Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

11395 miejsce

Kapitan Kloss żył naprawdę, nazywał się Mikołaj Beljung

  • Źródło: Dziennik Zachodni
  • Data dodania: 2006-09-02 08:04

Przebrany za esesmana zdobywał broń i pieniądze dla polskiego ruchu oporu. W Katowicach zatrzymała go miłość. Po wojnie zamieszkał na Śląsku, gdzie ożenił się z Polką.

Hans Kloss żył naprawdę – tyle że był Węgrem, a nie Polakiem i nazywał się Mikołaj Beljung , no i nie współpracował z radzieckim wywiadem, ale z Armią Krajową. Po wojnie zamieszkał na Śląsku, gdzie ożenił się z Polką. Jego życie to gotowy film akcji, do którego scenariusza nie trzeba nic dodawać, żeby krew zastygła w żyłach. Stanisław Mikulski (Kloss) i Bronisław Pawlik w słynnym serialu

Mija właśnie 65. rocznica jego wstąpienia do śląskiego ruchu oporu. Historia wcieleń Beljunga długo była tajemnicą. Bardzo długo wiadomo było tylko, że pracował dla AK i po wojnie siedział w polskim więzieniu. Gdy wyszedł, rzadko wspominał wojenne czasy.
Kiedy został pierwszym dyrektorem Stadionu Śląskiego, a potem trenerem piłkarskim, nikt nie znał jego przygód. – Był świetnym organizatorem, bardzo dbał o szczegóły, przewidywał różne sytuacje i był na wszystko przygotowany. Nie wiedzieliśmy, gdzie się tego nauczył, że to w czasie wojny takie podejście ratowało mu życie. O swoich przeżyciach milczał – mówi Gerard Cieślik, jeden z najlepszych polskich piłkarzy.

Heimbach i Andron


Odwaga Beljunga była legendarna. Juliusz Niekrasz , kronikarz AK na Śląsku, dobrze znał go ze wspólnej konspiracji. Napisał potem: „Igrał ze śmiercią. Lubował się w sytuacjach niebezpiecznych i ryzykownych. Stale wyzywał los.”
Ale z każdej opresji wychodził zwycięsko; ratowała go nieprzeciętna inteligencja i zimna krew. Również talent aktorski. Odgrywał przecież role nie jednego, ale dwóch niemieckich osobistości.

Obersturmfuehrer Karl Heimbach był oficerem SS, pracował w katowickiej administracji. Rozkazywał, groził, nie znał się na żartach. Peter Andron był przemysłowcem, eleganckim, dobrze wychowanym wiedeńczykiem. Beljung z łatwością zmieniał akcent i zachowanie. Znał doskonale niemiecki, posługiwał się akcentem berlińskim, saksońskim i wiedeńskim; mógł też w razie konieczności udawać Francuza; sam z pochodzenia był siedmiogrodzkim Węgrem.

Czasem Andron zlecał operacje dewizowe Heimbachowi lub odwrotnie. Pieniądze trafiały do kasy śląskiego ruchu oporu. Z Heimbachem spotykali się esesmani, z Andronem różni wysoko postawieni Niemcy. Ginęły im dokumenty, pisma, nigdy jednak nie podejrzewali o to zasadniczego Karla czy wytwornego Petera. Taki człowiek był dla AK-owców darem losu.

Skąd się wziął na Śląsku? W 1941 roku dostał nakaz pracy w biurze przesiedleńczym w Katowicach; miał ściągać tu bałkańskich Niemców. Naziści nie mieli jednak pojęcia, kogo przysyłają. Wkrótce Beljung stał się groźnym szpiegiem, jednym z najlepszych w czasach II wojny światowej.
Nieżyjący już historyk Tadeusz Flisiuk w 1969 roku opublikował jedyną rozmowę z Beljungiem. Opisywał go jako człowieka średniego wzrostu, w okularach, statecznego pana na stanowisku, po którym nie było widać wojennych przeżyć. To świadczy o tym, jak świetnie Beljung potrafił się wcielać w różne role. I jaką w takich sytuacjach zachowywał zimną krew.

