
Górale są jednak uparci. Tej "zimy" śnieg już kilka razy zsunął się z zeskoku Wielkiej Krokwi, a jednak ekipa przygotowująca skocznię do Pucharu Świata bliska jest sukcesu. – Będziemy gotowi na czas – zapowiada Lech Nadarkiewicz, dyrektor zawodów w Zakopanem.
Gdyby nie udało się rozpocząć zawodów straty byłyby niepowetowane. Kibice wykupili już bilety na łączną kwotę sięgającą 3 mln. złotych, organizatorzy sprzedali prawa do transmisji telewizyjnych, reklamy na skoczni, zarezerwowali hotele. Dlatego odwołanie konkursu, to w takich wypadkach ostateczność. Pytanie, czy zawody zostaną rozegrane zgodnie z planem, pozostaje jednak bez odpowiedzi.
W niedzielę śnieg po raz kolejny zsunął się z fragmentu zeskoku, ale w nocy brygadom harującym na Wielkiej Krokwi w sukurs przyszła pogoda: chwycił mróz i przez dwie godziny trwała kanonada armatek śnieżnych.
– Teraz cały zeskok jest pokryty 30-centymetrową warstwą śniegu. Wykorzystamy każdą okazję, żeby dorzucić jeszcze trochę śniegu – obiecał Piotr Apollo, zastępca dyrektora Centralnego Ośrodka Sportu w Zakopanem. Przeprowadzono także próbę zamrożenia rozbiegu za pomocą ciekłego azotu. Przy 12 stopniach ciepła tory wytrzymały w dobrym stanie 3 godziny. Podczas zawodów temperatura powinna być dużo niższa.
W tej chwili większym, niż brak śniegu problemem, wydaje się być wiatr, który przegnał już skoczków z "mamuta" w Vikersund. Według najnowszych prognoz w sobotę w okolicach Zakopanego wiatr ma wiać z prędkością dochodzącą do 20 km/h, czyli ok. 5,5 m/s.
Nasi zawodnicy mają już dość wiatru. W szczególności dotyczy to Adama Małysza, który nie mógł wyładować sportowej złości po sobotnim konkursie w Vikersund. Polak zawalił skok w pierwszej serii i choć w drugiej uzyskał najdłuższą odległość, to zajął dopiero 8. miejsce. W Zakopanem Małysz na pewno poprawi swoją lokatę w klasyfikacji PŚ i nasze humory.
W poniedziałek polscy skoczkowie odpoczywali już w domach po trudach nocnej podróży z Oslo. Niezapomnianych przeżyć dostarczył im kierowca autokaru, który zobowiązał się dostarczyć ekipy z Polski i Finlandii na lotnisko w Olso w czasie dużo krótszym, niż to wynika z ograniczeń prędkości. Żeby zdążyć na samolot, autobus na ośnieżonej drodze z Vikersund rozpędzał się do 120 km/h! Polska drużyna wpadła do sali odpraw kwadrans przed odlotem, obsługa lotniska zastosowała uproszczoną procedurę i samolot mógł wystartować o czasie.
Jarosław Galusek
PT