu polskiej klawiatury....

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.