Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

107085 miejsce

Kanclerz Merkel w imieniu UE z wizytą w Chinach

Kanclerz Niemiec wyjechała do Chin w sprawach finansowych Unii, a przy okazji chce załatwić interesy gospodarcze swojego państwa. W kwestiach UE chodzi o zwiększenie zaangażowania Pekinu w funduszu stabilizacyjnym strefy euro.

Przeciętny Polak nie odczuwa tego nastroju, jaki ma miejsce w Europie, gdy idzie o kryzys. Nam wydaje się, że owszem - jest źle w gospodarce i finansach niektórych krajów, ale nie aż tak bardzo. Tymczasem w takich krajach jak Portugalia, Hiszpania czy Grecja dramat gospodarki i finansów jest bardzo wielki. I nic nie wskazuje na jego zmniejszenie się w najbliższej przyszłości. Raczej należy spodziewać się pogorszenia. Tak prognozują niektórzy komentatorzy.

O ratowanie sytuacji w Europie, a przede wszystkim w strefie euro, niemal bez przerwy walczą Niemcy i Francja. Walczą o zdobycie dodatkowych środków finansowych na fundusz ratunkowy i o skuteczną pomoc tonącej Grecji. Jednocześnie kanclerz Merkel zabiega wszelkimi siłami o ratowanie pozycji gospodarki i finansów niemieckich. W tych m.in. celach wyjechała z wizytą do Chin. Wyjechała, aby przekonać władze chińskie do tego, że Europa – mimo kryzysu - jest silna i wiarygodna finansowo i warto nadal prowadzić z nią interesy i w niej inwestować.

Tymczasem wcale nie jest tak wesoło, jak chciałaby pani kanclerz. Zresztą ona o tym wie najlepiej. Wielka Brytania i Czechy odsunęły się na bok w sprawach finansowych strefy euro. Hiszpania, Portugalia, Włochy i Grecja borykają się z ogromnymi problemami natury finansowej, gospodarczej i społecznej. Ciągle nie ma pewności, czy Grecja za kilka tygodni czy miesięcy, nie będzie bankrutem. Także Portugalia wydaje się być z dnia na dzień w coraz gorszej sytuacji finansowo-gospodarczej.

Władze portugalskie uczyniły już wiele dla ratowania kraju przed najgorszym. Poobcinano zarobki urzędnikom, ograniczono zatrudnienie biurokracji i podniesiono m.in. podatek VAT na wiele produktów i usług, w tym na jedzenie w restauracjach. Gdy u nas była wrzawa, że rząd podniósł VAT o jeden procent, w portugalskich restauracjach VAT na żywienie wzrósł z dnia na dzień z 13 proc. do 23 proc.

W celu zwiększenia efektywności gospodarki zlikwidowano dwa dni świąt kościelnych i jednocześnie państwowych - Bożego Ciała i Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. Przygotowuje się oszczędności w komunikacji miejskiej (mocno zadłużonej) i likwidacji aż kilkunastu linii autobusowych. Rozważane jest skrócenie czasu pracy metra o dwie godziny na dobę oraz zawieszenie przewozów na peryferyjnych liniach kolejowych i znaczne podniesienie ceny przejazdów dla cudzoziemców autostradami - podaje polityka.pl. Te i inne drastyczne decyzje mają przynieść dodatkowe wpływy pieniędzy do budżetu. Ale nie ma pewności czy da się uniknąć głębokiej recesji.

Nie doszło jeszcze w Portugalii do masowych zwolnień z pracy, ale w zamian za to większość zatrudnionych nie będzie mieć dodatku wakacyjnego i świątecznego (to takie nasze 13. i 14. pensja). Przez to spadną roczne dochody wielu pracowników firm państwowych o 15 proc., a pracownicy firm prywatnych nie dostaną podwyżek i muszą się liczyć z ewentualną utratą pracy. Ponadto rząd dał możliwość właścicielom firm, wydłużenia czasu pracy o pół godziny dziennie, bez rekompensaty.