Miał ściągać Niemców


Przeszłość Beljunga była barwna. Urodził się w 1914 roku w rumuńskim Lugoj. Jego ojciec był z pochodzenia Francuzem, prowadził interesy. Matka Katarzyna Schering była Węgierką. Gdy Mikołaj skończył szkołę handlową, planowano, że przejmie firmę.

Rodzinny plan przepadł, gdy Mikołaj wyjechał do Francji, a tam wdał się w bójkę, za co groziła mu odsiadka. Zaciągnął się więc do Legii Cudzoziemskiej. Szybko zrozumiał, że popełnił błąd i zdezerterował. Ale Legia nie tolerowała takich wybryków, znalazł się w więzieniu. Siedział we Francji i w Hiszpanii, aż znowu uciekł. Wylądował w Niemczech, zbliżała się wojna, nikt go już nie poszukiwał.
Rządy nazistów nie podobały się jednak Beljungowi. Zaczął współpracować z antyfaszystowską organizacją i prędko trafił do kolejnego więzienia. Siedział tym razem w Saarbruecken, a potem na Pankracu w Pradze. Tam zastał go wrzesień 1939 roku.

Beljung miał obywatelstwo węgierskie i uparcie nie przyznawał się do winy. Niemcy dali mu langfristiger Notdienst i nakaz wyjazdu do Katowic, do pracy z przesiedleńcami Nadawał się, bo świetnie znał obce języki. Beljung natychmiast zaczął szukać kontaktów z Polakami.

Miłość do kurierki


Gdyby nie Elżbieta Orlińska, los Beljunga byłby inny. Spotkali się przypadkowo; 27-letni Mikołaj szedł ulicą Hoeferstrasse (obecnie Kościuszki) i przez szybę salonu fryzjerskiego dostrzegł drobną szatynkę w białym fartuszku. Kto wie, może uśmiechnęła się do niego? Miała swój cel, zbierała informacje.
Dla osamotnionego w Katowicach Beljunga była to miłość od pierwszego wejrzenia. Nie mógł wiedzieć, kogo sobie wybrał. Zakochał się w działaczce ruchu oporu, odważnej i inteligentnej konspiratorce, kurierce „Kindze”.

Szybko zameldowała szefom organizacji, że interesuje się nią pracownik biura przesiedleńczego, Węgier z pochodzenia. I może być przydatnym informatorem. Zaczęło się sprawdzanie, na ile ta znajomość może się przydać.

Juliusz Niekrasz w książce „Z dziejów AK na Śląsku” podkreśla, że sprawdzanie Beljunga było gruntowne i Kinga otrzymała zadanie zjednania go dla ruchu oporu. Poszło tym łatwiej, że Beljung nie ukrywał przed dziewczyną swoich poglądów. Został przyjęty do ZWZ i zaprzysiężony. Od razu podjął się działania, możliwego tylko dla niego – w esesmańskim mundurze miał zdobywać broń i pieniądze.

W paszczy lwa


Skąd miał mundur? Flisiukowi wyznał, że ukradł go w swoim biurze, bo ruch był tam bardzo duży. Mundur spisano na straty, nigdy nie podejrzewano o kradzież Beljunga. Od organizacji dostał legitymację na nazwisko – Karl Heimbach, urodzony 5 marca 1914 r. w Petrowitz, Kreis Kattowitz. Potem kolejną, na Petera Androna, z tą samą datą urodzenia.

Beljung zaznaczył, że Heimbach był oficerem SS pracującym w administracji, nosił srebrnoczarne otoki na kołnierzu. Świetny pomysł, bo patrole z Waffen SS nie kontrolowały urzędników.
Najbardziej brawurowa akcja Beljunga to zdobycie 500 pistoletów. Węgier ryzykował wszystkim. Opowiadał Flisiukowi, że mało wiedział o tym, jak się załatwia broń w administracji wojskowej. Słyszał tylko, że wszyscy zaopatrują się w ośrodkach Verkaufstelle. Wybrał ten w Ostrawie.

