Facebook Google+ Twitter

"Kalinka" Andrzeja Lipińskiego. Historia z życia wzięta

"Pewnego dnia zasadziliśmy z żoną Roślinkę (...) Roślinka wykiełkowała po 9 miesiącach. Należała do tego samego gatunku, co my, ale nazwaliśmy ją Kalina. To imię w cudowny sposób łączy nas ze światem roślin, a właściwie z całą naturą..."

 / Fot. Okładka książki "Kalinka" Andrzeja Lipińskiego jest niezwykle wzruszającą i pełną miłości kroniką walki o życie nieuleczalnie chorej córki. Jest to batalia heroiczna, pełna wyrzeczeń, choć z góry skazana na niepowodzenie. Diagnoza lekarzy była jednoznaczna i nie dawała nadziei, jednak rodzice się z nią nie pogodzili. Postanowili walczyć o życie dziewczynki i szukali ratunku nawet u energoterapeutów, uzdrowicieli czy indyjskiego guru. Lecz z biegiem czasu coraz bardziej tracili nadzieję i wiarę w poprawę stanu zdrowia, bezinteresowność oraz dobroć innych ludzi. I coraz bardziej się wypalali.

Andrzej pracował jak wół, nie dosypiał, aby móc wyposażyć samochód w aparaturę umożliwiającą Kalince oddychanie. Chcieli jak inne rodziny, wyruszyć z dzieckiem w świat. Zachwycić się jego pięknem. Pokazać, że można cieszyć się widokiem słońca, deszczu, śpiewem ptaków, szumem morza i szczytami gór. Wbrew przyjacielskim radom i zdrowemu rozsądkowi poznali spory kawałek Europy. Wspięli się na szczyt dwutysięcznika, zwiedzili kopalnię srebra, pływali w morzu. Wydaje się to nieprawdopodobne, ale im się udało tego dokonać.

Przez sześć lat, w dzień i w noc, zajmowali się swoją Roślinką. Kilka razy wyrwali ją z objęć śmierci. Śledzili jej każdy ruch, uśmiech i oddech. Choć na koniec zostało im tylko patrzenie w jej oczy, aby wyczytać myśli i popatrzeć jej oczami na otaczający świat. By ją zrozumieć. A później pożegnać na zawsze.

Dziewczynka zdana na oddychanie za pomocą aparatury, zaintubowana, przypominała astronautę w otaczającym ją wszechświecie. I różnie była odbiera przez ludzi, którzy się z nią stykali. Wzbudzała zainteresowanie, zdziwienie, współczucie, a z czasem obojętność. Autor przejmująco opowiada, a raczej zwierza się ze swoich obserwacji krewnych, którzy o wiele więcej ciepła i uwagi poświęcają zdrowemu chłopcu urodzonemu, niż ich córce. Niby to całkiem naturalne zachowanie, jednak nie mogą tego znieść i opuszczają radosne towarzystwo, które o nich całkowicie zapomniało.

Krystian Głuszko i jego "Spektrum"

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (3):

Sortuj komentarze:

Tak, zapewne patrzymy inaczej. Ja patrzyłam na nią nie tylko jako czytelnik, ale też jako mama niepełnosprawnego dziecka link

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jak dobrze, że na tę samą książkę i historię życia i śmierci dziewczynki i Jej Rodziców patrzymy z różnej perspektywy, Pani Ewo! Pozdrawiam

Komentarz został ukrytyrozwiń
Reader
  • Reader
  • 09.07.2012 22:12

Ludzkie rzeczy ludzkie noś... tak w TRENACH pisał Jan z Czarnolasu. On też musiał przeżyć śmierć swojego ukochanego dziecka. Tak było kilka wieków przed nami , tak jest w przypadku ojca Kalinki i nie zmieni się, kiedy nas już nie będzie.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.