Znacznie gorzej jest pod każdym względem w Grecji. Stan gospodarki państwa i finansów jest bardzo zły. Oszczędności dotychczasowe niewiele dają w redukcji deficytu. Rząd grecki, będąc pod silnym naciskiem instytucji międzynarodowych - Komisji Europejskiej, Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Europejskiego Banku Centralnego - ogłasza program cięć budżetowych i podwyżek podatków. Recesja wciąż się pogłębia, wpływy do kasy państwa maleją, a wydatki – mimo wszystko, np. na zasiłki dla rosnącej armii bezrobotnych - rosną. Cele wyznaczone rok temu przez instytucje międzynarodowe nie są osiągnięte. Gospodarka w coraz gorszym stanie i nikt nie wie jak z tego zaklętego kręgu Grecja ma wyjść.

To zaledwie skromna migawka tego złego, co daje się zauważyć w krajach europejskich, dotkniętych kryzysem. Kanclerz Angela Merkel, wbrew wszelkim negatywnym zjawiskom ekonomicznym, przebywa w Pekinie z misją zwiększonej zachęty Chińczyków do Europy i Niemiec. Jest, bowiem przedstawicielką unijnej gospodarki, jak też wielkiej gospodarki niemieckiej. Pragnie na miejscu przekonać premiera i rząd chiński, że w Europie warto inwestować, głównie w obligacje państwowe. Wśród znawców zagadnienia i komentatorów mówi się, że pani kanclerz wyruszyła do Chin, po fundusze na ratowanie strefy euro. Nic dziwnego, wszak euro wciąż w stanie zagrożenia.

Chiny zaś mają dużą górę euro w sejfach, czytamy w "Gazecie Wyborczej". Czwarta część ich rezerw walutowych
to pieniądze w euro, łącznie o wartości 3,2 bln dol. Można mieć nadzieję, że misja Angeli Merkel ma szanse powodzenia, gdyż Chiny chcą od kanclerz Niemiec usłyszeć zapewnienia, że strefa euro wyjdzie z kryzysu. Jednym z argumentów pani kanclerz miałyby być wyniki ostatniego szczytu unijnego, o tzw. umowie fiskalnej, która zmusza kraje strefy euro do większej dyscypliny fiskalnej. O tej właśnie umowie poinformuje.

Premier Chin, Wen Jiabao wyraża pogląd, że jego rząd owszem, rozważa zwiększenie swojego udziału w rozwiązywaniu kryzysu zadłużenia w Europie, m.in. poprzez Europejski Fundusz Stabilności Finansowej (EFSF) i ESM. Ale na razie brak konkretów na ten temat. W Polsce EFSF rozbudził emocje wśród polityków opozycji, bo przecież to fundusz ratunkowy dla strefy euro, a my w niej nie jesteśmy. Pożycza pieniądze m.in. mocno zadłużonym: Portugalii i Irlandii. Niewykluczone, że pospieszy z pomocą w tzw. drugim pakiecie pomocowym, dla Grecji. Według przyjętych norm może pożyczyć maksymalnie do 440 mld euro. ESM zaś to stały mechanizm finansowy, który będzie dysponował kwotą 500 mld euro i wejdzie w życie w lipcu br.

Sprawa wejścia Chin w zwiększenie zaangażowania w EFSF pozostaje jak na razie raczej pod znakiem zapytania. Jednak według dziennika "China Daily" jest pewna szansa, np. gdyby kanclerz Angela Merkel mogłaby wystąpić z wnioskiem do UE o zniesienie embargo z 1989 roku na sprzedaż broni Chinom - wyborcza.biz. Komentator gazety przywołuje powszechnie znane chińskie powiedzenie: "Nie odwiedza się świątyni za darmo". Wiadomo, w polityce – zasada: coś za coś - ma czasem wielką rolę. Czy tym razem tak będzie, okaże się po wizycie.

Stanisław Cybruch

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.