Dojechał tam pociągiem w pełnym umundurowaniu Karla Heimbacha. Znalazł skład broni i przedstawił kierownikowi dokument. Ale pismo zawierało pułapki. Po pierwsze, zapotrzebowanie dotyczyło policji we Lwowie, a po drugie, żądano za wiele. Na wywóz broni do Lwowa potrzebne było specjalne zezwolenie prezydium policji. Limit urzędowo przyznawanej broni wynosił tylko 50 sztuk.
Beljung z zimną krwią, jako wkurzony esesman, udał się wprost do paszczy lwa, czyli do siedziby policji. Stanął przed obliczem szefa, który długo oglądał dziwny dokument. Polizeioberst zadał jedno pytanie – jak to możliwe, drogi kolego, że postępujecie niezgodnie z przepisami?

Beljung wspominał: „Ocaliła mnie przytomność umysłu i swoboda w tej rozmowie”. Stwierdził, że Lwów obejmuje liczne, ogromne majątki, którymi administrują ludzie z SS, inwalidzi z frontu. Nie mogą nosić ciężkiej broni, ciągle jednak narażeni są na ataki polskich i sowieckich band. Dlatego muszą mieć pistolety, to sprawa życia i śmierci....” Opowieść Beljunga zrobiła na policjancie wrażenie. Kazał z niej zrobić notatkę służbową i podpisał dokument. W ten sposób śląski ruch oporu wzbogacił się o bezcenną broń.

W ostatniej chwili


Na przebieranki Beljunga nabierali się wysoko postawieni urzędnicy, policja, esesmani, kierownik drukarni, gdzie załatwił bezcenne blankiety. Ale miał też wpadki. Kiedyś pomylił się i występując o wymianę pieniędzy dla Karla Heimbacha, podał dokumenty Petera Androna. Daty urodzenia tych panów były jednakowe. Urzędniczka dała się jednak przekonać historyjką, że Heimbach jest na krótkim urlopie, chce być z młodą żoną, żal mu tracić czas. Dlatego poprosił o przysługę przyjaciela Androna.

Ale inna młodziutka panienka z banku była czujna. Dostrzegła niejasność, zażądała wyjaśnień. Heimbach postanowił obrazić się i opuścić bank. Spokojnym krokiem, bez pośpiechu. Może to go uratowało, bo urzędniczka włączyła alarm sekundę po tym, jak udało mu się wyjść. Żelazna brama zamknęła się już za jego plecami.

Beljung nie mógł jednak przez całą okupację udawać esesmana. Gestapo nigdy nie wpadło na trop Karla Heimbacha, ale podejrzewało samego Beljunga o powiązania z ruchem oporu. Musiał uciekać. Ukrywał się w Wiedniu. Tam mało co nie został zdemaskowany przez hitlerowską agentkę tzw. Krwawą Julkę, która miała na sumieniu wielu Polaków. Przedostał się z powrotem na Śląsk i ukrywał do końca wojny w Rudzie Śląskiej.

Po wojnie nie uniknął więzienia, przesiedział kilka lat, miał być nawet wywieziony do Związku Radzieckiego. Ale i z tych niebezpieczeństw wyszedł cało. Dobrze sobie radził, ożenił się z Elżbietą Orlińską, był trenerem sportowym, założycielem restauracji Hungaria w Katowicach, zajmował różne kierownicze stanowiska. Był też pierwszym dyrektorem Stadionu Śląskiego. To za jego kadencji Polacy brawurowo pokonali reprezentację ZSRR. Ale tylko nieliczni wiedzieli, ile ten skromny, milczący pan w okularach zrobił dla ruchu oporu w państwie, o którym niegdyś nic nie wiedział. Zmarł w 1974 roku.

Pomóżcie nam odkryć prawdę!


Po Mikołaju Beljungu nie ma prawie żadnych pamiątek; odeszli już jego przyjaciele i koledzy z konspiracji, nie udało się nam dotrzeć do jego bliskich. Dawne adresy są już nieaktualne. Chcemy jednak ocalić jego postać od zapomnienia, utrwalić to, co jeszcze pozostało w ludzkiej pamięci. Dlatego apelujemy do świadków, znajomych, krewnych jego lub Elżbiety Orlińskiej, żeby pomogli nam w tym zadaniu. Może ktoś dysponuje korespondencją lub fotografiami Beljunga i jego rodziny?

Interesuje nas także wciąż niewyjaśniona sprawa tzw. Krwawej Julki, czyli Heleny Matei – inaczej Matejanki, która według śląskiego ruchu oporu była niezwykle groźną, bo piękną i przebiegłą agentką gestapo. Miała na sumieniu śmierć wielu śląskich patriotów. Czy ktoś ma coś do przekazania w tej sprawie? We wrześniu chcielibyśmy opisywać najciekawsze zagadki dotyczące ruchu oporu na Śląsku.
Dziennikarka "Dziennika Zachodniego"
Grażyna Kuźnik p rosi czytelników o kontakt, tel. (0-32) 358-21-32.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (8):

Sortuj komentarze:

Kloss miał też i kobiecy pierwowzór. Może jako 100% pacyfista nie powinienem tego pisać, tym bardziej z portalu Wróżka ale jestem pod wrażeniem że ..... najbardziej poszukiwany agent brytyjskiego wywiadu, był piękną i inteligentną Polką - więcej o Krystynie Skarbek http://www.wrozka.com.pl/archiwum/2004/07/4631-ulubiony-szpieg-churchilla najbardziej podobała mi się akcja: Pomiędzy kolejnymi kursami z Węgier do Polski brawurowo uwolniła aresztowanego kuriera z kwatery gestapo. Wkroczyła tam w mundurze niemieckiego oficera, z podrobionymi papierami i fałszywym rozkazem wydania więźnia. Nie znała przy tym niemieckiego i musiał jej towarzyszyć tłumacz. Tak doskonale odgrywała hitlerowską szychę, że nie musiała nic mówić, zastępował ją "podwładny". Wymaszerowała z gestapo bez przeszkód z przerażonym więźniem.

Komentarz został ukrytyrozwiń
Jacek Biernacki
  • Jacek Biernacki
  • 09.02.2012 10:06

Bardzo dziękuję za ten materiał.pierwszy raz przeczytałem o kimś takim.niestety, nie umiem pomóc,bardzo żałuję.bezwzględnie powinniśmy pielęgnować pamięć o odważnych ludziach, takich jak ten bohater.pozdrawiam, j.

Komentarz został ukrytyrozwiń
Waldemar Nowak
  • Waldemar Nowak
  • 15.09.2010 18:06

Bardzo interesująca historia. Chciałbym się dowiedzieć więcej.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Nie podzielam opinii kolegów, niektóre artykuły powinny być długie, tak jak ten. Jest to bardziej felieton i to bardzo ciekawy. Gdyby został napisany w kilku zdaniach wiedzielibyśmy tylko że taki człowiek jak Mikołaj Beljung, żył i coś robił dla armii podziemnej, nic więcej.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Argumenty, jak najbardziej słuszne. Sam umieściłem informacje w dziale Pomoc, która zachęca do pisania krótkich artykułów. Ale czy czujecie potrzebę umieszczania w tej gazecie internetowej też dłuższych artykułów?

Komentarz został ukrytyrozwiń
  • Autor usunął profil
  • 02.09.2006 09:58

No to podyskutujmy :) Zupełnie inaczej się czyta długi artykuł w magazynowym wydaniu gazety, a całkiem inaczej w internecie, gdzie końca artykułu nie widać na stronie. Czytanie w internecie męczy oczy wiele bardziej niż w gazecie. Choćby nie wiem jak mnie interesował artykuł, to po kilku większych akapitach mój wzrok jest na tyle zmęczony, że nie jestem w stanie przeczytać do końca. Nie mam wady wzroku :)
Drugą i może najważniejszą sprawą jest, że Wiadomości24 są dla mnie serwisem, gdzie wchodzę i w krótkim czasie jestem w stanie przeczytać o ciekawych rzeczach. Żyję w ciągłym pośpiechu, dlatego też czytam wiadomości w internecie, a nie kupuję gazety. Jeśli bym miał w weekend więcej czasu, nie byłby to czas spędzany na czytaniu dłuuugich artykułów w internecie, a kupiłbym gazetę albo wziął do ręki książkę i posiedział na łonie natury :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dobra okazja, by o tym podyskutować. Były głosy, żeby w weekend było co poczytać. Jak w magazynie...

Komentarz został ukrytyrozwiń
  • Autor usunął profil
  • 02.09.2006 09:01

Nie chce mi się czytać takich długich artykułów!!

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.